29 kwietnia, 2010

Tfu-rcy?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:13
          Długo się zastanawiałem, czy na swoim blogu, miejscu osobliwie prywatnym, by nie rzec... intymnym, publikować tfurczość tfurców, którzy chcą innym za wzorce moralne służyć i wzorce zachowań ustalać.
Zaczęło się cztery dni po katastrofie, gdy większość narodu zasnuta smutkiem przeżywała żałobę po tragicznej śmierci dziewięćdziesięciorga i sześciorga Polaków. Pierwszy, jak mi się wydaje, w żałobę strzelił socjolog z literackim zacięciem Krasnodębski, który w swym eseju, opublikowanym 14 kwietnia w dzienniku Rzeczpospolita, dość dosadnie określił, kto do smutku prawo ma, a kto go nie ma. Nie dość, że nie zauważył nikogo poza prezydentem Kaczyńskim wartym narodowej żałoby, to jeszcze do tych, którzy prawa do smutku nie mają zwrócił się w te słowy:
I wy miejcie odwagę, pozostańcie sobą. Już zaczęliście dzielić łupy i dobierać się do szaf. Zróbcie kolejne "Szkło kontaktowe", wyśmiejcie tę śmierć, wypijcie małpki. Zaproście Palikota i Niesiołowskiego. Krzyczcie: "cham" i "dureń", i "były prezydent Lech Kaczyński". Wyśmiewajcie i drwijcie. Bądźcie sobą. Gardzę wami. Jestem dumny, że Go znałem.
          Tego samego dnia do głosu socjologa przyłączył się satyryk Wolski, znany kiedyś z legendarnego już magazynu radiowego Programu III Polskiego Radia "Sześćdziesiąt minut na godzinę". Byłem fanem tej audycji i z przykrością od lat obserwuję, jak jeden z jej znamienitych autorów rozmienia talent na coraz to gdzie indziej lokowane polityczne sympatie (za PRL-u był nawet sekretarzem POP PZPR-u) i poglądy. On również, w czwartym dniu żałoby, choć ja dostałem ten tekst dzień wcześniej, pozwolił sobie w Gazecie Polskiej na taki oto wierszyk (rżnąc zresztą z Tuwima):
Prawdę mając na ustach, a kłamstwo w kieszeni,/  Będąc zgodni ze stadem, z rozumem w konflikcie, / Dzisiaj lekko pobledli i trochę strapieni / Jeśli chcecie coś zrobić, to przynajmniej milczcie! / Nie potrzeba łez waszych, komplementów spóźnionych. / Waszej czerni, powagi, szkoda słów - nie ma co, / Dzisiaj chcemy zapomnieć wszystkie wasze androny / Wasze kpiny i żarty wylewane przez szkło.  /Bo pamięta poeta, zapamięta też naród Wasze jady sączone bez ustanku, dzień w dzień,  / Bez szacunku dla funkcji, dla symbolu, sztandaru... / Karlejecie pętaki, rośnie zaś Jego cień! / Od Okęcia przez Centrum, tętnicami Warszawy, Alejami, Miodową i Krakowskim Przedmieściem / Jedzie kondukt żałobny taki skromny choć krwawy, / A kraj czuje - Prezydent znowu jest w swoim mieście. / Jego wielkość doceni lud w mądrości zbiorowej / Nie potrzeba milczenia mącić fałszu złą nutą, / Na kolana łajdaki sypać popiół na głowę! / Dziś możecie Go uczcić tylko wstydu minutą!
            W dzień po żałobie z wełnistych i ciężkich chmur poezji spłynął wiersz agitacyjny Rymkiewicza Jarosława Marka, któremu pieniądze (nagroda Gazety Wyborczej - Nike), w przeciwieństwie do poglądów, nie śmierdzą. I słusznie, bo duch duchem, polityka polityką, a ciało ma swoje wymagania. Rymkiewicz w swym dziele analizuje sytuację geopolityczną, pochyla się nad rozdarciem i niedolą Polski, powołuje się na proroków i tajemnice przodków, by z patosem zakończyć, bo:
"... - tu patosu trzeba / Ja tu mówię o sprawie odwiecznego losu / Co zrobicie? - pytają nas teraz przodkowie / I nikt na to pytanie za nas nie odpowie / To co nas podzieliło ... to się już nie sklei / Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei / Którzy chcą ją nam ukraść i odsprzedać światu / Jarosławie! Pan jeszcze coś jest winien Bratu! / Dokąd idziecie? / Z Polską co się będzie działo? / O to nas teraz pyta to spalone ciało / I jest tak że Pan musi coś zrobić w tej sprawie / Niech się Pan trzyma... Drogi Panie Jarosławie
          I Wolski, i Krasnodębski, i Rymkiewicz w formie jak wyżej, "dopraszali się", by ci o innych poglądach zamilkli (choć nikt się nie odzywał), by nie udawali głupków w żałobie, nie kradli Polski i wzgardzeni pozostali sobą. Tak pewnie zrozumiał to autor tekstów piosenek zespołu Lady Pank - Andrzej Mogielnicki. Poglądów nie zmienił, głowy popiołem nie posypał i gdy żałoba się skończyła, odwinął się temu od "karlenia" i temu od "gardzenia". Tekst Mogielnickiego przysłano mi również 24 kwietnia i jak się za chwilę okaże, na tym się nie skończyło. Początkowo zastanawiałem się czy przesłać go dalej, czy ze względu na względy tego nie czynić. Pomyślałem jednak, że skoro socjologowi wolno, satyrykowi wolno i poecie wolno, to czemu nie ma być wolno tekściarzowi, który w ilości odbiorców swojej twórczości zawsze bił na głowę satyryka, że o socjologu i poecie nie wspomnę. Kliknąłem "Prześlij" i... od pewnej, gdańskiej literatki dostało mi się od razu, jakbym to ja "Epitafium wawelskie" napisał. Przy okazji dowiedziałem się, że owa literatka znała osobiście prezydenta Kaczyńskiego i jest oburzona. Poczułem się zawstydzony, jak żarówka w słońcu, że nie znałem prezydenta Kaczyńskiego i na dodatek go nie lubiłem.

zarowka-w-sloncu

          W chwilę potem "walnął" we mnie swą opinią - że obrzydliwe teksty rozsyłam - całkiem zacny facet, który kiedyś walczył w Hali Olivii na Festiwalu Piosenki Zakazanej o wolność słowa. A tekst Mogielnickiego był taki:
EPITAFIUM WAWELSKIE
Żył tak jak zginął, całkiem przypadkiem / Historii będąc zaledwie świadkiem / Za całe swoje mając zasługi / Że jest ten drugi / Piął się i puszył, płynął na fali / Tak się nabzdyczył, tak się przechwalił / Aż narodowi udzielił rady: Spieprzajcie dziady! / Sam jednak spieprzył - i to dosłownie / Ciągnąc za sobą krwawe pochodnie / I zostawiając spadek niemały - Nowe podziały. / Aż któryś syknął: Co nam tam Havel/ Mamy większego: Dać go na Wawel! / Cud uczynimy na miarę bytu - Z gówna do mitu. / Lud swe objawił czucia najszczersze / Poeci słuszne skrobnęli wiersze / I do wieczności płynie w zaloty / Trumna miernoty

          Literatce nie odpisałem, ale z Zacnym zacząłem korespondować, bo go lubię. Wyjaśniałem i tłumaczyłem się jak dziecko, gdy nadeszła, także pocztą mailową, praca gdyńskiego satyryka Zbigniewa-200gram-Szymańskiego, która powaliła mnie na kolana i kompletnie zakręciła. Zakręcony jąłem zastanawiać się nad kondycją polskiego pióra i granicami rozsądku, ale skoro Zacny walczył o wolność słowa, z której korzystać może socjolog, satyryk, poeta i tekściarz z Warszawy, to czemu 200gram znad morza ma nie móc? Może i on. Oto co może gdynianin Szymański:
Epitafium Mogielnickiego
Żył tak jak pisał. / Wciąż perskie oko,/  Puszczał do władzy, zaszedł wysoko. / Piął się i puszył, płynął na fali, / Aż się przeraził, że dinozaury / Wymrą, chyba, że będą trzymały / Z tymi, u których umysł się skarlił. / Z budki suflera "Wyborczej" płyną / Rady jak słuszną zostać padliną: "Gównem posmaruj swoje wierszyki / A obdarzymy Ciebie pomnikiem. / Pośmiertną płytą z Twymi tekstami, / Będziemy uszy żyjących ranić". Siedzi więc, skrobie tekst Mogielnicki, / Czas szybko płynie, koniec już bliski. / Wie, wobec wielkich jest tylko pyłkiem / A chce mieć od nich większą mogiłkę, / Więc, co z "Gazety" jemu suflują / Wpisuje w kajet, już oklaskują / Jego wyborcze elit miernoty, / Za parę w gównie skąpanych złotych. / Umarł tak jak żył, życiem bakterii. / Żegnali go wierni lecz mierni. / Miernota nawet w grobie się puszy, / Bo nie chce nawet bakterii ruszyć, / Robak targany odrazą szczerą: "Nie ruszę tego, tu, mniej niż zero" / "Przechodniu, życie nie jest loterią, / Jeśli chcesz przetrwać, zostań bakterią. / Choć masz mnie w dupie, ja mam grób śliczny, W nim "g" zaschnięte - Twój Mogielnicki. 

          Skoro socjolog, skoro satyryk, skoro poeta, skoro tekściarz i skoro 200 gram... to na koniec ja:
I tak to ślinę tocząc żałobną
Tfu-rcy tforzą tfu-rczość wyborną.
Ważąc proporcje, drodzy Państwo,
Wskażcie po czyjej stronie tu draństwo.
24 kwietnia, 2010

Siedlisko - Uroczysko

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:41
          Siedliska, uroczyska, czarowne zakątki, magiczne miejsca... Każdy ma takie punkty na mapie, które go olśniewają, inspirują, przynoszą ukojenie i radość. Które z powrotu do nich czynią święto. Wszyscy mamy w sobie coś z bociana, który z każdym wiosennym przylotem do gniazda przynosi nadzieję na nowe życie. Takiego bociana zauważyłem na początku kwietnia w miejscu, które chciałbym dzisiaj pokazać.

bocian-w-puszczy-boreckiej

          Kilkanaście lat temu jeden facet, który świetnie znał Mazury, bo Mazurem był, znalazł drugiemu facetowi piękne, opuszczone miejsce wśród mazurskich pól, z ruiną gospodarstwa po środku, ale za to z Puszczą Borecką za płotem.

w-tle-puszcza-borecka

         We dwóch zaczęli ruinom przywracać (nie pierwszy raz zresztą, bo jeszcze kilka takich miejsc Mazur, o którym mowa, odkrył) mazurski wygląd i wszystko byłoby pięknie, gdyby ten Mazur nagle nie umarł. Tym Mazurem był Andrzej Swacyna, mój przyjaciel, którego grób w Karolewie co roku, na początku kwietnia odwiedzam, i którego często tu wspominam. W tym roku, w dziesiątą rocznicę śmierci, odwiedziłem Andrzeja wraz ze Zbyszkiem Rojkiem, który przez wiele lat z nami koncertował.

zbyszek-rojek-na-grobie-andrzeja-swacyny

          Po wizycie na cmentarzu pojechaliśmy do miejsca, o którym nie można powiedzieć inaczej, jak urocze siedlisko. Wśród wielu rzeczy, które Andrzej zostawił było też to siedlisko - uroczysko. Andrzej je wyszukał dla Sławka Słupskiego, przyjaciela nas obu.

siedlisko

          Jak co roku zebraliśmy się w gronie przyjaciół, by wśród wspomnień móc także nacieszyć się sobą, póki jeszcze żyjemy. Przy kominku, jadle i napitku rozmowy ciągnęły się niemal do rana. Poranek przywitał nas słońcem, więc wybrałem się zobaczyć, co zmieniło się od mego ostatniego pobytu, kilka lat temu. Niby nic...

dom-s

...a jednak nie dało się nie zauważyć prześwietnej huśtawki w ogrodzie...

ogrodowa-hustawka

... kamiennego, ogrodowego fotela. w którym można odpoczywać za karę...

ogrodowy-fotel

... czy zwierząt, których wcześniej tu nie było...

owce

          Wśród przyjaciół, jak co roku, był też Romek Trębski, jeden z mieszkańców naszego "sławnego" pokoju 806 w akademiku przy Żołnierskiej w Olsztynie. Tylko on i ja zostaliśmy z tamtej lokatorskiej listy. Od dawna nie ma już na świecie poety Jacka Karaszewskiego, satyryka Jacka Zwoźniaka i gitarzysty Andrzeja Swacyny. Może właśnie o nich rozmawiał Zbyszek Rojek z Romkiem zaraz po śniadaniu...

od-lewej-zbyszek-rojek-i-romek-trebski

W południe przyszedł czas się pożegnać, więc Ci którzy wcześniej nie wyjechali, ustawili się na ganku do wspólnej fotografii. Ja też.

2010-04-11_1-przyjaciele-andrzeja

         Dobrze jest mieć przyjaciół, których dobrze się wspomina. Dobrze jest mieć przyjaciół, którzy mają co wspominać. Dobrze jest mieć przyjaciół.
19 kwietnia, 2010

Przerost formy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:13
          Zgadzam się zupełnie z Agnieszką Holland, gdy mówi, że będąc w Ameryce patrzy na sprawy w Polsce z pewnego dystansu i widzi w naszym przeżywaniu tragedii przerost formy nad treścią - "...Kiedy w tę pamiętną sobotę czytałam w internecie o niebywałej reakcji w Polsce, o powszechnym smutku i cierpieniu zwykłych ludzi, polityków i dziennikarzy, byłam poruszona. Ale potem zmieniło się to w stan chroniczny. Nie było umiaru w tym przeżywaniu żałoby..."
          Katastrofa pod Smoleńskiem i tragiczna śmierć dziewięćdziesięciu sześciu osób, w tym wielu dostojników państwowych z Prezydentem na czele, jest wydarzeniem w polskiej historii bez precedensu. Poza ukrzyżowaniem Chrystusa, który - jak głosi Pismo - umarł dla naszego zbawienia, nie przychodzi mi do głowy żadna tragedia, która miałaby jakiś sens. Ani w katastrofie w kopalni, w której ginie kilkudziesięciu górników, ani w tragedii w Tybecie, czy Brazylii, jak i w śmierci pojedynczego człowieka w wypadku samochodowym, nie widzę sensu. To właśnie brak sensu powoduje, że każda tragedia, nim ją oswoimy, przeraża. Tym niemniej, gdy już ochłoniemy i stan spraw nieco się nam ułoży, emocje opadną, to powinniśmy umieć zachować umiar w manifestacji i obnoszeniu się z nie zawsze szczerym bólem.
          Wczoraj Andrzej Sikorowski z grupy "Pod Budą" w TVN żałował, że przez tydzień, w większości mediów więcej było sztucznie wstrząśniętych gadających głów i płaczących dziennikarzy, niż muzyki poważnej, która narodowej tragedii dodawałaby powagi i dostojeństwa. Zgadzam się z nim. Nigdy nie byłem zwolennikiem Pana Prezydenta, ani tego co czynił jako głowa państwa. Był prezydentem Polski, ale nie był, niestety, prezydentem wszystkich Polaków. Nie sympatyzowałem z polityką jaką uprawiał, obawiałem się idei kolejnej Rzeczpospolitej, którą wraz z bratem propagował i martwiła mnie wizja państwa zaszczutych obywateli, a jednak wieść o śmierci Lecha Kaczyńskiego, tak jak i wieść o śmierci pozostałych rodaków uczestniczących w tej katastrofie, była dla mnie wielkim wstrząsem i przykrością . Nie oznacza to jednak, że po opadnięciu pierwszych emocji, nie widziałem jak wzbiera fala formy, która w końcu zalała i utopiła treść. Gdy w trzy dni po katastrofie "nieznany" autor wymyślił, że Wawel...

wawel t

...to najlepsze miejsce na grób dla Prezydenta, choć nigdy tam żaden prezydent nie był chowany, złapałem się za głowę.
          Całkowicie zgadzam się z Andrzejem Wajdą, że królewski zamek na wawelskim wzgórzu, to nie jest adekwatna forma dla treści, jaką uosabiał sobą Pan Prezydent. Początkowo nie za bardzo rozumiałem, kto i dlaczego chce wśród królów dynastycznych i królów polskich serc położyć całkiem przeciętnego Prezydenta R.P. - Prezydenta, który po wyborczym zwycięstwie, jak posłuszny kapral meldował własnemu bratu wykonanie zadania, i który później, jak się można domyślać, bez woli, zgody i decyzji brata nie czynił niczego. Kto i dlaczego miał taki pomysł łatwo więc zgadnąć, trudniej jednak zrozumieć sekretarza polskiego Papieża, kardynała Dziwisza, który na ten pomysł przystał. Kardynał nie przyznając się do autorstwa "zwalał", a to na rodzinę Kaczyńskich, a to na "wielu", którzy dzwonili, a to (bodajże ustami rzecznika kurii) na rząd i Sejm, niezdarnie jednocześnie przekonując, że Prezydent zginął śmiercią bohaterską.
          Dla mnie bohaterską śmiercią ginie ten, kto ginie z wyboru i męstwa. Bohaterską śmiercią jest ta śmierć, która służy wartościom ogólnoludzkim, narodowym, bądź ta, która służy dobru drugiego człowieka. By zginąć bohatersko, prócz męstwa i odwagi, trzeba mieć wybór: walczę o wolność lub poddaję się, skaczę do rzeki za tonącym, albo odwracam głowę w drugą stronę. Ginę, bo zaryzykowałem swoje życie, by ratować życie innych, albo zostaję w domu i siedząc wygodnie w fotelu zdaję się na telewizyjne relacje. Gdzie w tej katastrofie był wybór? W czym objawiło się bohaterstwo Pana Prezydenta?
Niestety, po raz kolejny przekonałem się, że Kościół w Polsce jest zwyczajnym, choć niewybieralnym, a przez to też nieusuwalnym i nie kontrolowanym przez naród, uczestnikiem gry politycznej. Dotarła do mnie także druga prawda, że w teatrze życia nie należy wychodzić z roli sługi, choćby bożego, gdy się nie potrafi zagrać roli pana.
13 kwietnia, 2010

Pieśń Odchodzenia i... plakat Katyń

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:07
          Wyjeżdżałem drogą z Gdańska na Warszawę, gdy w radio przerwano "Salon Polityczny Trójki" i podano komunikat o katastrofie. Jechałem na Mazury, by jak co roku pochylić się w Karolewie, niedaleko Kętrzyna, nad grobem Andrzeja Swacyny, muzyka i przyjaciela. Po drodze, w Olsztynie, miałem w planie odwiedzić kilka bliskich mi osób. Po południu, w Mrągowie, za sprawą Zosi Wojciechowskiej ze Stowarzyszenia "Zielone Dzieciaki", miałem uczestniczyć w uroczystości przekazania mrągowskiemu Hospicjum wielkiego daru, jaki za sprawą wielu moich przyjaciół, w tym wspomnianej Zosi, nadszedł ze Szwecji. Miał to być refleksyjny, ale radosny dzień. Nie był, choć mój plan, punkt po punkcie, cały się wypełnił.
          Wobec śmierci stajemy zupełnie bezradni. Wobec nieodwołalnie zakończonego życia nie ważą żadne poglądy, sądy i opinie. Nie istnieją państwa, narody, partie i granice. Jest tylko tragedia i brak słów... Wśród pól na Mazurach zobaczyłem samotny grób...

grob-wsrod-mazurskich-pol-fot-wchylinski1

         Widok tego pojedynczego grobu w mojej wyobraźni zaczął tworzyć płaszczyzny znaczeń, skojarzeń i symboli... Pojedyncza, jakaś dawna tragedia łączyła się samoistnie z prawie stoma, pojedynczymi tragediami, które w ubiegłą sobotę złożyły się na jedną, wielką tragedię narodową. Symbole się kojarzyły, lecz słowa pozostawały nie odkryte.

grob-wsrod-mazurskich-pol-ii-fot-wchylinski

         I oto, zaraz po powrocie do domu, znalazłem w swojej poczcie mailowej wiersz Szczepana Szotyńskiego, znakomitego artysty, prześwietnego architekta i cudownego człowieka, z którym dzieli mnie wiele, ale łączy jedno ? przyjaźń. Szczepan, nie wiedząc, a może domyślając się, że szukam, przysłał mi brakujące słowa:
PIEŚŃ ODCHODZENIA
Ucichły zaklęte ptaków nocne trele,
Zasnął Bóg i zamarł nad bezpańskim sterem,
Horyzont zanikł, cień skrzydło podwinął,
Siwe Mgły Szeolu na łowy znów płyną ***
Znowu przepłynęły, znów zadrżały chmury.
Ciężkie, przytłaczające, pełne gniewu.
Znów przez życie Śmierć przeszła.
Góry słyszą echo upiornego śpiewu.
Znów szalone płomienie zamiast lamp się palą.
Rozjaśniają wśród wycia ludzkie martwe twarze.
A słońce jak obol kręgiem drży w powietrzu,
Płacąc hurtem za dymy spopielałych marzeń.
Gdzieś za moją wyspą walą się katedry.
Gdzieś za moją wyspą na nieba ekranie,
Pieniądz błyska się i brzęczy.
Kręci się zaklęty. I błyska, i brzęczy, i kreci się nim stanie.
Tam niedaleko pieniądz brzmi, i czas od nowa śpiewa krwawą pieśń.
Odmierza każdą z ludzkich chwil.
Gdzieś niedaleko, blisko gdzieś.
Wiem, trzeba przeżyć każdą chwilę,
Choćby wstawała niczym zmora.
Mgła już za chwilę wzrośnie w siłę.
I umrze to co było wczoraj.
Z uporem wraca martwy brzęk.
Przyjdzie zapłacić za okruchy marzeń.
Ta chwila gdzieś obok, we mnie drżący lęk.
Prawda to czy miraż?.
Kto zmierzy jej miarę?
A tu słowo iskrzy rozsypanym szkłem,
Coraz prędzej, prędzej, kruche myśli kruszy.
Być może Mgła jest tą która jest. ?
Mimo to zamykam oczy, usta, uszy.
Jakże boli jak boli "został martwy gest"


PS W trzy dni po opublikowaniu powyższego wpisu, dostałem od Wojtka Fułka, wiceprezydenta Sopotu przesyłkę z plakatem Jacka Staniszewskiego 

 plakat-katyn

          Wojtek napisał: Waldek Jeśli chcesz, możesz ten plakat zawiesić na swojej stronie. To nasza wspólna akcja z autorem plakatu - Jackiem Staniszewskim. Jacek to sopocki artysta, grafik, muzyk, wykładowca na ASP i mój przyjaciel. Zrobił ten plakat w jedną noc w odruchu serca. Plakat wydrukował Urząd Miasta w Sopocie. Ten plakat spina bolesną klamrą tragiczne wydarzenia sprzed 70 lat w Katyniu ze świeżą raną dramatu, który połączył Polaków i wielu ludzi na całym świecie w poczuciu żałoby, straty, współczucia dla ofiar tragedii i nich rodzin oraz zwykłej ludzkiej solidarności. Pomysł Jacka Staniszewskiego jest formą pamięci o tych wydarzeniach i hołdem wobec poległych. Wojtek Dzięki Wojtku za pamięć.
08 kwietnia, 2010

Wanno-Warmińska Galaktyka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 01:09
         I po Świętach... W "lany poniedziałek" w Wysokich Obcasach - babskim dodatku do Gazety Wyborczej, leżąc w wannie na wznak zaczytałem się w "wypracowaniu" pt. "Zagraj to jeszcze raz". Artykuł był o czterech, znanych damach polskiej piosenki, a więc obiecujący. Ponieważ dwie z tych dam darzę przyjaźnią, to tym bardziej budził moje zainteresowanie i ogromny stopień ciekawości. Nic też dziwnego, że podczas lektury nie zważałem na wodę, która w przeciwieństwie do rosnącego stopnia mej czytelniczej uwagi, zmniejszała systematycznie swój stopień ciepła. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy, to świetne zdjęcie Grażyny Łobaszewskiej. Nigdy jeszcze nie widziałem portretu, który by tak znakomicie oddawał Grażki charakter i niesamowitą moc jej artystycznej natury. Patrząc na Grażynę w gazecie od razu usłyszałem wszystkie jej piosenki i przeboje. Niestety, z opowieści Grażyny, napisanej przez autorkę Gazety, nie dowiedziałem się właściwie nic ciekawego. Szkoda, bo mało jest kobiet, które tyle przeżyły i wiedzą o życiu to, co wie Grażyna.

grazyna-lobaszewska
fot. M.Redzisz i M.Bereżecka/Zorka Project

          Podobna historia dotyczy także następnej bohaterki świątecznego dodatku do Gazety - Eli Wojnowskiej. Ela też jest bliską memu sercu i duszy osobą. Niby wszystko w tej opowieści jest... Jest młodość i Częstochowa, Warszawa, KUL i historia sztuki, jest Andrzej Ibis Wróblewski i czas macierzyństwa, a jednak w tej Eli nie ma Eli, którą znam. Szkoda, że choć konterfekt Eli, który wykonano z równie wielkim kunsztem, nie śpiewa tak, jak śpiewa portret Łobaszewskiej. Szkoda, bo bym sobie też chętnie posłuchał.
         Trzecia rzecz, jaka przygwoździła moją uwagę, to fragment zwierzenia Steni Kozłowskiej, piosenkarki, która święciła tryumfy, gdy byłem dorastającym chłopcem. Może dlatego, że w tamtym czasie odkrywałem w sobie istnienie męskich pragnień, nie pamiętam repertuaru Steni Kozłowskiej, za to świetnie pamiętam jej biust, niezbyt skrywany w dekoltach.
Otóż gwiazda Stenia Kozłowska zwierzając się Gazecie z tego, że boli ją fakt nie puszczania jej piosenek w dzisiejszych mediach, powiedziała coś takiego: "...Za moich czasów teksty pisali poeci, piosenki miały melodię. A teraz? Piosenkarze piszą sobie sami muzykę i teksty. Jak można być tak zarozumiałym. Maryla Rodowicz się trzyma. Kora ma fajne piosenki, ale reszta. Co to jest za tekst:"Mój jest ten kawałek podłogi"..."
Pani Stenia pewnie nigdy nie przeczyta mojego wpisu, ale pozwolę się zwrócić bezpośrednio do niej, osobiście, bo a nuż...
Pani Steniu. Chętnie się z Panią zgodzę, że w pogoni za szmalem zalewa nas popowa szmira i tandeta, bez choćby cienia oryginalnej myśli, frazy, czy nuty. Chętnie też zgodzę się z Panią, że Maryla Rodowicz trzyma się świetnie i niech się tak trzyma jeszcze sto lat, bo tylko dzięki niej mam złudzenie, że czas stoi w miejscu. Kora także trzyma się znakomicie, ale powinna Pani wiedzieć, że teksty, które śpiewała i śpiewa w większości są jej autorstwa, i chwała jej za to. Szkoda jednak, że nie ma Pani pojęcia o czym jest piosenka zespołu Mr.Zoob, którą w 1984 roku zaśpiewał Andrzej Donarski, a która tak łatwo posłużyła Pani do wykazania się wrażliwością na słowo śpiewane. Dzisiaj Andrzej Donarski gra z zespołem, który uprościł nazwę i brzmi ona - MISTER z U.B. No, niech Pani pokombinuje...
Piosenka powstała w stanie wojennym i wystarczy się tylko przysłuchać pierwszym wersom, by wiedzieć co jest śpiewane. A refren (tu napiszę odwrotnie), że... nikt ma mi nie mówić co mam robić, bo mój jest ten kawałek podłogi... czyż nigdy nie dał Pani do myślenia? Nic Pani nie zrozumiała? Akurat nie mam powodów bronić tego tekstu, bom ani jego autorem, ani przyjacielem autora, ale są rzeczy, które powinno się rozumieć. Tym bardziej, gdy mówi się o sobie jako o osobie z tzw. branży.
         Zastanawiając się "Czy to walc", czy może jakieś inne tango zmarzłem kompletnie w tej mojej czytelniczej wannie, więc wylazłem i teraz wybieram się w kierunku Warmii i Mazur, gdzie mam nadzieję spotkać autorkę tegoż obrazu poniżej, który nosi tytuł: "Warmińska Galaktyka"...

warminska_galaktyka

          Ową znakomitą malarką jest Elwira Iwaszczyszyn, która wraz ze swoim mężem Mateuszem (Kabaret Czyści jak Łza) i ze Stefanem Brzozowskim (Czerwony Tulipan) będzie w Mrągowie specjalnym gościem Stowarzyszenia "Zielone Dzieciaki". Mam nadzieję, że i ja tam dotrę szczęśliwie, a nasze spotkanie, o którym nikt nie napisze w Wysokich Obcasach, będzie bardziej gorące, niż woda po lekturze tekstu w mojej ulubionej Gazecie Wyborczej.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY