29 kwietnia, 2009

Przepraszam za...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:46
          Kiedyś auta z Torunia jeździły z naklejką, która informowała, że "Toruń przeprasza za ojca Rydzyka". Bawiło mnie to, bo uważałem i uważam, że jest za co przepraszać. Wczoraj, podczas spaceru po dzielnicy Przymorze w Gdańsku okazało się, że Gdańsk też do jakiejś winy się poczuwa...

wiosna-kurski-0091

          Gdański poseł Kurski chce do Europarlamentu. Tak bardzo chce, że mając na uwadze kiepskie notowania i perspektywy w Gdańsku, chce sobą uszczęśliwić ludzi w Podlaskiem i na Warmii i Mazurach. Nie wiem, jakie grzechy popełnili pod Białymstokiem i co winni są Kurskiemu ludzie spod Augustowa, ale wiem, że mieszkańcy Olsztyna i okolic absolutnie nie zasługują na to, by mieć takiego reprezentanta. Z Krainą Tysiąca Jezior łączy mnie wiele dobrych uczuć i mam tam wielu przyjaciół, więc teraz mi wstyd, że my, gdańszczanie, podrzucamy Mazurom i Warmiakom takiego kandydata. Choć tak na prawdę, to on się tam sam podrzuca. A właściwie - narzuca.

wiosna-kurski-007

Kurski liczy na to, że "ciemnego ludu", który go kupi, jest teraz więcej nad jeziorami, niż nad morzem. Jestem pewien, że się przeliczy i przepadnie z kretesem. Tymczasem przyłączam się do przeprosin gdańszczanina, właściciela Skody, którą wczoraj spotkałem. Olsztyn zasługuje na więcej i mądrzej.


25 kwietnia, 2009

Wiosna się nam fotyguje

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:37
W moim ogrodzie...

wiosna-005

...wiosna jak malarz rozkłada między pierwszą zielenią delikatne żółcie, róże...

wiosna-013

i pastelowe fiolety. Ciepło.

wiosna-009

Przyjemnie posiedzieć, popatrzeć i nacieszyć oko. Wreszcie przyszła. Czereśnia kwitnie, zapowiadając kwieciem słodycz lata - i to mnie cieszy.

wiosna-016

Nie cieszy mnie natomiast kompromitacja hodowli politycznych kwiatków na trawnikach sejmowej zagrody. Z rosnącym rozbawieniem i kwitnącym zażenowaniem oglądałem niedawno panią Fotygę, która w naszym politycznym ogródku wciąż chce wyrosnąć na ładny kwiatek...

fotyga1

Nie zdaje sobie jednak Fotyga sprawy, że przy jej postrzeganiu świata będzie w tym ogródku zawsze irytującym chwastem, który się trzyma gleby tylko dlatego, że pewna, najpewniej niezbyt zorientowana i rozgarnięta, grupa kiepskich ogrodników zagłosowała kiedyś za głupotą, ksenofobią i kompleksami. Fotyga bez żenady mówi o sobie jako postaci legendarnej, której życiorys jest równy życiorysom najlepszych rodaków. Ten nasz Chrobry, Wałęsa, Piłsudski i Sobieski w spódnicy, nie dostrzega nawet jak bardzo wystawia się na śmieszność. Już ta wyjątkowa skromność kwalifikuje ją do wyplenienia z ogródka, a co dopiero mówić o tolerowaniu, choćby na ostatnim i najbardziej zacienionym trawniku. Tymczasem, nim ktoś w rządzie się opamięta i nie dopuści do wysłania tej "stokrotki" na światowe corso, lepiej posiedzieć na słonecznym, wiosennym trawniku i posłuchać co mówi prawdziwa stokrotka.

wiosna-022

Powie nam z pewnością, by się polityką na wiosnę za bardzo jednak nie fotygować.


21 kwietnia, 2009

Jaskułke wiosnę czyni

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:09
          Byliśmy już mocno zaangażowani w nagrania, gdy zjechał z jakiegoś festiwalu, z Francji. Przyjechał na moje i Wojtka Staroniewicza zaproszenie. Wojtek opowiadał o nim niesamowite rzeczy, to i nic dziwnego, że ciekawy byłem młodego pianisty, który wtedy, mając ledwie dwadzieścia lat, był już obsypywany nagrodami. Niektórzy nawet uważali, że jest objawieniem na jazzowej scenie. Wszedł do studia z łobuzerskim uśmiechem i miną gawrosza. Jakby niedbały i nonszalancki szybko przeszedł w stan skupienia. Pierwsze podejście do nagrania nie zadowoliło nikogo, drugie, choć było lepsze, też uznaliśmy za przestrzelone. Przed trzecią próbą pogadałem z nim o tekście, który napisałem do tego kawałka. Opowiedziałem mu co czułem w czasie, gdy go pisałem. Chciałem, by poczuł to samo. Nie wiem dlaczego, ale wtedy wydawało mi się, że mimo różnicy wieku jaka nas dzieli, gdy wejdzie w moją skórę i zrozumie, to kompozycja Eli Adamiak stanie się również jego przeżyciem. I tak się stało. Gdy skończył nagranie wszyscy biliśmy brawo. Wojtek, który napisał do tej piosenki dość rozbudowany aranż, doszedł do wniosku, że właściwie, to już nic więcej nie trzeba. I choć coś tam jeszcze dodał, to jednak fortepian pozostał w tej piosence filarem. Dla niego, młodego pianisty, muzyka prawie bez reszty jazzowego, udział w mojej sesji nagraniowej z pewnością był tylko przygodą, ale ja wspominam tamten czas i pracę z dużą satysfakcją.
          Sławek Jaskułke urodził się w Pucku w 1979 r. Obecnie prócz tego, że jest samodzielnym artystą i liderem grupy 3yo, gra też na stałe w kwartecie Zbigniewa Namysłowskiego. Komponował muzykę do filmów i spektakli teatralnych, a także brał udział w licznych projektach muzycznych znanych formacji jazzowych. Jak na tak młodego człowieka lista jego prac i nagród jest całkiem spora. W mojej pamięci Sławek funkcjonuje jako człowiek - dźwięk. Niezwykłą rzeczą jest słuchać jak gra, ale też patrzeć jak to robi. Kiedyś, gdy graliśmy w Warszawie koncert promujący moją płytę, siostra Asi powiedziała potem, że Sławek grał tak spontanicznie i żywiołowo, iż skupiał na sobie uwagę całej widowni. Nie byłem zły. Koncert się udał, a ja sam miałem wiele radości podglądając pianistę. Od tamtej pory kibicuję jego karierze. Nic też dziwnego nie ma w tym, że ucieszyłem się bardzo, gdy kilka dni temu dowiedziałem się, że na rynku jest kolejna Sławka płyta. Nosi tytuł Hong Kong i jest zapisem koncertu jaki odbył się w 9 listopada 2006 roku w Studio One Radia BH RTHK w Hong Kongu.

slawek-jaskulke-plyta

          Ucieszyło mnie też to, że w wydaniu płyty Hong Kong uczestniczył Marcin Jakobson. Ten, Asi i mój dobry i stary znajomy ze studenckich czasów i klubu Żak, jest dziś, jak słyszeliśmy, bardzo dobrym managerem, a to Sławkowi dobrze wróży. Nie pożałuje nikt, kto podzieli mój entuzjazm dla muzyki Sławka. Niewielu jest bowiem muzyków, którzy fantastyczny zapał i młodzieńczą energię potrafią precyzyjnie połączyć i finezyjnie osadzić w solidnych ramach muzycznej mądrości. Sławek to potrafi i z pewnością nie raz jeszcze o nim usłyszymy.
Cholernie późno się zrobiło. Noc jest i zimno za oknem. Nim pójdę spać posłucham sobie jeszcze "Cóż cień się kładzie". To melancholijna piosenka, ale co tam, niech Jaskułke wiosnę czyni.
12 kwietnia, 2009

Podróż sentymentalna

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:41
          W pierwszą, ciepłą, wiosenną sobotę tego roku jechałem krajową siódemką w kierunku Warmii i Mazur. Na przednówku zawsze staram się pamiętać o Andrzeju Swacynie, moim przyjacielu i gitarzyście, który zmarł 5 kwietnia, dziewięć lat temu.

andrzej-swacyna

          A zdawałoby się, że wszystko było tak niedawno. Jakbyśmy wczoraj koncertowali w Krakowie. Jakbyśmy dopiero co, wraz z licznym gronem przyjaciół, wśród których była też, widoczna na zdjęciu poniżej, Grażyna Łobaszewska, razem, hucznie obchodzili moją "czterdziestkę". Jakbyśmy...

andrzej-swacyna-pierwszy-z-lewej-w-chylinski-i-grazyna-lobaszewska-1993r

          Byłem więc ze wspomnieniami w drodze. W radio cicho grała muzyka, a ja zastanawiałem się nad tym, czy przeszłość może rządzić przyszłością. Bezsprzecznym faktem jest, że to, co było, ma wpływ na to, co będzie, ale czy przyszłość tworzy się tylko przez doświadczenie i pamięć? Czy nie trzeba przypadkiem, prócz wiedzy, wplatać w tę twórczość choćby odrobinę fantazji i wyobraźni? Zatrważające jest jak łatwo dajemy się manipulować różnej maści i proweniencji "historykom". Przerażające jest jak łatwo ci znachorzy od przeszłości i siedmiu boleści przestawiają nam meble i urządzają mieszkanie.
          Zazwyczaj w Małdytach, jak tysiące innych kierowców, zdejmowałem tylko nogę z gazu, bo często stoją tam z radarem, i gnałem dalej. Jednak tym razem wspomnienia kazały mi skręcić przy restauracji i pojechać nad jezioro Sambród, które podchodzi swymi wodami pod małdycką stację kolejową.

jezioro-sambrod

          Co roku latem, dzieciakiem będąc, przepływałem tędy wraz z rodzicami naszą żaglówką do Iławy, na jezioro Jeziorak. Gdy usiadłem teraz na brzegu i zagapiłem się w dal, gdzie za szuwarami jest wejście do kanału, który prowadzi na jezioro Ruda Woda, zwane czasem Duckim, pamięć wyciągała na wierzch wspomnienia. Powinienem jechać dalej, bo czekano na mnie, ale nie mogłem się oprzeć chęci pozostania w okolicy jeszcze choć przez chwilę. Po kilku zakrętach zajechałem nad Rudą Wodę. To tu zawsze, pierwszy raz od wypłynięcia z Gdańska, stawialiśmy maszt i podnosiliśmy żagle. To tu paliliśmy pierwsze ogniska. To tu pierwszy raz Tata pozwolił mi żeglować samemu. Miałem wtedy sześć, może siedem lat. Ech...

wyjscie-z-kanalu-elblaskiego-na-jezioro-ruda-woda

          Ale czas gonił. Pół godziny później dojeżdżałem do Olsztyna, a strzępy wakacyjnych wspomnień, lekko przetarte z kurzu, znowu zaległy w pamięci. W Olsztynie czekał na mnie, tak jak rok temu, Romek Trębski, z którym w godzinę dojechałem do cmentarza w Karolewie. Chwila zadumy i modlitwy nad grobem Andrzeja. Świeczka zapalona na znak żywej pamięci o nim i czas... Gdyśmy z cmentarza wychodzili, żona Andrzeja - Ewa Swacyna, zadzwoniła do nas z informacją, że czeka na nas za Giżyckiem, w siedlisku, które jest własnością naszego wspólnego przyjaciela. Wymarzona pogoda pognała nas w tamtą stronę. Choć u Sławka byłem już razy parę, to za każdym razem brama wjazdowa robiła i robi na mnie wrażenie.

slawkowa-brama

          No i to siedlisko. Uroczysko prawdziwe. Zagubione wśród jezior i grzęzawisk, zaplątane w sieci polnych i leśnych dróg. Siedlisko, do którego za każdym razem dojeżdżam skołowany, z niewiedzą swego miejsca na mapie. To miejsce, odkryte kiedyś przez Andrzeja, który pierwszy - mimo ruin - zachwycił się nim od pierwszego wejrzenia, jest nadzwyczaj przyjazne.

mazurskie-siedlisko

          Andrzeja tu wciąż pełno. To on Sławkowi siedlisko to polecił i z ruin podniósł. To on wraz z tym i innym jeszcze, oddalonym o kilkanaście kilometrów dalej, równie uroczym siedliskiem budował swoje nadzieje na przyszłość. Tyle, że ta przyszłość jest już przeszłością, a Andrzeja tam pełno, bo wciąż go pełno w naszych wspomnieniach. 
         Gdyśmy już na dobre wysiedli z samochodu, czekała nas niespodzianka. Prócz Romka i mnie zjawiło się tego dnia na Mazurach jeszcze kilku przyjaciół Andrzeja. Była wśród nich też Asia Kuroń, której pamięć teraz do żywego bólu wypełniona jest Maćkiem. O nim także często gadaliśmy. Jego też często wspominaliśmy. Ale myliłby się ten, kto pomyślałby, że nie damy rady tej nostalgii. Wręcz przeciwnie, stało się tak, jak chcieliby tego i Andrzej i Maciek. Wina łyk, gitary dźwięk i radość ze spotkania, radość z życia, okraszona opowieściami z przeszłości i planami na przyszłość, dała nam dobry początek wiosennej biesiady na Mazurach. Kilka ballad i wszyscy znów byliśmy razem, jak za starych, dobrych czasów. Cud pamięci.

mazurska-biesiada

          W drodze powrotnej do domu usłyszałem jak prezydent przemawia do odznaczonych historyków z Instytutu Pamięci Narodowej. Mówił coś w tym rodzaju: - Odznaczenia te są nagrodą za waszą odwagę.
          Boże litościwy, odwaga to dobra rzecz u każdego człowieka, jednak zawodową odwagą niech się szczycą żołnierze, strażacy, policjanci i wszyscy ratownicy... ale historycy?! Niech historyk będzie rzetelny, skrupulatny, obiektywny, pracowity, wytrwały, rzeczowy i sumienny - ale odważny? A co do pracy historyka ma odwaga? Chyba, że to nie historyk, ale saper, któremu się krowi placek myli z miną przeciwczołgową. Ooo tak, historycy tacy, jak panowie Żaryn, Kurtyka i ci inni od wiedzy tajemnej o Wałęsie i wszystkich innych agentach, z pewnością mają odwagę. Odwagę wiejskich pastuszków, bawiących się w wojnę. Smród z tego dookoła wielki, ale oni są zwycięzcami. Ubabrani gnojem po uszy, ale szczęśliwi. Jak dzieci.
          Będą jeszcze poeci o nich zapominać. Będą bardowie o nich nie pamiętać.

gitary

          Pamięć trzeba troskliwie zachować. Pamięć należy systematycznie odkurzać i odświeżać. Pamięć powinno się pielęgnować. Pamięcią można się wzruszać i o pamięci trzeba pamiętać, ale z pamięci nie wolno robić szmaty do wycierania brudnych języków.
          Panie prezydencie Kaczyński. Daj pan spokój, bo wstyd. Sambród, to dobra nazwa dla jeziora, ale nie dla historii i polityki!
I obojętnie przez jakie "u" ten ...brud się napisze.

PS. Dzisiaj jest pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych, a jutro drugi - lany poniedziałek, więc wszystkim moim drogim odwiedzaczom tej strony życzę "ostrego dynga" - jak się mawia na Kaszubach. I dobrego wszystkiego po Świętach.

02 kwietnia, 2009

Napad

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:42
          Atak, jako czynność, najbardziej kojarzy mi się z wojną, zimą i meczem piłkarskim. Oczywiście zaatakować może wszystko wszystkich, zawsze, wszędzie i niespodziewanie. Słowo "niespodziewanie" jest najlepszym określeniem podstępność i skuteczność ataku. Gdy zima atakuje drogowców, to taki atak zawsze jest zaskoczeniem. Gdy Polska atakuje San Marino w meczu piłki nożnej, to zaskoczenia nie ma. Taki atak jest wynikiem świetnej strategii i niebywałych umiejętności naszych piłkarzy. Pamiętam doskonale, że kiedyś, bardzo dawno temu, na atak piłkarski mówiło się napad. Korynt, piłkarz gdańskiej Lechii, której kibicował mój ojciec, nie grał w ataku, ale w napadzie. Ktoś zamienił jednak słowo napad na atak, choć w wypadku naszej reprezentacji napad i atak, to to samo, co rozpaczliwa obrona. Nawet jak się wygrywa 10 : 0.
          Gdy napada kryzys lub choroba, to jest to niesprawiedliwość losu, a gdy Kaczyńscy i ich banda napadają na moje poczucie przyzwoitości, to jest to zwyczajne świństwo. Co jednak powiedzieć o napadzie spamów na mój blog? Ktoś, gdzieś zaprogramował jakiś komputer tak, że ten daremnie, bo i tak nie dopuszczałem do publikacji, wysyłał mi dziesiątki dziwnych treści dziennie sprawiając spory kłopot. Po co? Na co? Co się będę zastanawiał nad różnicą między napadem, a atakiem, gdy wróg leży już martwy u mych stóp. Przynajmniej chwilowo. W błogim poczuciu zwycięstwa nastawiam się teraz na napad wiosny, która lada moment powinna zaatakować ciepłym słońcem i soczystą zielenią. Mój dzisiejszy spacer po jelitkowskiej plaży najdobitniej świadczył o tym, że wiosna już łypie okiem na naszą dziedzinę. Wreszcie.

sopot-2-kwietnia-2009r

          W czasie, gdy trwały boje ze Spamami wziąłem udział w dwóch cudnych imprezach. Pierwsza z nich odbyła się w Elblągu i była koncertem na rzecz niesienia pomocy Januszowi Jędrzejewskiemu, muzykowi, nauczycielowi i kompozytorowi, który znalazł się w trudnej sytuacji zdrowotnej. Przyjaciele i koledzy, na czele których stanął Zbyszek Seroka

 zbyszek-seroka 

- świetny gitarzysta i szef zespołu Marcina Dańca, przygotowali koncert, w trakcie którego odbyła się aukcja dzieł sztuki podarowanych Januszowi przez licznych artystów. Były obrazy, rzeźby, fotografie, biżuteria i płyty, a wszystko to z dedykacjami dla nabywców. Miałem przyjemność brać w tym udział.

koncert-w-elblagu-230309r

          Koncert odbył się 23 marca, a w kilka dni później otrzymałem od Zbyszka wiadomość, że z Januszem jest lepiej. Daj Boże, by w tej poprawie choć mała cząstka była naszą zasługą. Zaś 27 marca wyelegantowany, wraz z Asią, udałem się do Ratusza Staromiejskiego w Gdańsku, by cieszyć się z osiemdziesiątej trzeciej rocznicy urodzin najukochańszej naszej Przyjaciółki - Lucyny Legut, która przy tej okazji promowała swoją nową książkę pt. Romans kuchenny.

romans-kuchenny

         Sala Mieszczańska Ratusza ledwie mieściła gości, wśród których byli zacni artyści i władze miasta z prezydentem Adamowiczem na czele. Lucha siedziała na ukwieconym gdańskim krześle przyjmując życzenia i hołdy, a cały świat, lekko zawiany tego wieczoru, kręcił się wokół niej. Żałowałem, że przez pośpiech, w jakim wychodziłem z domu, zapomniałem aparatu i tego uroczystego zawirowania nie mogłem uwiecznić, ale wierzcie mi na słowo ? było świetnie. Wracając nocą do domu rozglądałem się bacznie, czy aby zza rogu nie napadnie na mnie zima, jak to się zdarzyło kilka dni wcześniej, gdy wróciłem z Elbląga.

ostatni-atak-zimy

Nie napadła, za to rano dopadł, napadł, zaatakował i sponiewierał mnie zwykły, najzwyklejszy kac i... "znowu świt mnie mgłą zaskoczył..."
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY