30 paĽdziernika, 2008

Ten trzeci w tym trzecim...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:34
         O tym, że istnieją w Gdańsku trzy miasta dowiedziałem się przypadkowo, jako dziecko, podczas rodzinnej wycieczki do Gdyni. Nie kojarzę, który to był rok, ale pamiętam, że sensacją tamtych dni było zawinięcie do portu w Gdyni statku-?olbrzyma?. ?Olbrzym? miał nośność 25 tys. ton, co przy dzisiaj budowanych tonażach wydaje się błahostką. Wtedy jednak okazał się gigantem, a Gdynia? Gdynia okazała się nie jeszcze jedną dzielnicą mojego Gdańska - jak dotąd myślałem, ale absolutnie samodzielnym miastem, tyle że niedalekim. W drodze powrotnej do domu, mimo że nie byłem w stanie dostrzec granic między miastami, w mojej wyobrażni, za sprawą wyjaśnień ojca, uwolnił się od podległości jeszcze Sopot, do którego jeździliśmy kolejką na niedzielne spacery po molo i na pyszne lody u Włocha. Pamiętam, że potem, po powrocie do Wrzeszcza, mój lokalny patriotyzm zaczął się zachowywać jak błędnik oszalałego pilota. Wszystko wróciło do normy, gdy mój los, los dorosłego już człowieka, na przemian przemeldowywał mnie z jednego miasta do drugiego. Przeprowadzając się z Gdańska do Gdyni, i z powrotem, za każdym razem, siłą rzeczy przejeżdżałem przez Sopot. Nie raz wtedy myślałem, że mieszkać w tym trzecim mieście, pośrodku trójmiejskich ambicji, byłoby najlepszym dla mnie rozwiązaniem. Tym bardziej, że to wśród tych hałaśliwych ?olbrzymów? oaza ciszy, spokoju, uroku i porządku. Co tu gadać - zazdroszczę sopocianom Sopotu.
          W moim życiu tak się układa, jak w opowiadaniu, które snujesz dawno niewidzianemu przyjacielowi. Niby ciągniesz jeden wątek, ale co rusz trafiasz w tym wątku na jakąś historię, która ściąga cię na bok i sam, nie wiedzieć kiedy, opowiadasz już fascynującą rzecz, tyle że inną, dość luęno powiązaną z historią, którą chciałeś zadać na początku.
Gdy latem pisałem o obchodach 90-lecia ZAiKSu w Sopocie, wspomniałem, że spotkałem tam dawno niewidzianego przyjaciela, Wojtka Fułka, który - tak się złożyło - jest w tym kurorcie wiceprezydentem. Być może tamto spotkanie i tamta sprawa sprawiła, że spotkałem się z Wojtkiem ponownie, bo życie snuje mi taką swoją opowieść. Gdy pisałem o piosence "Sen na pogodne dni", pisałem o Beacie, o Kaziu kompozytorze i o sobie, jako autorze, ale nie napisałem o tym trzecim. Ten trzeci nie był autorem tekstu piosenki, choć był poetą. Nie był też jej kompozytorem, a zrobił dla tej piosenki więcej niż ktokolwiek inny. To Wojtek Fułek wierząc w talent Beaty i nasze nagrania, jako szef promocji w Sopockiej Agencji Artystycznej Bart jeździł do Warszawy i nachodził stacje i rozgłośnie, aż piosenka "poszła". Później z Wojtkiem współpracowałem jeszcze wiele razy i zawsze była to dla mnie czysta przyjemność. Podziwiałem jego talent poetycki i literacki, podziwiałem zdolności organizacyjne i pomysły, ale tak naprawdę najbardziej podziwiałem jego pracowitość i skuteczność. Wojtek wie nie tylko gdzie i co, ale wie to najważniejsze - jak. Propozycja spotkania wyszła ode mnie, więc bardzo byłem zaskoczony, gdy na koniec zostałem przez Wojtka obdarowany jego najnowszą książką, którą napisał wspólnie z Romanem Stinzing-Wojnarowskim. Dzieło jest obszerne i jak to u Wojtka - solidne, a nosi tytuł: "Kurort w cieniu PRL-u. Sopot 1945-1989"

 ksiazka-wojtka-fulka.jpg

          Nie napiszę recenzji z tej książki, bo dopiero ją czytam. Jest świetna. Skoro nie mogę mieszkać w Sopocie, to chociaż go sobie literalnie przeżyję. Idąc śladem opowieści Wojtka byłem już w Sopocie zaraz po wyzwoleniu, a teraz leżę na plaży z Bierutem i jego (oraz Małgorzaty Fornalskiej) córką Oleńką. Jest piękna pogoda i żal będzie przewrócić kartkę. Ten trzeci w tym trzecim mieście być może, czego nie wyklucza, będzie w najbliższych wyborach startował na stanowisko prezydenta. Sopot wiele by stracił, gdyby Wojtek nim nie został. Wiem to na pewno, ale czy Sopot wie? To się okaże.

PS. Wracając do poprzedniego wpisu i niepewności zawartej w nim na końcu. A jednak w Dzienniku Akademickim, dodatku do Dziennika Bałtyckiego-Polska, młodzi dziennikarze coś skrobnęli, na co dowód przedstawiam poniżej:

dziennik-akademicki-2008r.jpg

Historia piosenki zatoczyła koło. Cieszyć się, czy smucić? Nie wiem
24 paĽdziernika, 2008

Medialne poduchy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:13
          Byłem beznadziejnie zakochany. Miałem wtedy siedemnaście, może osiemnaście lat i bardzo chciałem przekonać do siebie ?obiekt? moich westchnień. Byłem młodzieńcem dość nieśmiałym, z licznymi kompleksami i chyba ?obiekt? w ogóle nie dowiedział się, co i jak o nim myślę. Po pewnym czasie miłość uleciała, a wierszyk pozostał. Nosi tytuł "Na poduszkach moich dłoni". Gdy w 1973 roku, na prywatce u znajomej Buby w Gdańsku-Oliwie poznałem Janusza Kasprowicza, który terminował jako dziennikarz studencki w Dzienniku Akademickim, zgadaliśmy się, że za jego sprawą coś z moich "dokonań literackich" powinno ujrzeć światło dzienne. Skuszony obietnicą debiutu, już na drugi dzień złapałem w rękę kilka wierszydeł i pognałem na umówione spotkanie. W kilka tygodni póęniej zespół Dziennika Akademickiego, który wychodził jako dodatek do Dziennika Bałtyckiego, zredagował kolumnę z winietą "Smak - Studencki magazyn kulturalny", która miała się ukazać jako dodatek do szalenie poczytnej popołudniówki - Wieczór Wybrzeża. W ten sposób jeden, nienasycony, zespół rozpanoszyłby się w dwóch gazetach. Magazyn ten ukazał się chyba tylko raz, ale do dzisiaj pamiętam szok, w jaki wpadłem na widok swojego tekstu w gazecie.

gazeta-012.jpg

          Bycie "drukowanym" bardzo przypadło mi do gustu i zacząłem nachodzić Janusza z każdym nowo napisanym tekstem. Janusz, człowiek dobrze wychowany, próbując się ode mnie opędzić, a jednocześnie nie urazić, powiedział coś w tym rodzaju: - Drogi Waldku. My robimy dziennik, a nie miesięcznik kulturalny i dlatego wiersze możemy drukować od święta, ale jakbyś coś miał w stylu reportażu, eseju, sprawozdania, czy jakiejś innej formy prozą, to... - tu zawiesił głos, zdawszy sobie sprawę z tego, co mi właściwie proponuje, ale było już za późno. Następnego dnia zaniosłem mu artykuł o tym, co myślę o... Już nie pamiętam o czym, bo moje myśli wylądowały w koszu.
Gdy w końcu doczekałem się debiutu dziennikarskiego, z przykrością stwierdziłem, że z moich dwóch stron maszynopisu wydrukowali mi pięć zdań i to na dodatek bez podpisu, kto jest ich autorem. W ten oto sposób wkręciłem się do pierwszego zespołu redakcyjnego Dziennika Akademickiego, pod przewodnictwem przeuroczej Oli Zielińskiej. W niedługi czas później Grześ Marchowski do wierszyka "Na poduszkach..." dorobił muzykę i zaśpiewał na kilku imprezach studenckich, a dwa lata potem także Elżbieta Adamiak propagowała naszą piosenkę na swoich koncertach. Z przyjemnością po latach odkrywałem, że piosenka "Na poduszkach..." wśród narodu żyje, bo co rusz słyszałem ją na różnego rodzaju imprezach, nuconą przez miłośników śpiewania przy gitarze. Miło też było, gdy kilka lat temu Ela zaśpiewała ją w programie Rudiego Schuberta "Śpiewające fortepiany", a jeszcze milej, gdy dwa, a może trzy lata temu zadzwonili do mnie z serialu "M jak miłość" i zapytali, czy mogą piosenkę wykorzystać. Ponieważ nie oglądam seriali dopiero Mama uświadomiła mnie, jak liczna piosence trafi się publiczność w 249. odcinku. Powiedziała, że słuchać jej będzie przynajmniej dziewięć milionów ludzi. Boże - pomyślałem - ale kariera! I fakt. Gdy odnalazł się po latach jeden z moich szkolnych kolegów, to prawie na wstępie dowiedziałem się od niego, że mam u jego żony fory, po tym jak Marylka (?) z serialu zaśpiewała "Na poduszkach...".
Gdy więc Mama zawołała w ubiegłym tygodniu - Włącz telewizor, znowu leci "Na poduszkach..." w "M jak miłość" - tylko wzruszyłem ramionami, choć muszę dodać, że z przyjemnością i satysfakcją.
Dziwnym zbiegiem okoliczności godzinę później zadzwonił do mnie Ludwik Klinkosz - prezes Stowarzyszenia Czerwonej Róży, do którego i ja należę, a które dba o to, by dobre obyczaje akademickie przechodziły z pokolenia na pokolenie. Stowarzyszenie co roku funduje nagrody dla najlepszych studentów. Główna nagroda, jak za dawnych lat, nazywa się nagrodą Czerwonej Róży. Ludwik zaprosił mnie na spotkanie z młodymi dziennikarzami z Dziennika Akademickiego. Szczerze się ucieszyłem, gdyż pojęcia nie miałem, że Dziennik Akademicki wciąż istnieje. Wraz z Asią (poniżej pierwsza z lewej), w sobotni wieczór pojechaliśmy nad jezioro Sudomie za Kościerzyną, do ośrodka Techno-Service, gdzie odbywało się wyjazdowe posiedzenie redakcji, by spotkać się z następcami.

spotkanie-dziennika-akademickiego

          Między piosenkami opowiedziałem im historię "Na poduszkach moich dłoni". Po powrocie dowiedziałem się, że młodzi postanowili coś o tym w Dzienniku napisać. W ten sposób historia zatoczyłaby koło - "Na poduszkach moich dłoni" znowu w Dzienniku. Rzecz ma się ukazać w najbliższy poniedziałek. Jeżeli chcecie sprawdzić czy napiszą, a mieszkacie na Wybrzeżu, to kupcie w poniedziałek Dziennik Bałtycki-Polska. W środku powinien być Dziennik Akademicki, a tam? No, ciekawe.
18 paĽdziernika, 2008

Dla jaj

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:28
          Ostatnio ucinam sobie międzyblogową wymianę uprzejmych myśli z Panią Małgorzatą Nowak, która czytając o Lucynie Legut zapytała mnie czy Pani Lucha wydała się kiedyś za Pana Nowaka. Szczerze mówiąc nie śledziłem historii związków artystki z mężczyznami. Rzuciłem się więc do lektury znakomitej książki autobiograficznej Pani Luchy ?Zacznijmy od pomidorów??, ale prócz zdjęcia ze ślubu z jakimś mężczyzną, którego Pani Lucha nie wspomina najlepiej, nic nie znalazłem. Czy ten gość na zdjęciu w książce to Nowak i jaki Nowak, nie umiałem odpowiedzieć. Tak też w odpowiedzi Pani Małgorzacie zręcznie nie zauważyłem problemu. Odpowiedź jednak przyszła sama. Okazało się, że Pani Lucha, zapalona internautka, śledzi moje blogowe popisy i zauważywszy moją niewiedzę przyniosła mi swoje "zdjęcie ślubne":

lucyna-legut-011

          Jak widać na zdjęciu ( nieudolnie wykonanym przeze mnie ze zdjęcia autorstwa Macieja Kosycarza), Panem Młodym był znany dziennikarz, krytyk, smakosz i animator kultury, niegdyś dyrektor Teatru Wybrzeże, Maciej Nowak, który swego czasu prowadził w Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku "Niekabaret". W tym cyklicznym widowisku występowała Lucyna Legut, która twierdzi, że Maciej Nowak zakochał się w niej na zabój i zaproponował małżeństwo. Na moje pytanie: - Ale po co było w kabarecie wychodzić za mąż?, Lucyna Legut odpowiedziała: Dla jaj.
          Mogę więc już odpowiedzieć Pani Małgorzacie: - Co by to nie oznaczało, to ślub Macieja Nowaka z Lucyną Legut był dla jaj.
15 paĽdziernika, 2008

Zazdrość motorem...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:25
          Jako młody człowiek żyłem wśród różnych haseł. Pamiętam takie: "Socjalizm i Partia motorem postępu". Socjalizmu już nie ma, ale hasła pozostały. Na przykład:  "Prawo i Sprawiedliwość Partią Prawa i Sprawiedliwości". Mnie przychodzi dziś do głowy, by ogłosić takie hasło, "Zazdrość motorem dobrobytu". Kroniki sądowe potwierdzą pewnie coś wręcz przeciwnego, ale nie zawsze przecież zazdrość bywa "be".
          Mój znajomy w latach siedemdziesiątych zazdrościł swojemu szwagrowi posiadania samochodu. Gdyby nie samochód szwagra, to znajomy nigdy nie brałby w pracy nadgodzin, nie kombinował w wolne soboty i nie dorabiał w niedziele. Czynił wiele, by móc samochodem marki Fiat 125P, w kolorze yellow-bahama, na zjeździe rodzinnym błysnąć bardziej niż szwagier. Szwagier miał ledwie dwusuwowego, a na dodatek zielonego, Wartburga. Gdyby nie zazdrość nasz znajomy wcale by się w pracy nie pocił tylko spokojnie sączył piwko po fajrancie i miał wszystko w wielkiej nieuwadze. A tak, to do dzisiaj stawia się go za przykład pracowitości i zaradności życiowej, bo wszystkie te cechy nabył w drodze do majątku i dobrobytu. Ukształtował sobie niemal wzorcowy charakter, będąc najnormalniej człowiekiem zazdrosnym. W ostatnią niedzielę rano otworzyłem portal Nasza-klasa, a tam mój kolega z Conradinum, a dziś zdolny inżynier-konstruktor z Elbląga - Janusz J. zamieścił zdjęcie z ostatniej swojej wyprawy na grzyby. Oto ono:

janusz-j-wrocil-z-grzybobrania.jpg

          Na widok Janusza sukcesów moja żona, zapalona grzybiarka, zapałała natychmiastowym uczuciem zazdrości. Nie minęło pół godziny jak wyjeżdżałem z garażu, choć chmury nie wróżyły większych przyjemności w podróży. Zazdrość mojej żony wpłynęła jednak na zmianę pogody, bo już za Żukowem wychynęło słońce, a mnie się zdało, że jesień wstydzi się za deszcze, jakimi częstowała nas w Zakopanem. Droga do lasu zrobiła się czarowna.

droga-na-grzyby-2008r.jpg

Kilka kilometrów za Starą Kiszewą zatrzymaliśmy się po raz pierwszy. Pobieżny rzut oka na runo leśne...

asia-na-grzybobraniu.jpg

... pozwolił zauważyć dobre, kolorystyczne kompozycje i widoki...

ladny-ale-niedobry.jpg 

...ale nie dawał nadziei na kolację. Tym bardziej, że od czasu do czasu prześladowało mnie przeczucie, że chodzę po cudzych śladach...

czyzby-slady-janusza.jpg

          Nie, nie, z pewnością to nie ślady Janusza, choć marka jakby... Fakt pozostawał faktem, że należało szukać innego kawałka lasu. Choć było już po południu i większość grzybiarzy opuściła knieje, zazdrość mojej żony wyznaczyła nam nowy kierunek i dystans niedługi. W dziesięć minut później "nasz" kawałek lasu mamił i łudził...

 nasz-kawalek-lasu.jpg

Nie trzeba się było nawet specjalnie wysilać, by co jakiś czas dostrzec to coś, dla czego Asia wywlokła mnie z domu...

podgrzybek.jpg

... i kazała się schylać...

 kurki.jpg 

..., a czasem nawet przyklęknąć...

 kania.jpg

          Gdy już nasyciliśmy się zapachem jesieni, a nasz kosz świadczył o tym, że będzie zimą czym zakąsić...

nasze-grzybowe-bogactwo.jpg 

... tak "ubogaceni" postanowiliśmy odtrąbić odwrót.
          Było na tyle wcześnie, że pomyśleliśmy o jeszcze jednym pogrążeniu się w zazdrości. Jeden z naszych przyjaciół, także klasowy kolega, Mirek Sz., przeprowadził się niedawno do nowej, wygodnej i obszernej posiadłości za miastem. Postanowiliśmy zawitać do niego z gościną. Kiedy wracaliśmy po zmierzchu do domu, to poczułem jak w mym sercu niepostrzeżenie i niebezpiecznie, acz uparcie rozpala się zazdrość o posiadłość za miastem.


12 paĽdziernika, 2008

Niespodzianki

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:12
          Telefon, który odebrałem kilka dni temu, zrobił na mnie wrażenie, niczym grom z jasnego nieba. - Cześć Waldek. Jesteśmy w Trójmieście i chcielibyśmy spotkać się z Wami. - A kto mówi - zapytałem z niedowierzaniem, bo zdało mi się, że nie dosłyszałem nazwiska. - Kaziu Lewandowski.
          Kazimierz Lewandowski w latach siedemdziesiątych studiował w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Prócz tego znakomicie śpiewał, akompaniując sobie na fortepianie, pianinie, lub czymkolwiek, co miało klawisze. Bywałem na jego koncertach w Żaku. Tam się poznaliśmy. Miło było patrzeć na jego występy. Nie tylko ekspresją przypominał Eltona Johna. Kiedy w latach osiemdziesiątych w klubie Łajba jego szef, Krzysiu Iwanicki, przedstawił mi Beatę Bartelik, postanowiłem tę piękną dziewczynę z niezwykłym głosem poznać także z Kaziem. Razem podjęliśmy decyzję o tym, by napisać dla Beaty kilka piosenek. Co postanowiliśmy, to zrobiliśmy. Tak między innymi powstała piosenka, o której niedawno w "Codziennościach"  pisałem, a którą pięknie zaśpiewała Beata Bartelik, i którą do dzisiaj często gra Program III PR.



          Był rok 1986. Na saksofonie solówki zagrał nam Tomasz Szukalski, rewelacyjny muzyk z odjazdową intuicją. Kaziu nie poczekał na nagrania. Może nie wierzył, że się udadzą. Przez Austrię i Włochy wyjechał z żoną Alicją, także muzykiem, do Australii. I oto, teraz: -To jak się umawiamy?
- Słuchaj - odpowiedziałem - zadzwonię tylko do Beaty i czekamy wieczorem u nas w domu.
          Wiadomość o tym, że Kaziu jest w Polsce, Beatę też zaskoczyła. Rzuciła wszystko w diabły, a plany na wieczór przede wszystkim, i już była u nas. Och, co to było za spotkanie. Nie widzieliśmy się dwadzieścia dwa lata. Nasza piosenka zrobiła pewną karierę, a nawet, co było dla nas nie lada niespodzianką, została nagrana, oczywiście za naszą zgodą, w 2002 roku, przez sympatyczną Kanadyjkę Sandrę Volodoff. Miało to Kaziowi i mnie, jako autorom, przysporzyć splendoru i majątku.

sandra-w-polsce.jpg

          Niestety, mimo że aranżacja i wykonanie angielskiej wersji "Snu..." było nowoczesne, a piosenka i teledysk mogły się nawet podobać, to jednak wszystko razem wzięte nie zagrało, a nasze konta w banku nie odnotowały większych zmian, choć Sandra robiła co mogła. Zaśpiewała "My Favorite Dream" nawet w otoczeniu polskich zespołów ludowych, co widać na powyższym zdjęciu, a co nijak się miało do formy i treści, ale co tam.



Mimo przeszłych lat rozpoznawaliśmy się podczas całego wieczoru znakomicie. Wśród opowieści o tym, co teraz i dzisiaj, co rusz wracały wspomnienia, a Alina pstrykała nam zdjęcia. Na pamiątkę:

od-prawej-kazimierz-lewandowski-beata-bartelik-waldemar-chylinski

          I gdy tak sobie gadaliśmy, wspominaliśmy, a nawet snuliśmy mgliste plany na przyszłość, Kaziu nagle wypalił z kolejną niespodzianką: - Mówiono mi, że w Internecie "chodzi" teledysk jakiejś dziewczyny, która śpiewa nasz "Sen...". Wiecie coś o tym? Oboje z Beatą zrobiliśmy wielkie oczy. O niczym nie mieliśmy pojęcia. Zacząłem Kaziowi tłumaczyć, że odkąd piosenka została upubliczniona, to chyba mogą ją śpiewać wszyscy, że teraz, w dobie kamer w telefonach komórkowych, każdy może nakręcić sobie teledysk i puszczać, gdzie chce, a w Internecie, to już bez większego skrępowania. Ale na jego: - Mówiono mi, że to profesjonalny klip. Czy w Polsce żyje jeszcze dobry obyczaj, jaki panował kiedyś, że pyta się autorów o zgodę na wykorzystanie ich utworów? - nie umiałem odpowiedzieć.
         Nie, nie chciałem odpowiedzieć, bo co będę stęsknionemu rodakowi mówił, żeśmy przez dwadzieścia lat w Polsce nauczyli się nie liczyć z nikim i z niczym. Że każdy robi co chce i jak chce, nie dbając nawet, by poprawnie tekst zaśpiewać. Wczoraj w Sopocie, przypadkowo, na parkingu tuż przy dworcu, spotkałem Krzysia Iwanickiego ( tego od klubu Łajba), który opowiedział mi, że widział w "Teleexpressie" teledysk z piosenką "Sen na pogodne dni" w wykonaniu Natalii Pastewskiej. Po powrocie do domu, w Googlach wpisałem hasło: Natalia Pastewska "Sen na pogodne dni" i po chwili mogłem sobie posłuchać znaną piosenkę w nieznanym wykonaniu. Po jakimś czasie teledysk zniknął, ale pojawił się na YT montaż wizualny tej piosenki

 

I co? I nic. Cieszę się, że piosenka żyje i to jest najważniejsze.
05 paĽdziernika, 2008

Dom do góry nogami czyli patriotyzm za osiem złotych

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:45
          Mówili mi znajomi, że ludziska walą tam ze wszystkich stron, że cierpliwie stoją w kilometrowych kolejkach, że zachwycają się niebywałością i...
          Ale od początku. Jest sobie na Kaszubach wieś Szymbark, której historia sięga czasów, gdy to starosta Wejher w 1610 roku sprowadził tu kolonistów niemieckich. Aż do końca II wojny światowej większość jej mieszkańców stanowili Niemcy. Wieś była cicha i spokojna aż do 1944 roku. Wtedy to bowiem, w odwecie za zastrzelenie niemieckiego sklepikarza z Szymbarku  naziści zabili w szymbarskim lesie dziesięciu Polaków z okolicznych wsi, złapanych na polu przy pracy.

las-w-szymbarku.jpg

          Po wojnie, już za moich młodzieńczych czasów, do Szymbarku jeździło się latem na piwo, a zimą na kulig. Aż tu nagle, kilka lat temu, pracowity i pomysłowy Kaszuba Czapiewski założył w Szymbarku firmę budującą drewniane domy. Firma jak firma, domy jak domy, ale ten Kaszuba to ho, ho - tęga głowa. By zwrócić uwagę na siebie i swoją firmę  wymyślił, że będzie właścicielem najdłuższej deski na świecie. Przerżnął drzewo w obecności kamer TVP i miał taką darmową reklamę o jakiej tylko marzyć. To jest siła pomysłu! Wieść o desce poszła w lud, a lud dalejże wsiadać w co się da i pchać się do deski. Nie wiem jak szedł Czapiewskiemu interes z domami, ale ten z deską szedł znakomicie, bo przy desce smażyły się kiełbaski i obficie lało piwko. Czapiewski po owocnym sezonie z deską wymyślił dom stojący do góry nogami. I to dopiero było to!!!

postawione-na-glowie-w-szymbarku.jpg

          Gdyby obok deski i domu do góry nogami, obok trzech, czy czterech restauracji i barów, upchanych na tym małym terenie, obok stoisk z biżuterią i goframi, obok całego tego kiepskiego centrum handlowego, obok budowanego hotelu i zjeżdżalni dla dzieci... - więc gdyby obok tego wszystkiego postawił Czapiewski jeszcze wiatrak i zamek czarownicy, czy domek Gargamela, to wszystko byłoby w porządku i niech mu się w tym kaszubskim disneylandzie wiedzie się jak najlepiej.  Czapiewski jednak zapragnął rozciągnąć sezon na cały rok, tak by zarobić na szkołach. Zamiast domku Gerdy i Kaja postawił obok deski lokomotywę zabraną z muzeum kolejnictwa w Kościerzynie, którą przemalował na ruską. Do lokomotywy dostawił wagony z epoki i budzącą grozę wieżę wartowniczą, a wszystko po to, by unaocznić gehennę Sybiraków.

pociag-na-sybir-w-szymbarku.jpg

          Oprócz pociągu postawił prawdziwy dom z Syberii i barak, w którym Sowieci przetrzymywali 144 Polaków.  
Do smaku, zapachu i widoku kiełbasek na gorąco dodał Czapiewski zdjęcia wygłodzonych dzieci i opisy koszmarnych przeżyć tych, którzy zsyłkę przeżyli. Zaraz za deską i barakiem postawiono stary, kaszubski kościółek, niedaleko którego, za 12 złotych w specjalnym baseniku można połowić sobie rybki, a złowione grillować.  Basenik stoi kilka metrów od wystawy domków, które można sobie w firmie zamówić, od pomnika pomordowanych i baru w bunkrze, który to bunkier ma chyba upamiętniać trud wojenny Gryfa Pomorskiego. Trochę dalej stoi kucyk, na którym leniwe maluchy mogą tę naszą całą tragedię narodową: Kołymę, Sybir, wojnę oraz restauracje, bary i smażalnie przelecieć galopem.

wieza-sowiecka-w-szymbarku-i-pociag.jpg

          Nie dowiedziałem się ilu Kaszubów wywieziono na Sybir. Być może byłem nieuważny. Setki? Tysiące? Dziesiątki tysięcy? Nieważne. Nawet gdyby tylko jednego, to i tak warto pamiętać o jego niedoli. Nie wiem, ilu Kaszubów zginęło w obozach hitlerowskich. Z pewnością setki, jak nie tysiące, ale choćby tylko jeden, to i tak warto o nim pamiętać. Wiem, że Gryf Pomorski był organizacją zasłużoną w walce z hitlerowskimi Niemcami, ale jak na ilość mieszkańców Pomorza i Kaszub, nieliczną. Nie w liczebności jednak jej zasługi, lecz w poświęceniu, odwadze i w idei, za jaką walczyła. Za to należy się nasza pamięć.
Nie mam pojęcia, ilu Kaszubów służyło wbrew własnej woli w Wehrmachcie i ilu zginęło nie za swoją ojczyznę, ale choćby niewielu (a myślę, że było ich tysiące), to warto, by o nich też pamiętać. Jednak organizator tego patriotycznego ogródka w swojej dochodowej reklamie nie o wszystkich ofiarach pamiętać chce. Być może boi się, że ta pamięć popsułaby ruch w interesie, tak jak dziadek Tuskowi wybory. Może przeoczyłem, ale na historię tych dziesięciu zabitych w szymbarskim lesie też się jakoś w tej jarmarcznej zadymie nie natknąłem.

kolejka-w-szymbarku.jpg

          Dziwi mnie, że nikt głośno nie protestuje przeciw takim pomysłom. Obawiam się za to, że nazwa tego przybytku nie jest przypadkowa. Ciekawe, czy do tego interesu i reklamy firmy budującej domy z drewna nie dopłaca jakiś urząd? Oby nie, bo to dopiero byłby cyrk.
          Pojechaliśmy z Asią do Szymbarku dzisiaj w południe. Interes, czyli ogrodzony plac reklamowy firmy od domów, nazywa się Centrum Edukacji i Promocji Regionu. Stały przed nim setki samochodów i trzy autokary, a na placu, na który można wejść po zapłaceniu ośmiu złotych, między tymi wszystkimi dziwami spacerował dobry tysiąc luda. Brakowało tylko koncertu Dody (amfiteatr już jest), odgłosu wystrzałów podczas egzekucji i krzyku ofiar, dobiegającego z głośników, a wszystko byłoby do reszty postawione na głowie?
04 paĽdziernika, 2008

Hajdun

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:44
          Nie pamiętam już kiedy i przy jakiej okazji się poznaliśmy. Było to chyba w latach siedemdziesiątych w starym Żaku. Potem w naszej znajomości nastąpiła długa przerwa, aż w latach dziewięćdziesiątych spotkaliśmy się przy okazji radiowej audycji emitowanej na żywo. Ja coś tam gadałem, a Janusz mi przepięknie akompaniował. Grał tak ślicznie, że pamiętam jego muzykę, a zupełnie nie pamiętam tematu audycji. Później, na gdańskiej Żabiance, widywaliśmy się już częściej. Obu nas interesował problem skutecznej ochrony praw autorskich. Nic dziwnego, Janusz był w końcu autorem muzyki do prawie stu filmów. Wiosną ubiegłego roku, po którymś ze spotkań napisałem w Codziennościach: Wpadł do nas ciepło ubrany( po południu było już chłodno), wiosennie nastrojony - Janusz Hajdun. Janusz to chodząca legenda nie tylko gdańskiej kultury. Muzyk, który do Gdańska przywędrował w 1945 r. ze Lwowa. Facet, którego za młodu pochłaniały dwie pasje: szybownictwo i muzyka. Życie, na szczęście, oddał tej drugiej. Najpierw, jako chłopię, zamieszkał z rodzicami w Gdyni i tam chodził do szkoły muzycznej. Średnią i Wyższą Szkołę Muzyczną kończył już w Gdańsku, gdzie wraz ze Zbigniewem Cybulskim, Bogumiłem Kobielą i Jackiem Fedorowiczem, jako muzyk tworzył sławny teatrzyk studencki Bim-Bom. Po Bim-Bomie był Teatrzyk Rąk - Co to, a potem Cyrk Afanasjewa - Trala-Bomba. To właśnie w Cyrku powstała niezwykła piosenka, wielki szlagier "Niech no tylko zakwitną jabłonie". Ponieważ "...świat nie jest taki zły... "  kariera Janusza kwitła. Po doświadczeniach w teatrzykach studenckich naturalnym było to, że Jego zainteresowania pójdą w kierunku muzyki teatralnej i filmowej. Napisał muzykę do kilkudziesięciu przedstawień i do tyluż filmów. Komponował do takich dzieł jak: "Na wylot", "Tańczący Jastrząb", "Franz Kafka", "Ptaszor", czy ostatniego "Zbrodnia i kara". Napisał muzykę do "Tanga" - najbardziej sławnego, pierwszego polskiego filmu nagrodzonego Oskarem
          Janusz już nie wpadnie. W dniu, w którym ja w Warszawie załatwiałem m.in. Zaiksowe sprawy i spieszyłem się z wyjazdem w góry, Janusz zmarł w Gdańsku. Był pogodny, dwunasty dzień września
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY