28 lutego, 2010

Uroki miejsc na nowo odkrytych

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:52
          Gdy przy okazji ostatniej wizyty Donara (MISTER zU.B.) rozlewaliśmy do kieliszków wspomnienia, Andrzej w pewnej chwili rozczulił się nad swym dzieciństwem i jął wspominać Sopot swoich szczenięcych lat. Wyszło na jaw, że prócz magii sopockich zakamarków i tysiąca zdarzeń pamięta też, że na podwórku grał w nogę z naszym wspólnym znajomym i przyjacielem, Wojtkiem Fułkiem, który nadal mieszka w Sopocie i jest wiceprezydentem tego nadmorskiego kurortu.
          Chyba nie ma takich ludzi, którzy w swej duszy nie przechowywaliby uczuć i wrażeń, widoków i obrazów miejsc, czy wspomnień z wydarzeń, które w sposób szczególny utkwiły im w pamięci. Chyba nie ma takiego człowieka, w którym nie tkwiły by emocje związane z życiem rodzinnym, dzieciństwem, przyjaciółmi i znajomymi. Z pewnością nie ma na świecie ludzi pozbawionych związków emocjonalnych z własną rzeczywistością. Szczególnie tą, która ich wychowywała, kształtowała i uczyniła takimi, jakimi są. Chyba nie ma takich miejsc, które, gdy na nie odpowiednio spojrzeć, nie mają swego uroku i nie wiążą ludzkich uczuć. Trójmiasto takich miejsc ma aż nadto i jest jeszcze w tej niezwykłej Metropolii wiele nieodkrytych, przeuroczych zakamarków, ulic, a nawet dzielnic.
          Jak każdy i ja mam swoje magiczne zakątki, które nieodmiennie, gdy o nich tylko pomyślę budzą we mnie najszczersze uczucie sentymentu, by nie rzec miłości. W Gdańsku takim miejscem jest stara kamienica przy ul. Grunwaldzkiej 44, skąd pochodzą moje pierwsze na tym świecie wspomnienia, dom babci na Oruni przy ul. Przyjemnej, park Uphagena we Wrzeszczu, czy mały fiński domek cioci Jadzi niedaleko dawnego, wrzeszczańskiego lotniska. W Sopocie moje szczególne uczucia spacerują po peronie pociągów dalekobieżnych, a w Gdyni... Prócz basenu jachtowego w Gdyni i ulicy, przy której mieszkam, moje dobre myśli budzi dolny skrawek Orłowa Morskiego. O przyczynach tego stanu rzeczy pisałem prawie dwa lata temu. Wspomniałem wtedy o malarzu Suchanku i domu, w którym mieszkał, a który to dom przed rozbiórką wyglądał tak...

bialy-dwor-fotsmiech-przez-lzy

We wspomnianym wpisie znajdziecie zdjęcie z odbudowy, a właściwie rekonstrukcji domu, który powstał w 1926 r. według projektu Antoniego Jaworskiego, a którego właścicielami byli państwo Maciaszek. Dom nazwano Białym Dworem i tak wyglądał w tamtym czasie, gdy się nań patrzyło (zdjęcie poniżej) z orłowskiego klifu. To ten z prawej u góry...

bialy-dwor-u-gory-zdjeci-po-prawej

Gdy się człek chciał wtedy przespacerować, w kilka minut mógł zobaczyć Biały Dwór bliżej...

bialy-dwor-na-przebendowski-w-prawo-plazowa-1935r

... a nawet całkiem blisko. Z jednej strony pensjonat prezentował się tak...

gdynia_orlowo_biay_dwr_2_743

...a z drugiej tak.

gdynia_orlowo_biay_dwr_3_109

Niemcy w czasie wojny przerobili pensjonat Jana i Łucji Maciaszek na dom z mieszkaniami, który po wojnie stał się zwykłym budynkiem komunalnym. Nikt pewnie nie zwróciłby na ten obiekt uwagi, bo ani on ładny był, ani urokliwy, gdyby nie postać sławnego na Wybrzeżu malarza. O dawnej urodzie Białego Dworu przypomniano sobie dopiero, gdy firma deweloperska odkupiła dom od spadkobierców i zaplanowała w tym miejscu budowę apartamentowca. Po jakiejś dyskusji z chroniącymi pamięć mieszkańcami Orłowa, by deweloper zarobił i urok został zachowany, postanowiono wystawić dwa budynki. Ten od morza miał być rekonstrukcją Białego Dworu, a ten za nim nowoczesną wariacją na temat Białego Dworu. Wariacja, której nadano imię Villa Nova wyszła tak...

wariacja-na-temat-bialego-dworu

... a Biały Dwór wygląda teraz chyba lepiej niż przed wojną.

bialy-dwor

I wszystko było by pięknie, gdyby uroku na nowo odkrytego miejsca nie zakłócało zbyt bliskie spotkanie tych odległych architektur, bo od ulicy Przebendowskich wygląda to ciasno i bałaganiasto

bialy-dwor-i-waracja-na-jego-temat

Może ja się nie znam, ale coś tu nie jest tak. Nadzieja w tym, że się przyzwyczaję i na budowlany tłok w tym urokliwym zakątku nie będę zwracał uwagi, bo cóż to za problem, gdy tuż obok tego miejsca, ponad trzydzieści lat temu zmieniło się na lepsze i bardziej sensowne całe moje życie.


20 lutego, 2010

Milczenie ciszy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:41
          Oczywistym jest, że przeciwieństwem dźwięku jest cisza, a przeciwieństwem mówienia jest milczenie. Nasza dwunożność i umiejętność wypowiadania się za pomocą słów jest tym, co odróżnia nas od innych istot żywych. Nad tym, że chodzę wyprostowany zastanawiam się tylko wówczas, gdy myślę o godności i wtedy, gdy zaczyna mnie łupać w krzyżu. Nad mówieniem i słowami zastanawiam się o wiele częściej, co wcale nie znaczy, że lekceważę godność. Wręcz przeciwnie - lekceważę ból w krzyżu, zresztą ku strapieniu Asi.
Co myślę o słowach napisałem już kiedyś kontemplując powieść Stefana Chwina - Hanemann. Cenię słowa, ale z wiekiem zaczynam także cenić ich brak. Coraz częściej poważam i adoruję milczenie. Jestem człowiekiem rozmownym, by nie rzec - gadatliwym. Czy winne są temu geny, wychowanie, czy może moje jedynactwo, trudno wyrokować. Od dzieciństwa bałem się ciszy. Sprzyjała ona malowaniu się w mojej wyobraźni najokropniejszych obrazów. Budziła lęki i rodziła natręctwa. Najdrobniejszy, choćby najcichszy dźwięk pozwalał mi odnaleźć się w rzeczywistości i uspokoić. Jakiekolwiek wypowiedziane słowo, przerywające milczenie, wyprowadzało mnie z wrogiej ciszy i wiodło ku przestrzeniom bezpiecznego bytu. Bezgłośność ścierała moją jaźń w pył, który mógł zatracić się przy byle jakim, nagłym podmuchu zwykłego strachu.
Gdy z czasem zacząłem doceniać milczenie, które tworzyło ciszę, świat zaczął mi się układać w pewnym porządku, choć nie zawsze... Spotkałem kiedyś w Karkonoszach znajomego z Trójmiasta, który wyraził chęć powrotu ze mną nad morze. Ucieszyłem się sądząc, że wielogodzinne siedzenie za kierownicą w jego towarzystwie będzie o wiele przyjemniejsze, niż długa, samotna podróż przez cały kraj. Zapomniałem tylko o jednym - mój znajomy był znanym milczkiem. Koło Poznania, gdy odczułem pierwsze zmęczenie, poprosiłem kolegę, by dla własnego bezpieczeństwa, od czasu do czasu zagadał do mnie. - Dobra, dobra - odpowiedział - Zaraz będziemy w Poznaniu -poinformował i powrócił do stanu sprzed mojej prośby. Na niewiele zdały się moje zaczepki i próby zagajenia rozmowy. Na nic poszła chęć rozpętania dyskusji o dupie Maryni. Nawet moja ciekawość i pytania o zdrowie jego rodziny przydały się na tyle, że po kilku zdawkowych i uspakajających słowach naszą wspólną przestrzeń w samochodzie ponownie zdominował równomierny szum silnika i cicha muzyka sącząca się z radia.
Dopiero gdy wjeżdżaliśmy na trójmiejską obwodnicę mój przyjaciel z błyskiem i radością w oku, wyraźnie ożywiony krzyknął - O! Zaraz będziemy na miejscu! Ponieważ za moment faktycznie byliśmy już pod domem, dojeżdżając doń cało i zdrowo, to prawda o dźwięku wiodącym mnie na miejsce bezpiecznego bytu, jak najbardziej się potwierdziła.
         Wartość ciszy najbardziej zacząłem doceniać, gdy grałem w zespole. Przemieszczając się z miasta do miasta, przebywając bez przerwy w dużej i hałaśliwej grupie, koncertowałem i i próbowałem do trzech razy dziennie. Skrawki nadarzającej się w międzyczasie ciszy chłonąłem jak lekarstwo, a milczenie zdawało mi się być kwintesencją życia i najwyższą racją stanu. Pusta widownia czekająca na hałas...

cisza fot. W.Chyliński

...jawiła się oazą, w której rozparłszy się wygodnie, mogłem w myślach rzucać słowa na wiatr milczenia. Jednak pełną wartość ciszy poznałem dużo później.
Mając już swoje lata odkryłem nagle, że cisza i milczenie bywają często najlepszymi przyjaciółmi miłości. Choć nie podejmuję się w żaden sposób sformułować definicji tego uczucia, to wiem, że by kochać wcale nie trzeba mówić. Nie trzeba używać słów. O tym, że to wiem przypomniał mi niedawno Mateusz Iwaszczyszyn, który do mojego tekstu dopisał muzykę, nagrał i przysłał próbkę piosenki. Tak więc, gdy się drogi czytelniku zakochasz na zabój, to wiedz, że zawsze możesz zwrócić się do swej miłości tymi słowy:
Kochając mnie bez tchu 
Milczeniem do mnie mów/
Wzruszając się mnie wzrusz
Lecz nie używaj słów
I mów Ciągle mów
A mówiąc nie używaj słów

          Używanie tekstu tej piosenki w miłosnych rozmowach polecam szczególnie tym, którzy już nie pamiętają od kiedy się znają. Bywa, że sformułowana w piosence prośba działa.


14 lutego, 2010

Nic nie powstrzyma uczuć mych... w Walentynki

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:21
Posłuchaj
Chcę od dziś z Tobą być
Mieszkać Marzyć Kochać Śnić
Nic nie powstrzyma uczuć mych
Z Tobą być
Z Tobą śnić
Tobie oddać wszystkie te przyszłe nasze dni
Te o których Ty
Jeszcze nie wiesz nic
Jeszcze nie wiesz że
Ja i Ty to My...

róże fot. W.Chyliński

Zabiorę Cię ze sobą
Za lasy za góry
Do nieba wysoko
Za chmury
Zabiorę Cię ze sobą
W legendy i baśnie
Ukocham szczęśliwie
Aż zaśniesz
Mówi tak cały świat
Przeżyjemy tysiąc lat
I uda nam się tysiąc spraw
Ciszej mów
Szeptem mów
Co się zdarzy nam bez słów
W przyszłe nasze dni
Te o których Ty
Jeszcze nie wiesz nic
Jeszcze nie wiesz że
Ja i Ty to My

09 lutego, 2010

Haczyk

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:06
          Nie pisałem o tym wcześniej, ale los chciał, że prawie od roku żyliśmy w naszym domu bez towarzystwa psów. Szczególnie po śmierci Dory...

dora

...straciliśmy jakąkolwiek ochotę na nowego przyjaciela.
Już się prawie przyzwyczailiśmy do tej swoistej samotności, gdy oto nasz syn postanowił, że czas na zmiany oraz powrót do starych przyzwyczajeń i wartości. Nawet nie "pracował" nad nami zbyt długo. Gwoli prawdy rzec trzeba, że pierwsza złamała się Asia. Ja prawie do samego końca stawiałem opór mówiąc, że takiego psa jak Dora trudno będzie zastąpić. Gdy Asia z Radkiem wyruszali do schroniska "Promyk" w Gdańsku po psa, jedno było pewne - nasz nowy domownik i przyjaciel musi być amstafem.
         W latach siedemdziesiątych w Trójmieście powstał zespół Dr Hackenbush. Mimo że była to świetna kapela, szczęścia jej zabrakło i szerzej o niej słychać w Polsce nie było. Mijały lata i nagle słyszę od swojego dorosłego już syna, że jego ulubionym zespołem jest właśnie Dr Hackenbush. Ponieważ grało w tej formacji kilku moich znajomych, ucieszyłem się, że chłopaki grają do dzisiaj. Do dzisiaj jako Dr Hackebush, ale też grają jako Dr Huckenbush, gdy chcą trochę na scenie słownie pochuliganić. Choć, mówiąc delikatnie, mam ogromny dystans do takiej twórczości, to jednak starego, dobrego Dr Hackenbusha darzę sentymentem. Właśnie na cześć tamtego, kultowego zespołu Radek nowego psa postanowił nazwać Dr Hackenbushem, czyli w skrócie - Hakenem.
         Wybieranie psa trwało przez jakiś czas. Asia z Radkiem podróżowali do schroniska "Promyk" przez dwie kolejne niedziele i chodzili tam z różnymi psami na spacery, bacznie im się przyglądając. Wreszcie wybór padł na czarnego potwora. Haken, gdy pojawił się w domu, od razu zrobił na mnie duże wrażenie. Skamieniałem przy wejściu niemal tak samo, jak w dniu, w którym pierwszy zobaczyłem Dorę. Szybko się jednak okazało, że nasz nowy domownik jest, tak jak Dora - i jak chyba wszystkie amstafy - psem nadzwyczajnej łagodności. Choć może nie wygląda, to zapewniam, że w tym czarnym kłębku mieści się sama radość i...posłuszeństwo. Oto nasz Dr Hackenbush:

haczyk

          Przesiedział w schronisku piętnaście miesięcy. Nic poza tym pewnego o nim nie wiemy. Nikt go nie chciał, bo na pierwszy rzut oka chyba nie budził zaufania. To Asia go zauważyła, a po pierwszym spacerze przekonał się do niego Radek. Po trzech tygodniach nie oddałbym naszego Haczyka (tak go nazywam) za nic na świecie. Ma trzy lata i bez tresury, na którą Dora chodziła prawie rok, umie wszystko. Ktoś kiedyś świetnie go ułożył. Pewnie na zawsze zostanie dla nas zagadką, dlaczego taki kochany i dobrze wychowany pies został sam. Haczyk jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że można i należy w życiu liczyć na szczęście. A skoro o szczęściu...
         Gdy pisałem ostatnio o naszych zabiegach przy promocji "Miny Tyma..." zapomniałem dodać, że ukazał się w "Gazecie Wyborczej" materiał o tym, jak kręciliśmy teledysk. Proszę spojrzeć:

gazeta-wyborcza

          Poza tym nadal zachęcam do głosowania (linki w poprzednim wpisie). W Chicago, po raz wtóry, piosenka nasza zajęła pierwsze miejsce, a w Koszalinie przesunęła się na miejsce trzynaste Choć nie jestem wytrawnym słuchaczem radia udało mi się wczoraj w Trójce usłyszeć "Minę Tyma", którą zapowiedział Artur Andrus. Wiem od mojej australijskiej przyjaciółki, że dzisiaj nasza "Mina..." będzie miała premierę w australijskim radio i została zauważona wśród internetowej Polonii w Australii
          Trochę zimy latem im nie zaszkodzi. Wynika z tego wszystkiego tyle, że na życie dobrze jest mieć niezłego Haczyka, a wszystko się pięknie samo ułoży. Rozważcie to moi kochani internauci i odwiedźcie przy najbliższej okazji schronisko dla psów. Czeka tam na Was prawdziwe szczęście. Gwarantuję.


NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY