26 marca, 2010

I bądź tu mądry...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:42
W poprzednim wpisie reklamowałem swego przyjaciela - Wojtka Fułka...

wojciech-fulek-sopot

...jako kandydata na prezydenta Sopotu w najbliższych, listopadowych wyborach. Uczyniłem to z wielką radością z powodów, które opisałem. Namawiałem czytelników mojej strony, by zabawili się w sondażu gdańskiej gazety i kliknęli z poparciem dla Wojtka, jeżeli się ze mną zgadzają. Wiem, że kilku przyjaciół dało się namówić i wzięło udział w tej zabawie. Zabawa zabawą, ale jak się okazało niektórym kandydatom w tej "piaskownicy" łopatki nie wystarczyły i postanowili swoją górkę z głosami na siebie usypać za pomocą normalnej koparko-spycharki. I tak kandydatowi Orłowskiemu, który ze średnim poparciem zajmował trzecie miejsce, nagle, podczas paru nocnych godzin przybyło 1200 głosów. Rozumiem, że można mobilizować krewnych i znajomych do uczestnictwa w zabawie, ale nająć do tego informatyków, czy nawet firmę, nie patrząc na skandal, jaki taki cud przyrostu wywoła, to już gruba przesada.
         Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo jedna refleksja z tego wynika - kandydat Orłowski jest zdolny do wszystkiego i nawet nie zamierza tego ukrywać. To też jest jakaś konkretna informacja o kandydacie. Widząc jak zabawa zmienia się w farsę, choć zajmował w rankingu wciąż pierwsze miejsce, postanowił Wojtek poprosić gazetę o wycofanie swojej osoby z tegoż sondażu. Oto Wojtka oświadczenie z tą prośbą związane:

Szanowny Pan Maciej Wośko Redaktor Naczelny "Polska - Dziennik Bałtycki"

Szanowny Panie, Internetowe prawybory na Prezydenta Sopotu, zaproponowane przez Waszą Redakcję, przyjąłem początkowo jako sympatyczną zabawę dla czytelników Waszej gazety i internautów.. Wzbudziły one duże zainteresowanie i stały się ? przynajmniej dla mnie ? okazją do odnowienia wielu dawnych znajomości i nawiązania nowych kontaktów z osobami, którym los Sopotu nie jest obojętny. Mam jednak od dłuższego czasu przekonanie, iż dla niektórych kandydatów pragnienie wygranej w tej konkurencji stało się usprawiedliwieniem stosowania technik ?głosowania? których praktykowanie wykracza poza ramy ?przedwyborczej? zabawy; zostały one zauważone i skomentowane przez licznych uczestników forum. Uważam, że taka opinia jest tym bardziej stosowna, że od dłuższego czasu prowadzę w tym swoistym ?rankingu?. Dlatego, dziękując serdecznie wszystkim za oddane na mnie do tej pory głosy i liczne dowody wsparcia całych grup sopocian, proszę jednak o wycofanie z dniem dzisiejszym mojej osoby z tego głosowania. Wybory samorządowe są zbyt poważną sprawą, aby powierzyć je automatom cyberświata. To mieszkańcy Sopotu w bezpośrednim głosowaniu za jakiś czas zadecydują, komu będą chcieli powierzyć stery miasta na kolejne 4 lata. I to ich głosy będą najważniejsze. Wojciech FUŁEK PS. Zwracam się z prośbą o zamieszczenie mojego listu na stronach internetowych i podanie informacji o mojej rezygnacji, aby czytelnicy i osoby mnie wspierające nie czuli się zdezorientowani. Z góry serdecznie dziękuję. WF


          List Wojtka zamieszczam i ja, by swoim "zaglądaczom" rzecz wyjaśnić u źródła. Mimo, że poklikać sobie na Wojtka już nie można, to wszystko, co napisałem o jego zaletach jest aktualne. Podtrzymuję więc, że Wojtek ma same zalety i tylko jedną wadę - nie pcha się przed kamery. Dlatego, gdy coś się dobrego w Sopocie dzieje, to Wojtka w telewizji nie widać. Tak już, niestety, Fułek ma, że piersi do orderów nie wypina, choć dla Sopotu pracuje uparcie i skutecznie, jak nikt inny.

sopocka-uliczka

          Zapomniałbym, ma Wojtek jeszcze jedną wadę - jest bezpartyjny. Tyle, że to akurat w Sopocie może też być zaletą. No, i bądź tu mądry... Jasne jest więc, że Wojciech Fułek z zabawy w gazetowe prawybory zrezygnował i to, że nie zdecydował jeszcze, czy w normalnych wyborach samorządowych wystartuje. Ja na ten start Wojtka namawiał będę, bo wierzę, że je wygra. Tak, czy inaczej, Donar i ja nadal się bawimy w pisanie piosenki o Sopocie i wciąż namawiamy Wojtka, by się przyłączył.
18 marca, 2010

Rozumna miłość, czyli Wojtek Fułek na prezydenta Sopotu

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:13
          W jednym z niedawnych wpisów wspomniałem, że przy okazji ostatniej wizyty Andrzeja Donara Donarskiego ( Mój jest ten kawałek podłogi, Mina Tyma i Kartka dla Waldka - MISTER zU.B.) u mnie w domu, w trakcie "nocnej Polaków rozmowy" wyszło na jaw, że Wojtek Fułek jest wspólnym naszym znajomym.
          Poznałem Wojtka w studenckim klubie "Łajba", a potem współpracowałem z nim w Akademickim Centrum Kultury i Bałtyckiej Agencji Artystycznej. Wojtek jako artysta, poeta, scenarzysta, a także pisarz, był i jest człowiekiem niezwykle uroczym i utalentowanym. Jednak największe wrażenie zawsze robiła na mnie jego skuteczność w pracy. Zazdrościłem mu tego niezwykłego opanowania i systematyczności. Facet z taką wyobraźnią, tak otwartą na pomysły głową i do tego pracowity do bólu, zawsze zasłużenie dochodził swego celu. Gdy został radnym rodzinnego i ukochanego Sopotu, wiedziałem, że wkrótce będzie w ekipie, która to miasto postawi na nogi, czyniąc zeń jedno z najpiękniejszych i niepowtarzalnych miejsc w Polsce. I tak się stało. To, że Sopot wygląda dziś jak wygląda, jest także zasługą Wojtka, który nieprzerwanie od 1998 roku jest tego miasta wiceprezydentem.

Sopot fot. W. Chyliński

          Andrzej z Wojtkiem poznali się, gdy byli dziećmi. Wojtek, jak już wspomniałem, w Sopocie się urodził, zaś Andrzej do Sopotu przyjechał na kilka lat swego, chwilami dość skomplikowanego dzieciństwa, które niedawno u mnie w domu tak wspominał: - Mówili na mnie Dyndal. Bo jak w szkole się przedstawiłem Donarski, to ktoś przeinaczył na Dyndalski. I tak zostało. Dyndal, a czasami Dyndała. Jak się będziesz z Wojtkiem widział, to go zapytaj, czy mnie pamięta. Powiedz mu, że mieszkałem na Fiszera, koło takiej kawiarenki i koło domu studenckiego Wyższej Szkoły Plastycznej. Graliśmy razem na podwórku w piłkę i takie tam różne gry hazardowe na drobniaki. Pamiętam jeszcze Jasia Wolfa i Włodka Paradowskiego. W tym akademiku grywaliśmy w ping-ponga. Mój tato grał wtedy na perkusji w Grand Hotelu. Kiedyś razem z Wojtkiem graliśmy w jednej drużynie piłkarskiej w mistrzostwach drużyn podwórkowych. Ja stałem na bramce. Chodziłem do SP nr 6, a Wojtek z tym Wolfem i Paradowskim do SP nr 10. Potem mieszkałem też na Chopina, na dole u państwa Kozłowskich. Sopot dla mnie jest najbardziej magicznym miejscem na ziemi. Toż ja w Sopocie wybiłem swoją pierwszą w życiu szybę. Takie rzeczy się pamięta, a wspomnienia z tamtych, szczenięcych lat, będą tkwiły we mnie do końca życia. Ech, ten Sopot...

krzywy-domek-sopot-fot.wchylinski

          Starałem się opowieść Andrzeja zapamiętać, by Wojtka przy okazji zapytać, gdy oto okazało się przedwczoraj, że Wojtek, co podejrzewałem już od jakiegoś czasu, jest stałym "zaglądaczem" na moją stronę. Przysłał mi maila, w którym m.in. napisał, że zastanawia się, czy wystartować w wyborach na prezydenta Sopotu. Spytał, co o tym myślę i czy ewentualnie wsparłbym go, w miarę swoich sił i pomysłów, w tym zamierzeniu. Nigdy się na Wojtku nie zawiodłem, więc głupio by było, gdyby on zawiódł się na mnie. Oczywiście, że pomogę - jak i gdzie tylko będę mógł. Napisał też, że na internetowej stronie "Dziennika Bałtyckiego" redakcja postanowiła zabawić się w sondaż, kto może wybory w Sopocie wygrać. Gdy wszedłem na wskazaną stronę, Wojtek już w tym prezydenckim rankingu prowadził, choć zwolennicy innych kandydatów nie próżnowali. Mimo że nie jestem mieszkańcem Sopotu i w prawdziwych wyborach nie będę mógł wziąć udziału, to kliknąłem, bo nie jest mi obojętne, kto będzie szefem miasta, które lubię, i w którym bywam często, nawet dwa razy dziennie. Nie jest to też obojętne sopocianinowi, komisarzowi Unii Europejskiej - Januszowi Lewandowskiemu, który tak pisze o Wojtku: "Sopot to kurort z duszą", a pielęgnuje ją od lat Wojciech Fułek. Bez Fułka byłoby na pewno mniej takiego Sopotu, jaki kochają mieszkańcy i goście z głębi Polski. Wojtek Fułek żyje Sopotem i sam użycza miastu swej artystycznej duszy!"

sopot-dom-zdrojowy

          Nie jest też Sopot obojętny Bogdanowi Borusewiczowi. O Sopocie, o Wojtku i o Wojtka pracy napisał tak: "Wojciecha Fułka poznałem w roku 1976, kiedy ktoś przyprowadził go do mojego sopockiego mieszkania jako licealistę ?z ideami?, zafascynowanego pieśniami Włodzimierza Wysockiego. W czasie stanu wojennego, kiedy się ukrywałem, Wojtek Fułek współredagował m.in. podziemne pisma wybrzeżowe: CDN oraz Przegląd Polityczny. Aresztowano go kiedyś z całą redakcją Przeglądu, m.in. razem z Donaldem Tuskiem. W latach 90-tych objawił się w Sopocie jako aktywny i energiczny samorządowiec, odnosząc jednocześnie liczne sukcesy zawodowe na innych polach. Od roku 1998 pełni funkcję wiceprezydenta Sopotu, odpowiedzialnego nie tylko za sztukę, kulturę i sport, z czym jest najczęściej kojarzony, ale również za sprawy budowlane i inwestycyjne oraz zagospodarowania przestrzennego. To on ? bez medialnego rozgłosu ? prowadzi takie strategiczne dla Sopotu inwestycje, jak przebudowa Opery Leśnej i nowa przystań jachtowa, rewitalizacja Dworku Sierakowskich, kompleks budynków komunalnych czy budowa Domu Seniora. Jest też uznanym znawcą dziejów miasta i wręcz jego kronikarzem, a dzisiejszy Sopot trudno wręcz sobie wyobrazić bez takich ludzi jak on. Bo Sopot potrzebuje ludzi z pasją, a do takich właśnie zaliczam Wojciecha Fułka."
Czyż trzeba lepszej rekomendacji? Poeta i artysta, który niczym zaczarowany ogrodnik pielęgnuje magię Sopotu, dba o to, co w nim najcenniejsze, a więc urok i wyjątkowość starego kurortu i...

sopocka uliczka-fot-wchylinski

... jest jednocześnie sprawnym menedżerem, znakomicie rozwijającym infrastrukturę miasta i prowadzącym nowe inwestycje. Ma Wojtek jeszcze jedną, wielką zaletę - świetnie pracuje w zespole, o czym sam mogłem się wielokrotnie przekonać.

wojciech-fulek

Dlatego, Drogi Internauto, Odwiedzaczu stały i przypadkowy, Przyjacielu i Znajomy, jeżeli mieszkasz w Sopocie, to weź to wszystko, co napisałem, pod uwagę i głosuj w wyborach na Fułka, a teraz czyś jest, czy nie sopociakiem, to kliknij w sondażu na Wojtka. i namawiaj znajomych sopocian, by w wyborach samorządowych głosowali na rozumną, wielką miłość do Sopotu, czyli na Wojciecha Fułka, jako najlepszego z najlepszych kandydatów na prezydenta tego niesamowitego miasta.

sopot-kamieniczka-przy-haffnera fot. W.Chyliński

A ja z Donarem napiszemy o niezwykłym Sopocie piosenkę. Może się Wojtku przyłączysz, nim po zwycięstwie, które wróżę, kompletnie zabraknie Ci czasu?
14 marca, 2010

Arogancja Aroganta

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:28
          Tytułowy środek stylistyczny, to trochę takie masło maślane, a jednak zawarta w tej zbitce energia może być niezłym ładunkiem wybuchowym. Arogancja, to pyszałkowata, bezczelna pewność siebie, powiązana z okazywaniem innym tego, że się z nimi nie liczy, że się ich lekceważy. Najczęściej przypisywana jest konkretnym osobom, ale o arogancji instytucji, prawa, bądź władzy też często można mówić.
          Czytam, jak zwykle, kilka książek na raz. Obecnie prócz pracy Marii Boguckiej "Anna Jagiellonka" i książki "Historia Partii Umiarkowanego Postępu /W Granicach Prawa/", którą napisał Jarosłav Hasek, moją uwagę najbardziej przykuwa pamiętnik gen. Władysława Andersa pt. "Bez Ostatniego Rozdziału - Wspomnienia z lat 1939-1946".
Wspomnienia Andersa są najlepszym przykładem, już nie tyle na arogancję jakieś jednej władzy, ale na bezczelną arogancję twórców historii świata, władców z trzech mocarstw, które tę historię tworzyły tylko dla siebie i tylko pod potrzeby - Rosji, Stanów Zjednoczonych i Anglii. Powie ktoś, że to właśnie jest polityka i będzie miał rację tyle, że co to za polityka? Okłamać, naobiecywać, wykorzystać, a potem udawać głupka. Najbardziej bolesna dla Polaków była arogancja Anglików, którzy swego wiernego sojusznika, walczącego z Niemcami od początku wojny, pozwolili rozebrać z terytoriów, a potem z obłudnym uśmiechem tłumaczyli, że będzie najlepiej, gdy Stalin urządzi im ojczyznę. Nie pomogły próby Generała, by przypomnieć ludziom Zachodu o ich obietnicach i zobowiązaniach. Nie pomogły spotkania i tłumaczenia w jak trudnej sytuacji są Polacy. Nie pomogły nalegania, by nie handlować Polską. Słuchali i nic nie słyszeli, jak podczas spotkania na froncie włoskim przed Linią Gotów, z członkiem angielskiego, wojennego rządu - Clementem Richardem Attlee, późniejszym premierem. Wszystko wzięło w łeb, bo arogancja Stalina spotkała się z arogancją Churchilla i Roosevelta.
Oczywiście można tę arogancję, jak w Rosji, nazwać geniuszem. Lepiej jednak - podłym świństwem.

general-anders-w-rozmowie-z-przyszlym-premierem-wielkiej-brytanii-clementem-richardem-attlee

          Czytając te wspomnienia przeraża arogancja aroganta Churchilla, który w imię trzymania tyłka Anglii na słońcu sprzeniewierzył się przyrzeczeniom i podpisanym traktatom, usuwając Polskę na wiele lat w mroźny cień Rosji. Ta mega arogancja, pod płaszczykiem polityki, kosztowała Polskę zastój cywilizacyjny i kompletną marginalizację na wiele, wiele lat. Że też Anglicy wciąż mają dobre samopoczucie?
         A co z naszą, domorosłą arogancją? Za czasów, gdy na wskutek arogancji trzech wielkich mocarstw taplaliśmy się w kałuży socjalizmu, nasze polskie chamstwo, miało się bardzo dobrze. Trudno zapomnieć tych, którzy decydowali jak mam żyć, gdzie mieszkać, czego się uczyć, co jeść, co czytać , myśleć i mówić. Nie zapomnę tych bab w urzędach, które "mogłyby, ale nie muszą, więc im się nie chce" i tej odzywki, gdy na wpół zgięty wchodziłem do urzędu - Nie widzi, że jem śniadanie. W piątek przyjdzie, ale rano, bo tu kolejki są.
          Nadejście nowego witałem także z nadzieją, że sczeźnie gdzieś ta powszechna pogarda dla drugiego człowieka. Od dwudziestu lat taplamy się w czystej wodzie rywalizacji i konkurencji, reguł, które arogancję powinny wbić głęboko w ziemię. A jednak... Często spotykamy, że lekarz w szpitalu, czy przychodni lekceważy pacjenta, ale gdy go spotka pod swoim prywatnym gabinetem, zmienia się w - jestem do usług. Miły, troskliwy, grzeczny, uczynny i co najważniejsze - z ignoranta zmienia się w fachowca. Wytłumaczyć to zjawisko jednak potrafię - KASA łeb schyla i uprzejmości uczy.
Staram się należeć do ludzi, którzy na prośby przyjaciół i znajomych reagują, okazując zainteresowanie i pomoc. A przynajmniej próbuję takim być. Nie zawsze mogę pomóc, ale gdy już się decyduję, to wszystko robię dwa razy lepiej, niż normalnie. Wszak to znajomy, wszak przyjaciel... Nie potrafię więc zrozumieć, gdy znajomych i przyjaciół, którzy przychodzą po pomoc i wcale nie chcą tej pomocy za darmo, odstawia się do najciemniejszego kąta. A już kompletnie nie rozumiem, gdy do niespiesznej pomocy dokłada się arogancję i impertynencję. Jak się czuje ktoś, kto płaci i musi znosić narowy niby znajomego "fachowca". Jest miło i grzecznie, dopóki trwają rozmowy. Sytuacja się zmienia, gdy wynagrodzenie za usługę jest już ustalone. Ten ktoś, niemal chwilę potem, okazuje jawne lekceważenie, gdy może poniży klienta w towarzystwie, wiecznie nie ma czasu, a na zwrócenie uwagi reaguje takim ładunkiem chamstwa, że przyzwoitego człowieka zatyka. Skąd to chamstwo? Cholera wie i poza cholerą nikt więcej.
          Mamy piec gazowy pewnej firmy. Gdy budowaliśmy dom i wszystko liczyliśmy dwa, a nawet trzy razy, to piec nie mógł być przecież Mercedesem w branży grzewczej. Był "Maluchem", więc tani. Nic też dziwnego, że co jakiś czas nawala. Problem z tymi awariami byłby mały, gdyby nie to, że w mieście jest tylko jeden serwis, a właściciel serwisu i serwisant w jednej osobie, polecony przez znajomych, chyba polubił nasz piec, bo przychodzi do niego kilka razy w roku. Za każdy przejazd życzy sobie więcej, niż chciałby taksówkarz, a gdy po godzinie grzebania w rurach i rurkach dojdzie, którą śrubkę należy dokręcić, wygłasza wykład na temat ogrzewania gazowego. Na naszą prośbę, by zrobił raz, a dobrze, nie reaguje. Rachunek za to za każdym razem jest tak wysoki, że robi się zimno. Na zwróconą uwagę, iż za wykład płacić nie chcemy, bo pogadać to sobie sami umiemy, nasz polecony fachowiec sięga po argument chamstwa, że on może przecież nie przyjeżdżać, nikt mu łachy nie robi, to w końcu on tu jest fachowcem i się zna, a takich jak my, to on ma w dupie i... wtedy, wstyd się przyznać, ale to my pokorniejemy i my schylamy głowę. Nie chcemy jeszcze wymieniać pieca, a fachowiec w całym Trójmieście jest jeden. Stojąc więc w sytuacji braku wyjścia płacimy, nie zważając na chamskie odzywki. On wychodzi, a my zaczynamy marzyć, iż będzie kiedyś tak, że nasz piec się rozwali do końca, a my będziemy mieli trochę zbędnej gotówki. Asia mówi wtedy - A gdy będziemy kupować nowy piec, to bez żadnych znajomych i poleceń, I najpierw sprawdzimy ile jest w mieście serwisów. A potem "...popłyniemy daleko, jeszcze dalej niż te obłoki. Pokłonimy się nowym rzekom, odkryjemy nowe zatoki..."


jeziorak-sierpien-2008-r-213

          Brak wyjścia jest tym co żywi każdą arogancję. Tak było w Teheranie i Jałcie, tak jest w sprawach dzisiejszych. Tak jest, gdy polegasz na niby przyjaciołach i tak jest, gdy w całym mieście tylko jeden gość ma licencję na to, by naprawić twój piec. Niby wiem to od dawna, a jednak przeciw chamstwu nie umiem nic poradzić, gdy nie można się trzymać od niego na odpowiednią odległość.
          By nie kończyć tych dzisiejszych dywagacji w smutnym nastroju, to tym, którzy czytali moje ostatnie wpisy i obserwowali rozwój sytuacji z piosenką "Mina Tyma", pragnę donieść, że po pięciu tygodniach przebywania na pierwszym miejscu listy przebojów w polonijnym radio w Chicago piosenka spadła na drugie, potem na trzecie miejsce, by wczoraj znowu powrócić na szczyt, Także w Koszalinie od dwóch tygodni "Mina Tyma" okupuje pierwsze miejsce. Andrzej Donarski wysłał "Minę..." tylko do tych dwóch rozgłośni. Teraz trochę żałujemy, że się bardziej do pocztowych powinności nie przyłożyliśmy. "Mina Tyma czyli Zima Trzyma" wciąż trzyma mimo, że wiosna już tuż, tuż. 
06 marca, 2010

Bujanie starej panny

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:50
         Dzisiaj, przy porannej kawie zauważyłem, że prócz ponownie mroźnej aury, natrętnie zajmuje mnie myśl o tym, czy i jak można zmieniać pędzącą w przyszłość rzeczywistość? Problem odwracania, bądź przekierowania losu, który ponoć zapisany jest w gwiazdach, pewnie naszedł mnie z tej racji, że końca zimy nie widać, a ja jestem ssakiem ciepłolubnym. Swego czasu znajomy marynarz opowiedział mi historię pewnej starej panny. Rzecz działa się w latach siedemdziesiątych, niestety, ubiegłego już wieku. Stara panna, jak spojrzeć na to z mojej dzisiejszej perspektywy, nie była jeszcze taka stara, choć swoje lata już miała tyle, że nie najlepiej spędzone. Miała za to sporo gotówki i jeszcze więcej czasu wolnego, jak to u zamożnych starych panien bywa. Nikt nie znał źródła tego posiadania, no, może prócz stanu posiadania w nadmiarze wolnego czasu, ale w końcu staropanieństwo było uznawane wtedy jeszcze za rzecz przykrą, więc nikt nie dociekał, ciesząc się, że w ogóle kobieta bez mężczyzny coś posiada. Jak się łatwo domyśleć, nasza stara panna w nadmiarze nie posiadała tylko urody, która skupiała by uwagę ssaków samców, a jej samej umilała życie podczas siedzenia przed lustrem. Będąc w tej komfortowej i jednocześnie kłopotliwej sytuacji bohaterka marynarskiej opowieści postanowiła w ramach istniejących możliwości zmienić los na tyle, na ile się da, ale tak, by choć trochę dostosować go do swoich skromnych, kobiecych potrzeb. Polska Żegluga Morska w Szczecinie i Polskie Linie Oceaniczne w Gdyni były kiedyś armatorami, że ho...ho... Każdy z nich posiadał wielką flotę handlową i pływał po morzach i oceanach świata z sukcesem, jak twierdziła propaganda tegoż sukcesu, wielkim.

radzionkow

          Najdłuższe były rejsy do Chin i Wietnamu, które trwały nawet pół roku. Na każdym statku do dyspozycji armatora była jedna, bądź dwie kabiny, zwane pasażerskimi. Kto chciał zażyć długiej, morskiej podróży i poczuć klimat conradowskich powieści mógł wykupić sobie taka kabinę i płynąć, gdzie dusza zapragnie. Z tej właśnie możliwości skorzystała nasza panna i wykupiła kabinę na statku, który wybierał się w podróż. - Przez pierwszy tydzień nikt nie zwracał na nią specjalnej uwagi - opowiadał matros - tyle ją widzieliśmy, co w messie, gdy zasiadała do obiadu obok kapitana, o ile kapitan raczył na obiad przyjść. Gdy z Północnego przeszliśmy na Atlantyk i zaczęło robić się ciepło, naszą pasażerkę coraz częściej mogliśmy spotkać na pokładzie, opalającą swe, no... nie będę ci kitu wstawiał, marne wdzięki. W drugim tygodniu rejsu pękł bosman, który kilka lat wcześniej owdowiał. Po miesiącu najprzystojniejsi oficerowie, łącznie z kapitanem, nie mogli się nadziwić, gdzie mieli oczy, gdy pasażerka mustrowała w macierzystym porcie. Po dwóch miesiącach wszyscy chodzili oczadziali, a po trzech gotowi byli do samczych bójek, byle zaskarbić sobie choć odrobinę życzliwości panny, która na lądzie była stara.
          Jak widać można sprawić, by los był łaskawszy. Trzeba być jednak zamożnym i znaleźć trochę wolnego czasu. A co zrobić, gdy z kasą krucho, a lenistwo umysłowe sprawia, że czas jest kwestią otwartą? Jak pokazuje dzisiejszy dzień i kongres partyjny w Poznaniu można zapisać się do PiSu i popłynąć...

za-rufa

Trzeba tylko wiedzieć, czy na pewno się chce, by rejs na statku, na którym kapitan, nie wiadomo z jakiego powodu dwoi się w oczach, był rejsem o jakim marzyła, zmieniająca swą rzeczywistość stara panna. Myślę, że wątpliwa przyjemność z tego być może, nie mówiąc już o bezpieczeństwie podróży. Przecież na końcu każdego bujania zawsze jest port, w którym trzeba pewnym krokiem zejść na ląd i... przeliczyć zmarszczki w jakimś stabilnym lustrze.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY