25 marca, 2009

Słowo

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:19
          Ile słowo znaczy przekona się każdy kto na nie liczy. Ulotne, nieuchwytne, zrodzone z drgań powietrza i myśli, z doświadczenia i planów, przelatuje obok nas, niekoniecznie chętnie słyszane. Dla jednych jest strzępkiem urwanym z szarego płótna przykrywającego zwykły dzień, dla innych, z trudem pielęgnowanym krzakiem w ogrodzie niezwykłych doznań. Bywa pospolitym zabójcą ciszy, ale bywa też muzyką dla pragnień. Będąc przysięgą powinno być świętością, będąc wyznaniem, bywa tragedią. Ze słodyczy łatwo w gorycz popada, a gdy czekaniem jest, staje się torturą. Słowo. Słowo rzeczą się staje, gdy rzecz nazwiesz i rzecz słowem się staje, gdy rzecz nazwiesz. Tylko nienazwane jest tajemnicą, ale cóż, tajemnice nie mają słów.
Takie i inne myśli chodzą mi po głowie za każdym razem, gdy sięgam po powieść "Hanemann", której autorem jest Stefan Chwin.

stefan-chwin-2.jpg

          Jest w "Hanemannie" rozdział "Lawenda", rozdział, do którego najbardziej lubię wracać. Tam słowa przedstawiają nowym lokatorom rzeczy lokatorów, którzy odeszli. Tam rzeczy niemieckie dają się nazywać na nowo, po polsku, odsłaniając swym przeobrażeniem tajemnicę dziania się historii. A "...gdy o północy Mama stanęła w wannie i Ojciec cieplutką wodą umył jej plecy..." słowa nazywają jeszcze miłość, której można nie nazywać słowami.
W jakiś czas po przeczytaniu "Hanemanna", gdy siedziałem nad kartką czystego papieru i niezdarnie próbowałem kilka zwykłych słów zestawić w wiersz, niespodziewanie zaczęło się pisać. Gdy się napisało, wiedziałem, że napisane zawdzięczam Stefanowi i jego książce. To, co na kartce leżało było dość wyraźnym odbiciem obrazu ludzi, których już kiedyś poznałem. Patrzyłem na nich, i jakbym widział rodziców narratora powieści "Hanemann", biorących w posiadanie nowy dom, nowe rzeczy i nowe życie, czy jakbym widział Stefana i Krysię, czule wspartych o siebie na zdjęciu w oliwskim parku. I byliśmy to my, bo jakbym widział też Asię i siebie przy czułej porannej kawie i ciepłej rozmowie. Tak, te słowa, choć ich nigdzie nie było, same do mnie przyszły, wprost z powieści o domu przy ulicy Grottgera: "...Budzisz mnie ciepłym słowem..." A potem samo się napisało i samo się zaśpiewało, gdy do tekstu, Wojtkowi Staroniewiczowi samo się skomponowało muzykę. Tak powstała jedna z moich najważniejszych i najprawdziwszych piosenek: "Słowa, słowa".
Warto uważać na słowa. Nigdy nie wiadomo ile znaczą.
25 marca, 2009

Jak dobrze mi - bis

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:12
          Oto dowód! Ci, którzy weszli dzisiaj w nocy na moją stronę zauważyli, że wpis "Jak dobrze mi" zniknął. Sprzątam więc bałagan i będzie za chwilę jak było. Nie znoszę głupiej roboty. Może administrator Miłosz wpadnie niedługo na ślad "licha". Wkrótce nowe wypracowanie. Pozdrawiam.
         "Jak dobrze mi" z 13 marca 2009r.  Nie da się ukryć, że coś złego dzieje się na serwerze, na którym umieszczona jest moja strona. Gdzieś tam, w bebechach administracyjnych siedzi jakiś diabełek i co rusz miesza we wpisach. Po takim zamieszaniu zmuszony jestem bałagan sprzątać i przywracać wszystko na swoje miejsce. Dlatego nie dziwcie się moi kochani przyjaciele -czytelnicy, którzy automatycznie powiadamiani jesteście o moich nowych wypracowaniach, że zaglądając na stronę nie znajdujecie niczego nowego. Jest nadzieja, że opiekunom mojej witryny uda się wreszcie namierzyć diabełka i jakoś go poświęcić. Zanim to nastąpi ten wpis też pewnie parę razy zniknie i parę razy powróci na swoje miejsce. Tymczasem za ewentualne niespodzianki i rozczarowania -przepraszam.

          Moje wspomnienie o zespole BOOM sprawiło, że wiele osób odświeżyło sobie pamięć, a wiele, pewnie młodszych, zainteresowało grupą. Nie ukrywam, że to radość dla autora. Mam więc jeszcze coś. W swoich zbiorach odkopałem zdjęcie z 1974 roku. Zdjęcie zostało zrobione najprawdopodobniej w Żaku, w trakcie Bazuny, w żakowskiej kawiarence. Dlaczego i czym ( wygląda to na chleb razowy) karmię Darka Dziadkiewicza, nie pamiętam, ale fakt jest faktem, że tak było:

darek-dziadkiewicz-i-ja.jpg

          Oj, miało się kiedyś włosy!  A tak, w części, wyglądał zespół BOOM i Darek na Bazunie w roku 1973. Zdjęcie to jest też dowodem na to, że do warszawskiej grupy dochodziły różne osoby w różnych okresach. Jak wyjaśnił Janusz Lipiński na zdjęciu prócz Darka i Mirka Nawrockiego, który zamieszkuje obecnie Kanadę, jest też śpiewająca skrzypaczka Ewa Jurkiewicz, którą losy rzuciły do Finlandii

darek-dziadkiewicz-i-zespol-boom.jpg

          Przy okazji, dzięki Markowi Skowronkowi, wszedłem w posiadanie powyższego zdjęcia i oryginalnego nagrania turystycznej piosenki zespołu BOOM. Skomponował Darek tę piosenkę ponoć w pociągu, jadąc do Gdańska, a nagrania dokonano w dzień później, w czasie koncertu na studenckim przeglądzie Bazuna-1973. Piosenka nosi tytuł "Jak dobrze mi" i umówmy się, że tak właśnie jest nam wszystkim, póki nie ma wiosny. I co z tego, że dzisiaj jest piątek i trzynasty?!
12 marca, 2009

Życie z PZU-Życie, ale nie wiadomo po co

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:40
          Maja kochana Mama zleciła mi dzisiaj wpłacić w PZU-Życie swoją składkę na życie, którą wpłaca od 50 lat. Do tej pory składki wpłacała w Gdańsku, ale w tym roku, ponieważ od kilku lat mieszka z nami, postanowiła, że przeniesie je do Gdyni. By sprawie nadać bieg wypełniła formularz, jaki otrzymała rok wcześniej w PZU-Życie w Gdańsku, wręczyła mi swój dowód i pieniądze, po czym wyprawiła mnie do miasta. Mając na uwadze fakt, że oto zaraz spełnię dobry uczynek, w znakomitym humorze zajechałem pod oddział PZU-Życie przy Placu Kaszubskim 8 w Gdyni.

gdynia09.jpg

          Nie wiedziałem, że zamiast radośnie zmierzać ku ubezpieczycielowi, powinienem raczej włożyć na siebie worek pokutny i biczując się okrutnie czołgać do jego drzwi, prosząc, by było mi - załatwione. Niewpłacenie kolejnej raty oznacza bowiem zerwanie umowy i Mamina sumienność w płaceniu ubezpieczenia zdałaby się psu na budę.
          Przywitała mnie chuda dzierlatka, z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką, która, gdy usłyszała o co chodzi, zaczęła przede mną roztaczać nie najlepszą wizję mojej przyszłości. Najpierw się dowiedziałem, że Mama powinna pofatygować się do niej osobiście i podpisać prośbę o przeniesienie, a potem, albo czekać, aż Gdańsk prześle papiery i wtedy jeszcze raz się pofatygować, albo te papiery dostarczyć do Gdyni samemu. Na moje stwierdzenie, że Mama jest osobą starszą i niekoniecznie lubi fatygować się osobiście, chuda, z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką, ustąpiła informując, że Mama może wszystko podpisać w domu, ale musi być to poświadczone przez pana, wójta, lub... plebana.
Myślałem, że się przesłyszałem, ale nie, chodziło o księdza. W ten sposób dowiedziałem się, że w Polsce ksiądz jest urzędnikiem państwowym władnym poświadczać, co jest prawdą, a co nie. Lekko skonfundowany doszedłem do wniosku, że prościej, niż szukać księdza, co Maminkę mogłoby wystraszyć, pojadę do domu, powiem, że nie czas na wygodne życie w fotelu i zawiozę do chudej z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką.
          Jak pomyślałem, tak uczyniłem. Maminka zadowolona nie była, ale ubrała się najszybciej jak mogła i gdy już jechaliśmy do źródła ubezpieczeń, ni to do mnie, ni do siebie, rzekła - Co robić? Widać biurokracja, jak ja, wciąż żyje.
Gdy razem przekraczaliśmy próg gdyńskiego oddziału PZU - Życie przy Placu Kaszubskim, zauważyłem na twarzy chudej - z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką - kwaśny uśmiech z domyślnym westchnieniem w tle - O Boże, ten znowu tu. Przybycie Mamy, wylegitymowanie się i osobiste podpisanie formularza nic nie pomogło. Chuda - z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką - powiedziała, że jej przykro, ale ona, urzędniczka oddziału Życie w Gdyni, nie może połączyć się z oddziałem Życie w Gdańsku, by ściągnąć odpowiednie dane, bo nie może. Ich komputery właśnie tak mają, a właściwie, to tak nie mają.
          W ten sposób dowiedzieliśmy się, że PZU-Życie jest martwe. Gdy wróciliśmy do domu zadzwoniłem pod numer PZU-Życie 801-102-102.
Nie wiem czy pani, która odebrała mój telefon była chuda i czy miała, nie wiadomo po co rozpiętą bluzkę, czy może siedziała zapięta po szyję, ale powiedziała dokładnie to samo, co rozpięta z Placu Kaszubskiego - podpis może poświadczyć ksiądz. Powiedziałem - Amen i... 

mama.jpg

...zabrałem Mamę, dla ukojenia nerwów i przywrócenia życiowej równowagi, na spacer. Pojechaliśmy nad nasze ulubione jeziorko odnaleźć wiarę w życie i nadzieję na lepsze. Pojechaliśmy poszukać oznak wiosny w przyrodzie. Niestety, jeziorko nasze spało
jeszcze skute lodem.

szukam-wiosny-071.jpg

Na ścieżkach resztki śniegu trzymały las w zimowych ryzach.

szukam-wiosny-028.jpg

A, że będzie tu wkrótce zielono zaświadczał tylko mech ustrojony zeszłorocznymi szyszkami.

szukam-wiosny-051.jpg

          Gdyby się dobrze wsłuchać w tę leśną ciszę mógłby człowiek usłyszeć puls życia w niby martwej przyrodzie, która najwyraźniej jest już przy nadziei. I tylko patrzeć, i tylko patrzeć jak...
         Gdyby jednak z tego lasu wrócić na Plac Kaszubski do ...Życie, to ile by się człowiek nie wsłuchiwał, prócz rady, by wezwać księdza, nic nie usłyszy. Po jaką cholerę się ubezpieczać, lepiej się modlić.
04 marca, 2009

BOOM

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:58
          Och, gdyby dzisiaj nagle pojawiło się w prasie zaczarowane słowo boom, wszyscy odetchnęliby z ulgą. Teraz, gdy z każdego kąta wyziera widmo wszechogarniającego kryzysu, boom byłby nadzwyczaj pożądanym i oczekiwanym darem bożym.
Mam jakieś dziwne przeczucie, że Bóg lubi biednych, więc mamy spore szanse w niedalekim czasie, by się nami zajął.
          Tymczasem, na przekór całemu ekonomicznemu złu, postanowiłem, że u mnie już dzisiaj będzie boom. I to jaki boom. Boom przez duże B. Mam w pamięci taką scenę...
Jest późna jesień 1973 roku, a ja siedzę w bufecie dla artystów w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Czekam, jak wielu moich przyjaciół z tamtych lat, na koncert, który mamy zagrać wieczorem. Nagle otwierają się drzwi i do bufetu wchodzi piękna, złotowłosa dziewczyna. Za nią wchodzą jeszcze dwaj faceci z gitarami, ale to ona skupia na sobie uwagę wszystkich.

ania-lecka.jpg

          Gdy tamci dwaj wyjmują gitary i zaczynają je stroić, dziewczyna siada na parapecie okna i uśmiechając się do wszystkich, z pewną nieśmiałością, a może kokieterią i mówi - Cześć. Patrzę się na tę Zjawę i jej gitarzystów, i mam nieodparte wrażenie, że już gdzieś ich widziałem. Chwilę później w mojej głowie, w ślad za dźwiękami akordów, jakie brzmią pod palcami jednego z muzyków, pojawia się piosenka, która zaczyna się od słów "Słońce, słońce w ramionach...". Wszystko staje się jasne. Ta dziewczyna, to Ania Łencka, a ci gitarzyści, to Janusz Lipiński i Darek Dziadkiewicz, który zaczyna też wygrywać na flecie. Wszyscy razem tworzą zespół o nazwie Boom. Wiosną tego roku wylansowali przebój, piosenkę "Miłość" na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu i zostali tego festiwalu laureatami, a ja ich znam z Bazuny, ale bardziej z telewizji. Tak się zaczęła moja znajomość z zespołem Boom.

boom-riviera75-z-lewej-ania-ckazip.jpg

         Pamiętam jeszcze, że gdy przyszła kolej na występ grupy Boom, poszedłem na widownię, by jej posłuchać. Po oklaskach, ukłonach i bisach, wróciłem za kulisy oczarowany, bo prócz piosenki "Miłość", której tekst jest fragmentem wiersza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, "boomowcy" zaśpiewali jeszcze kilka innych, świetnych piosenek, a wśród nich i tę, tworzącą niezwykły klimat, kompozycję - "Ciepło", do której muzykę wymyślił Janusz Lipiński posługując się fragmentami wiersza Federica Garcii Lorki.           Ania, Janusz i Darek byli filarami grupy, zespół zaś w swoim czasie był liczniejszy. Oprócz Ani, śpiewały jeszcze Małgosia Prejzner i Iza Wagner, a także Mirek Nawrocki i Krzysiek Ciepliński.

boom73fotkarpinski.jpg

          Wraz z Boomem miała Warszawa swój dobry czas na poezję śpiewaną. Janusz już wtedy, oprócz niewątpliwych talentów muzycznych, wokalnych i kompozytorskich, wykazywał się także talentem menedżerskim. Jako współzałożyciel zespołu, którego drugim twórcą był Darek Dziadkiewicz,  dbał Janusz o repertuar grupy, dostarczając jej wciąż nowe piosenki. Do niektórych czasem nawet sam pisał teksty, z całkiem niezłym skutkiem. czasami w nagraniach grupy Boom brał udział świetny gitarzysta - Rysiek Sygitowicz, członek wielu zacnych kapel, w tym Perfectu i wtedy było już naprawdę pięknie.
          Dziesiątki lat minęły, a ja wciąż wspominam Boom. Tym łatwiej mi to przychodzi, że kilka lat temu moja znajomość z Januszem Lipińskim i Darkiem Dziadkiewiczem odnowiła się. Janusz jest prezesem zarządu firmy Synergia 99, zajmującej się inwestycjami. Choć z krwi i kości jest warszawiakiem, to w związku z pracą często bywa, by nie rzec - mieszka, w Trójmieście. Firma Janusza miała pomysł na wybudowanie w centrum Gdańska tzw. Młodego Miasta. Nim jednak Prezes przygotował teren pod budowę Młodego Miasta, zarządzał nim tak, by w postoczniowych, pustych obiektach rozkwitło młode życie artystyczne. Artysta rozumiał artystów, toteż i nic dziwnego, że pisali o nim tak: "...Już kiedyś o tym wspominaliśmy, firma Synergia 99 kierowana przez człowieka o wielkiej otwartości i wyobraźni - Janusza Lipińskiego - gospodaruje całym postoczniowym terenem i właśnie w taki sposób potrafi się nim dzielić. Już teraz działają tam kluby, grupy muzyczne i teatralne, jest galeria, a tak naprawdę każdy z pomysłem na zagospodarowanie wybranego miejsca może liczyć na pomoc..."
          Janusz jest uroczym człowiekiem, z którym spotkania zawsze "wypalają". Jakiś czas temu, gdy nagrywaliśmy z Beatą Bartelik w studio Radia Gdańsk, Janusz bardzo chętnie w czasie jednej z sesji nam towarzyszył. A wczoraj wpadł do nas na gołąbki. Nie zdarzyło się jeszcze nigdy, bym spotykając się z Januszem, nie poprosił go o jakąś piosenkę. Wczoraj wieczorem zaśpiewał kilka, a w tym i tę, jedną z ładniejszych, jakie znam, którą skomponował do słów Lucjana Radzikowskiego -"Goniąc miłość" .

janusz-lipinski.jpg

          Przy pysznych gołąbkach śpiewaliśmy i gadaliśmy o ważnych i nieważnych sprawach. Wspominaliśmy też tamte czasy i tamtych ludzi. Wspominaliśmy Darka. Darek prezesuje dzisiaj Komunikacji Miejskiej w Tarnobrzegu. Odzywa się czasem przez internet. Janusza wciąż ciągnie do muzykowania. Na początku marca w olsztyńskiej filharmonii będzie nagrywał materiał na płytę "Ptaki powrotne". Będą to jego kompozycje do wierszy Baczyńskiego, które zaśpiewa Basia Raduszkiewicz. A Ania? Złotowłosa Ania zmarła kilka lat temu i czas jej oraz jej "Miłość" można dogonić już tylko w myślach.

PS. Gdyby ktoś chciał zobaczyć jak zespół BOOM śpiewał w Opolu piosenkę "Miłość", to proszę kliknąć pod ten adres: http://www.youtube.com/watch?v=asoR37WwzwI 
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY