29 lipca, 2009

Koncert w Trójce

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:37
          Rano przyszedł mail od Donarskiego, który pracuje z nowym "MISTER z UB-em" nad nowym repertuarem. Najogólniej mówiąc idzie im dobrze i wkrótce zostaną dokonane jakieś pierwsze nagrania. Cieszę się, bo Andrzej należy do tych ludzi, których nie lubić się nie da. Po południu zaś Janusz Lipiński, który w latach siedemdziesiątych był jednym z filarów grupy Boom ( pisałem o zespole 4 i 25 marca br.), i który też należy do tych, co to się ich lubi, zadzwonił do mnie z wiadomością, że prace nad jego nowym projektem mają się ku końcowi. Na poniższym zdjęciu siedzimy razem w studio dwa lata temu przy realizacji jakiegoś mojego pomysłu.

w-chylinski-i-janusz-lipinski-w-studio

          Janusz jest managerem z najwyższej półki. Do niedawna zawiadywał pomysłem wybudowania całej, nowej dzielnicy w Gdańsku, która nosić będzie nazwę "Nowe Miasto", a w tej chwili sam nie wiem, gdzie ten warszawiak z krwi i kości zarządza. Wiem natomiast, co mu nowego i ciekawego po głowie ostatnio chodziło. Mówił, że będzie chciał wyprodukować płytę, książkę i teledyski, by uczcić pamięć Krzysztofa Kamila Baczyńskiego przypominając jego twórczość starym i przedstawiając nowym pokoleniom. Nie wiedziałem tylko, że tak szybko mu się to wszystko uda zrobić. Płyta nosi tytuł "Ptaki powrotne".
          Już w sobotę, 1 sierpnia o godzinie 18.00 w radiowej "Trójce" odbędzie się koncert transmitowany na cały świat, którego treścią będą piosenki ze wspomnianej płyty. Płyta nagrywana była między innymi w Filharmonii Olsztyńskiej i pracowało nad nią całkiem niezłe grono muzyków. Wszystkie piosenki na płycie i na koncercie, które skomponował Janusz, pięknie zaśpiewa piękna olsztynianka Basia Raduszkiewicz. Znając talent, perfekcję i fantazję Janusza gorąco polecam ten koncert i płytę. Warto 1 sierpnia znaleźć trochę czasu i o 18.00 włączyć "Trójkę", pamiętając, że to będzie również hołd dla tych dwustu tysięcy ludzi, którzy polegli w 1944 roku pod gruzami wielkiego miasta w samym środku Europy.
27 lipca, 2009

Dziś Krzyś czyli opowieść pt. Kaszubi i Górale

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:48
          W ostatnią sobotę zapędziło nas z Asią do Borska nad Jeziorem Wdzydzkim. Jadąc przez urodziwe Kaszuby podziwialiśmy zmiany jakie się w ciągu ostatnich lat w krajobrazie tej naszej Szwajcarii dokonały. Bez dwóch zdań trzeba przyznać, że obecne czasy, jak żadne dotąd znakomicie Polsce służą. Mijane pod drodze wsie są zadbane i czyste, ilość zajazdów i ich wygląd świadczą o tym, że Kaszubi mocno ruszają nie tylko rękoma, ale też i głową. W Kościerzynie skręciliśmy na Toruń, a potem na Wiele, zostawiając sławne Wdzydze po prawej stronie. Gdyśmy niedaleko nich przejeżdżali, wspomnieliśmy ze śmiechem, jak to kiedyś na studenckiej Bazunie "robiąc" w jury przyznałem nagrodę, jakby sam sobie, bo facetowi, który ładnie zaśpiewał moją piosenkę.
          Ponieważ niedawno bazunowi kronikarze przysłali mi zdjęcie z tamtego wydarzenia, na którym, prócz laureata z długimi włosami, jesteśmy też my, całą rodzinką, to mamy teraz pamiątkę. Radek miał wtedy cztery lata i był rozkosznym maluchem. Dzisiaj lat Radkowi przybyło, ale nadal zdarza mu się bywać rozkosznym. Asia na szczęście niewiele się zmieniła, bo śmieje się teraz równie uroczo, jak wtedy.Jacy byliśmy młodzi...

lata-osiemdziesiate-bazuna-we-wdzydzach

          Do Borska pojechaliśmy na zaproszenie Niny, mojej przyjaciółki z Łodzi, wspominanej tu wielokrotnie, która właśnie tam postanowiła za jednym zamachem obejść z nami kolejną rocznicę swojego ślubu i imieniny Krzysia - męża swego kochanego.

krzys

Przy okazji tych imienin obchodzonych "w tak pięknych okolicznościach przyrody"...

borsk-015 .

..rozdyskutowaliśmy się na temat, który poruszałem w "Codziennościach" już rok temu - dlaczego Zakopane, które ma sezon niemal cały rok i budżet kolosalny, jest tak zaniedbane, jak jest, a Sopot, który gości spodziewać się może ledwie przez dwa miesiące w roku, wygląda jak wygląda, i z dnia na dzień pięknieje? Krzyś, który pod Tatrami swego czasu pomieszkiwał, powiedział mi, że to przez mentalność górali. Podał znany sobie przykład bacy, który kiedyś przerobił swoje obejście na tani pensjonat dla kilkudziesięciu gości i czerpie z niego potężne zyski. Ponoć nie wie co ma z pieniędzmi robić, ale gdy przyszło mu decydować o tym, by zbudować solidną kanalizację i powiększyć szambo, to wolał, jak dotąd, po cichu łączyć się z naturą, tj. pobliskim strumieniem.
           Gdy wróciliśmy do domu i zobaczyłem w telewizji tego biednego konia, który z wyczerpania padł na drodze do Morskiego Oka, pomyślałem, że Krzyś chyba niewiele przesadził mówiąc o góralskiej mentalności. Dobrze jest jednak mieszkać wśród Kaszubów, nad pięknymi jeziorami.

borsk-006

I nad jeszcze piękniejszym morzem.

molo-w-orlowie

PS. Wszystkim moim znajomym Krzysiom, a w szególności Krzysiowi Kowalkowskiemu, składam spóźnione, ale najserdeczniejsze życzenia - wszystkiego najlepszego!
23 lipca, 2009

Burdel Jego Wysokości

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:48
          Chaos w kancelarii Jego Wysokości Prezydenta nie jest jakimś szczególnym zjawiskiem w naszym narodowym interesie. Rzekłbym nawet, że to rzecz normalna. Przed spadkobiercami Krzywoustego znalazłoby się wielu, którzy byliby znakomitym przykładem na nasze narodowe i obywatelskie sobiepaństwo, polityczną głupotę i warcholstwo, choć bywało mądrze i porządnie. Polska była kiedyś wielkim państwem, mocarstwem nawet. Tak było po unii krewskiej w 1385r, po której mądry Litwin zaczął nam pisać historię sławy i chwały?

607px-poland_and_lithuania_13871

          Tak było też po unii lubelskiej w 1569. Tym razem to nie strach przed niemieckim zakonem, który, będąc militarną potęgą został znokautowany (szkoda, że niedobity), a strach przed Rosją był tym klejem, który Polaków i Litwinów jeszcze bardziej scalił.

polska-po-unii-lubelskiej1

          A dzisiaj, po pięciu wiekach, jak jest? Czyżby Iwan przestał być Groźny i teraz swoim sąsiadom życzy wszystkiego najlepszego? Co myślą o nas bracia Litwini i jak sobie wzajem wybaczamy z Ukrainą? W tamtych wiekach Polacy mogli solidnie pracować na późniejsze kraju położenie i na jego wagę. Niestety, wkrótce zabrakło na tronie Litwinów, a Ukraińcy nie dorastali do naszej pychy. Efekt poniżej. poland
          Prócz tego, że wytwarzanie chaosu chyba mamy zapisane w genach, to na dodatek, do Jego Wysokości własnego chowu szczególnego szczęścia też nie mamy. Jeżeli teraz Jego Podrzędność Minister Kownacki objawia światu swą frustrację z powodu bałaganu, jaki panuje w Pałacu Jego Wysokości, to co w tym nowego? Po pięciu wiekach Polska ma niepowtarzalną szansę, tym razem za sprawą unii z całą Europą, być nie tyle mocarstwem, co bezpiecznym krajem. Z Niemcami, którzy nas gwałcili nie mniej niż Rosjanie, z Francuzami, którzy nas zdradzali za każdym razem, gdy tylko trzeba było dochować umowy, i z Anglikami, którzy nas nigdy nie cenili, żyjemy teraz pod jednym dachem. Jest więc rzadka okazja i szansa na odwrócenie od Polski tego fatum, które sprawia, że cierpiętnictwo jest naszą dumą i chlubą. Choć Rosjanie od nowa prężą muskuły i choć z daleka widać, że są one mocno zwiotczałe, to jednak Rosjan zawsze należy się bać. Pojedynczo Rosjanie, podobnie jak Niemcy, są fajnymi ludźmi, lecz w polityce i w swej masie są nieobliczalni.
          Mądry Jego Wysokość wiedziałaby, że tylko w Unii Europejskiej mamy szanse żyć w granicach jakie nam dali pogromcy Hitlera i natychmiast ratyfikowałaby traktat. Niestety, jak twierdzi prezydencki minister, nasza Jego Wysokość zamiast europejskiego salonu politycznego prowadzi swojski burdel, w którym panuje niczym nieograniczony chaos. A mówią, że historia jest najlepszą nauczycielką.
15 lipca, 2009

Pieczątkarnia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:44
          Czasami myślę, że nie dać się zwariować, to podstawowa powinność obywatela takiego kraju, jak Polska. W styczniu ubiegłego roku opisywałem zajście na poczcie w Gdyni-Orłowie, gdzie zażądano zmartwychwstania mojej teściowej, by można było przekierować korespondencję. Kilka dni temu los podarował mi inny kwiatek z tej samej łączki: Zdarzyło się tak, że wraz z Asią, miałem kilka spraw do załatwienia w miejskich urzędach. Przechodząc obok dworca, który stoi naprzeciw budynku sądu, Asia przypomniała sobie, że dawno nie zaglądała do akt sprawy, która od wielu lat w tym sądzie się ciągnie.

temida

          Ponieważ sprawa jest niebanalna i niebłaha, a rozwiązanie dla nas istotne, skręciliśmy ku szerokim schodom świątyni sprawiedliwości. Po wejściu na piętro i odszukaniu odpowiedniego wydziału, Asia, jako strona w procesie, zniknęła za drzwiami sekretariatu. Po chwili wyłoniła się zza nich na powrót i zawołała mnie bym wszedł coś zobaczyć. Wszedłem. W kąciku na małym stoliku leżały akta.
- Czytaj - wskazała pismo leżące na wierzchu, którego dotąd nie znaliśmy. Nie zdążyłem zobaczyć nagłówka, gdy obok mnie wyrosła przystojna kobieta o inteligentnym wyrazie twarzy, wyglądająca na szefa tego biura. Zaatakowała z marszu:
- A pan co tu? Czy pan jest stroną?
- Nie, ale jestem mężem strony - odpowiedziałem.
- Tak, proszę pani, to jest mój mąż - potwierdziła Asia - i ja chcę, by on to przeczytał - tu wskazała pismo leżące na wierzchu teczki z aktami.
- Nie ma takiego prawa. Tylko strony mają wgląd w akta - zawyrokowała przystojna.
- Ale - wpadłem na pomysł - ja mam pełnomocnictwo żony, tj. od strony do reprezentowania jej interesów we wszystkich urzędach. - To niech Pan pokaże - przystojna wyciągnęła rękę. Zacząłem gorączkowo przeszukiwać portfel, w którym za każdym razem, gdy Asieńka wyjeżdżała za granicę, nosiłem notarialne upoważnienie. Niestety... Asia stojąca z boku patrzyła na mnie i na przystojną, jak na parę idiotów, którzy jej osobę w jednej chwili sprowadzili do wartości paru literek postawionych na papierku i kilku kropel tuszu na notarialnej pieczęci. Joachna, jak Asię nazywa ciocia ze Śremu, dawno nigdzie nie wyjeżdżała, więc upoważnienia w portfelu nie było. Zwiesiłem głowę, a przystojna z tryumfem w oczach pokazała mi drzwi. Zdążyłem tylko poprosić żonę:
- Przepisz wszystko dokładnie.
Chyba perspektywa znoszenia obecności Asi przez dłuższy czas, która w sekretariacie mozolnie, literka po literce, zaczęła przepisywać długie pismo, nasunęła przystojnej genialny pomysł, by natychmiast odbić je na ksero. Na korytarzu jest dość ciemno, więc siłą rzeczy Temida jest tam bardziej ślepa niż normalnie i dzięki temu bez problemu mogłem przeczytać absolutnie tajne pismo dotyczące mojej rodziny.
          Zazwyczaj, by otrzymać ksero z akt najpierw trzeba je zamówić (nie ma mowy, by móc je sfotografować), zapłacić złotówkę od strony i poczekać kilka dni. Tym razem, po chwili przeczytałem, to co przeczytać chciałem i powinienem.
          Stosunkowo niedawno, w odpowiedzi na zainstalowanie się w Polsce zachodnich sieci szybkiego i śmieciowego żywienia, wymyślono swojskie Pierogarnie. Idąc tym śladem ktoś w Sopocie przy Grunwaldzkiej otworzył Kanapkarnię.

kanapkarnia-w-sopocie

          W tej sytuacji i wobec tego, ja proponuję, by wszystkie urzędy w naszym kraju nazwać Pieczątkarniami. Ja z tego nic nie będę miał i się tym nie najem, ale armia "przystojnych" tylko to trawi i tylko tym się syci, więc...
Smacznego moi drodzy, przystojni i mądrzy Urzędnicy!
04 lipca, 2009

Jak dojrzewają czereśnie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:28
           Wiosną tego roku czereśnię w moim ogrodzie wyjątkowo pięknie obsypało kwieciem. Drzewko wyglądało w tej kwiecistej bieli niczym panna młoda, wzbudzając mój zachwyt. Dałem temu wyraz tutaj, w Codziennościach, i w Naszej Klasie, gdzie zamieściłem zdjęcie owego ukwiecenia. Wychodzę bowiem z założenia, że ładnym i dobrym też trzeba się dzielić, bo złe i brzydkie dzieli się samo. Mimo że czas wiosny był zimny i mokry, moja ulubiona czereśnia wydała na świat owoce, które cieszą oko i obiecują smak, a
dzisiaj wyglądają tak:

czeresnie

          Nie wszystko jednak, co zabłyśnie kwieciem w naszym ziemskim ogrodzie, wydaje dobre owoce. Tak bywa z ideami, które sobie - my, ludzkość - dla naprawy świata wymyślamy, a realizacja których często przynosi zabójcze skutki. Po lekturze dzienników Anny Kowalskiej, która opisywała rzeczywistość powojennej Polski, dla swego rodzaju konfrontacji, czytam teraz "Dzienniki" Marii Dąbrowskiej. Już je kiedyś czytałem, ale dopiero teraz przeglądam te pamiętniki z prawdziwą uwagą. Warto obie pozycje przestudiować. Najlepiej razem.
          O ile Kowalska na codzienność PRL-u patrzyła z umiarkowanym krytycyzmem i miała jakieś nadzieje, to Dąbrowska nie miała żadnych złudzeń. Rzeczywistość widziała taką, jaką ona była. Nie łudziła się iluzją, że może... Zastanawia mnie, jak to się stało, że ta, jakby nie było, wielka pisarka, przy tak krytycznym postrzeganiu socjalizmu i komunizmu, mogła swym autorytetem i talentem, ideę tę, opisywaną w "Dziennikach" jako nienormalną, wspierać, uczestnicząc w akademiach propagandowych, zebraniach dziwnych organizacji i zjazdach śmiesznych instytucji, walczących (sic!) o pokój. Bez wstrętu wydawała swoje dzieła w zakłamanych wydawnictwach i publikowała w reżimowej prasie, nie bacząc, że na wolność słowa pozwolić może sobie tylko w zeszytach zapisywanych po kryjomu. Przecież w tamtych czasach pisarze, bardziej, niż kiedykolwiek, traktowani byli znakomicie, jak latarnie oświetlające drogę narodowi. Oczywiście mieli lepiej, ale nie za darmo. Czy ta dwulicowość i hipokryzja była podyktowana wygodą materialną, czy może były inne przesłanki? Co usprawiedliwia takie postępowanie?

anna-kowalska-z-corka-tula-i-maria-dabrowska
Anna Kowalska, jej córka Tula i Maria Dąbrowska, 1956 r.

          Historia mówi, że wielu znakomitych literatów wierzyło wówczas, iż kwiaty idei socjalizmu wydadzą dobre i smaczne owoce. Z "Dzienników" Dąbrowskiej wynika, że miała ona pełną świadomość marności tego pomysłu. Czy mogła działać inaczej? Czy było to działanie kunktatorskie, podyktowane przekonaniem, że skoro nic zrobić się nie da, to trzeba przetrwać? A może była to tylko czysta, nieskażona niczym chęć bycia popularnym, istnienia "na wierzchu"? Skoro dla narodu nic zrobić nie można, to róbmy coś dla siebie. Wszak wysokie honoraria, apanaże i przywileje, jakie zapewniało spacerowanie u boku władzy, pozwalały na życie w chwale i dostatku. Czy piękne mieszkanie przy Niepodległości w Warszawie i willa w Komorowie, w czasach, gdy lud mieszkał w tzw. "kołchozach", były ceną za udawanie, że się nie widzi, że się nie wie? Choć lektura jeszcze trwa, sądzę, że moje pytania pozostaną bez odpowiedzi. Znamienna jest jednak postawa Dąbrowskiej, która będąc konserwatystką, przy Putramencie uchodziła niemal za kontrrewolucjonistkę, choć oficjalnie się nie buntowała. Cóż, takie były warunki, takie było życie, a innej Polski nie było, i być nie mogło. Choć Dąbrowska wielką pisarką była, to jednak ciekawe jest, jak dojrzewały wtedy czereśnie?
          Dobrze jest czytając kronikę sprzed dziesięcioleci przenieść się z lekturą w czasie i wylądować we współczesności. Prócz "Dzienników" Dąbrowskiej, z wielką ciekawością czytam również ostatnio wydany "Dziennik dla dorosłych" Stefana Chwina. Chociaż wszystkie dzieła Chwina są osobiste, to po "Kartkach z dziennika", "Dziennik dla dorosłych" jest kolejną porcją najbardziej osobistych z osobistych zapisków na marginesie życia w dorobku zacnego profesora Uniwersytetu Gdańskiego, który, jak mi się wydaje, nic, a nic się nie zmienił od czasu spotkań w Kole Młodych, które w latach siedemdziesiątych odbywały się w kamieniczce ZLP przy kameralnej ulicy Mariackiej w Gdańsku. Choć jak się bliżej przyjrzeć, to zmężniał ten zawsze dystyngowany hipis.

chwin
fot. Gazeta.pl/Trójmiasto

          Płynąc z tezami, myślami i wnioskami tajemniczego Pana S. zdarza mi się czasem na falach Chwinowych zapisków wejść na mieliznę i złowić jakąś naiwność, lecz wcale nie zmienia to mojego sądu, że Chwin jest jednym z mądrzejszych ludzi w Polsce, których należy czytać. I to czytać z uwagą. Cieszę się więc, że w tym naszym, trójmiejskim ogródku drzewo Chwina co rusz zakwita, mimo szkodników jakie próbują podgryźć każdą gałąź, nawet tę, na której same siedzą. Całe szczęście, że jest wolność słowa i nie trzeba dokonywać już takich wyborów, jakie miała przed sobą Maria Dąbrowska. Całe szczęście, że nikt nie może już nikogo skazać na niebyt twórczy administracyjną decyzją. Ale wciąż trzeba pamiętać, że nasz narodowy ogród jeszcze długo nie będzie powszechną krainą szczęścia, bo tak naprawdę wciąż zbyt wolno w Polsce dojrzewają czereśnie. I jedno tylko jest pewne - Chwin wielkim pisarzem jest.


NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY