28 listopada, 2010

Owoc tworzenia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:49
          W Gdyni spadł pierwszy śnieg. Choć ulegam urodzie i zmienności pór roku, to daruję sobie dzisiaj fotkę z widokiem zaśnieżonych dachów sąsiednich domów. Pewnie wielu blogowiczów takie fakty ilustruje gustownymi ujęciami śnieżnego puchu, ale ja nie muszę. Korci mnie natomiast, by podzielić się odkryciem ślicznego zdjęcia syna mojego znajomego, Zeusa Pierwszego, które znalazłem na jego profilu, na Facebooku.

syn-zeusa-pierwszego fot. Zeus Pierwszy
          Mam nadzieję, że każda twórczość człowieka przynosić będzie tak piękne owoce. Zainteresowanych powiadamiam też, że mój recital w Caffe Anioł w Gdyni się odbył. Dzięki niemu dowiedziałem się, po latach, że wciąż lubię śpiewać swoje piosenki. Wszystkim, którzy byli, a szczególnie Basi, która specjalnie na ten koncert przyjechała z Warszawy, serdecznie dziękuję.

20 listopada, 2010

Prezes nie dojechał.

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:18
         Byliśmy na zabawie w zaprzyjaźnionej szkole żeńskiej, bo handlowej. My byliśmy ze szkoły męskiej, bo z Technikum Budowy Okrętów. Był początek lat siedemdziesiątych. Hendrix był królem, Black Sabbath, Deep Purple, Jethro Tull i Led Zeppelin szalały w radio Luxembourg i... w sali gimnastycznej zaprzyjaźnionej szkoły. Podrygiwaliśmy w takt muzyki, puszczanej z płyt przemycanych przez marynarzy, mierząc wzrokiem co ładniejsze koleżanki, gdy nagle Manson, czyli kolega Henryk C., postanowił pokazać, że mimo conradinowskiego munduru, w głębi duszy jest absolutnym hipisem, dzieckiem-kwiatem i pacyfistą. Rzucił się na ziemię i w dziwnych konwulsjach tarzał swój kadłub i członki po parkiecie, potrząsając do rytmu głową. Chyba tylko my rozumieliśmy mowę jego ciała i nikt poza nami, bo nagle zapaliło się światło i dyrektor zaprzyjaźnionej szkoły brutalnie wyprowadził Mansona poza jej mury, inaczej mówiąc wyrzucił go na zbity pysk. W geście solidarności i oburzenia również opuściliśmy zaprzyjaźnioną, żeńską szkołę średnią, która przestała być zaprzyjaźniona.

moja-klasa-w-conradinum

Nauczycielka, która jako opiekun, w zastępstwie naszej wychowawczyni, była na tej zabawie z nami, następnego dnia w Dzienniku umieściła uwagę, że uczeń Henryk C. upił się na zabawie. Gdy z chorobowego do pracy wróciła nasza wychowawczyni i przeczytała wspomnianą uwagę, wbiła oczy w kurczącego się w ławce Mansona i wyglądała tak, jakby chciała go zamordować. W tym momencie siedzący w ostatnim rzędzie Gomuła, zwany czasami Mułem, podniósł rękę. - Tak Michał - spytała profesor Zofia R. - czy chciałbyś coś wyjaśnić? - Chciałem tylko powiedzieć, pani psor, że to nieprawda. -Tak? - zaciekawiła się Zofia R. i wyraźnie było widać, jak na jej wzburzone, niczym sztormowe morze oblicze wpływa okręt nadziei, który na swych żaglach niesie wieść, że to jakaś pomyłka, że to nie możliwe, by w jej klasie, ktoś mógł się tak skandalicznie zachować na zabawie. - Mów Michale - rzekła, czekając na dobre wiadomości - Powiedz, że to nieprawda. - To nieprawda, pani psor, Manson nie upił się na zabawie, on upił się przed zabawą, a na zabawę przyszedł już kompletnie pijany.
           Tak jak wtedy, tak i teraz uśmialiśmy się z tej historii do łez, gdy na kameralnym spotkaniu dawnych kumpli z Conradinum, przed kilkoma dniami wspominaliśmy stare czasy. Patrząc na zdjęcie można by sądzić, że to było zwyczajne spotkanie paru znajomych. Może przyjaciół?

spotkanie-vd-tbo
fot. Zbyszek Szefka
Ot, przysiedli przy stole, zjedli kanapki, napili się wódki, pogadali o starych i nowych czasach, ważnych i nieważnych sprawach. I w samej istocie rzeczy było to spotkanie starych, dobrych przyjaciół. Był Piękny Lolo, był Szarik, był Męska, był Lutek, był Maniek, byli też:Szefka, Pragert i Detlaff, którzy dzięki niepospolitości swoich nazwisk, przezwisk się nie dorobili, był Galuś i ja, Chyła. Nie było Prezesa Płaczka, który z Wielkopolski pisał ostatnio, że dzięki mojemu blogowi może częściej odwiedzać rodzinne strony w Orłowie. Nie było Koczisa, nie było Szczechuli, nie było Trampka i nie było Hansa i Jarzyny. Nie było jeszcze kilku innych kolegów. Szkoda. Wieczór udał się nam nadzwyczajnie, bo nad naszym spotkaniem przez cały czas fruwał piękny anioł dobrego, jak dotąd, losu.

szarik-i-maniek
fot. Zbyszek Szefka
           Poznaliśmy się, będąc jeszcze dziećmi, bo co to jest mieć piętnaście lat. Na pięć lat związała nas szkolna ława i klasa Vd - rocznik 1968- 1973. Gdy zdawaliśmy maturę i egzaminy zawodowe byliśmy już facetami, jak się patrzy. Przed nami rozciągało się bezbrzeżne, zdawać by się mogło, pole życia, za nami zostawała młodzieńczość, a my ubrani w nadzieję i wyposażeni w bezinteresowne przyjaźnie kolegów ruszyliśmy na podbój życia i... niewieścich serc. Jakież to wszystko wydawało się proste, jasne i przyjemne. Minęły lata...

od-lewej-lutek-piekny-lolo-i-meska
fot. Zbyszek Szefka
           W sopockiej kawiarni z satysfakcją stwierdziliśmy, że los był dla nas łaskawy. Mamy dobre rodziny, domy, stanowiska, firmy i jeszcze, jako takie zdrowie. By szczęścia nie było za mało, to mamy jeszcze, od czasu do czasu, siebie i takie wieczory jak ten ostatni. Chłopaki poprosili bym coś zagrał i zaśpiewał. Nie byłem przygotowany, więc się trochę opierałem i wtedy przysiadł się do mnie Detlaff, który w Jastarni jest jednym z najlepszych szyprów.

pragert-chyla-i-detlaff
fot. Zbyszek Szefka
- Wiesz, słyszałem w radio, jak twoje piosenki puszczali. Ty mi powiedz - zaczął - Czy ty, tak w domu, to jeszcze bierzesz czasami gitarkę i pośpiewasz sobie trochę? Ot tak, dla siebie, nie dla pieniędzy? - Bo ja wiem - zacząłem się zastanawiać i zrobiło mi się głupio- chyba już nie. - No, to dobrze, bo to jak u mnie. Wiesz, mnie ryby też już całkiem obrzydły - rzekł zadowolony Kazimierz i wychylił strzemiennego, gdyż właśnie zajechała po niego żona. Zrobiło się późno, a do Jastarni daleko. Przyjaźń, szczególnie ta rzadka, bezinteresowna, taka, która służy pomocą, nie oczekując rewanżu, to w dzisiejszych czasach rzecz nieczęsta.
Zaśpiewałem kolegom kilka swoich piosenek i na następnym spotkaniu zaśpiewam znowu. Może Prezes dojedzie? Nim to jednak nastąpi posłuchajcie, jak stary, dobry przebój o przyjaźni - You've got a friend - Jamesa Taylora & Carole King śpiewa Beata Bartelik, która przysłała mi to nagranie dopiero co, jako prezent bez okazji...

beata-bartelik-na-scenie
fot z archiwum B.B.

...za to w imię przyjaźni. Za przyzwoleniem artystki przekazuję go Wam. W imię przyjaźni. Wystarczy zawołać, jak śpiewa Beata, by się dowiedzieć, że się ma przyjaciela.



Do zawołania, do zobaczenia.

PS. 24 listopada w "Caffe Anioł" w Gdyni o godzinie 19.00, wraz z Beatą Bartelik i Adamem Drągiem mam nadzieję wystąpić i z przyjemnością zaśpiewać kilka swoich starych piosenek. Zapraszam.
15 listopada, 2010

Kto podkręcił Wąsa?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:00
          Dzisiaj w trójmiejskim dodatku do Gazety Wyborczej felietonista Marek Wąs zaatakował Wojtka Fułka, kandydata na prezydenta Sopotu. Pierwszą, największą bombę Wąs umieścił już w tytule - "Fułek obraża bezdomnych". Potem odpalił kilka drobniejszych ładunków wybuchowych, by na końcu rzucając granatem zaczepnym domagać się w imieniu bezdomnych przeprosin. Red.Wąs pisze, że podczas debaty kandydatów na prezydenta Sopotu, Jacek Karnowski zarzucił Fułkowi i jego Komitetowi Wyborczemu "Kocham Sopot", że ten ma w swych szeregach kandydatkę na radną, która postawiła sobie za cel dążenie "...do usunięcia z centrum miasta osób z marginesu społecznego, alkoholików i osób bezdomnych, dążenie do przeniesienia poza ścisłe centrum miasta np. stołówek i jadłodajni dla osób bezdomnych...".
          Wojtek Fułek odpowiedział, że "..."Nie jest wizytówką miasta jadłodajnia na ul. Podjazd i trzeba zrobić wszystko, żeby stamtąd zniknęła...".
         Z powyższej odpowiedzi red.Wąs wysnuwa wniosek, że Fułek pogardza bezdomnymi ludźmi. Dość karkołomny to wniosek, ale red.Wąs brnie dalej i sam sobie podkładając nogę, zadaje pytanie - "...Chce pan "zrobić wszystko, żeby zniknęli"? ..."
         Dla nikogo, kto czyta mój blog, nie jest tajemnicą, że Wojtka Fułka uważam za niezwykle przyzwoitego człowieka i raduję się z tego, że cieszyć się mogę jego przyjaźnią. Choć nie jestem rzeczywistym mieszkańcem Sopotu, to mentalnym jestem z pewnością, bo uwielbiam to miasto. Dlatego też, gdy red.Wąs chce wraz z Jackiem Karnowskim rozstrzelać Wojtka za niezręczne sformułowanie z ulotki wyborczej jednej z kandydatek, to ja się na taką egzekucję nie godzę. Ulica Podjazd to mała, urokliwa, wąska i kręta uliczka w samym centrum Sopotu. Łączy główną arterię Trójmiasta z popularnym Monciakiem. Mało kto będąc w Sopocie nie przeszedł się po niej, lub nie przejechał.
ulpodjazd-w-sopocie
fot.delfin_pl

         Bezdomni, biedni i głodni żyją wśród nas w każdym mieście w Polsce i dla każdego miasta są bolesnym problemem. Dla kurortu Sopot również. Jeżeli więc red. Wąs pyta Fułka, czy ten chce by bezdomni zniknęli, to ja za Wojtka odpowiadam - Tak, niech znikną. Niech nie będzie biedy, głodu i bezdomnych. Jak śpiewał Tadeusz Woźniak, "... niech nam będzie jak najlepiej, by łaskawie czas uciekał. Bądźmy spokojni i zawsze godni..." Być może red.Wąs, gdy zaprasza do domu gości, to nim zapyta ich jak się czują, najpierw opowiada im o tym, co go boli i gdzie go swędzi, a potem proponuje herbatę, ale to chyba nie jest najlepsza recepta na prowadzenie tzw. otwartego domu. Myślę, że nie ma takiego miasta w naszym kraju, którego władze chciałyby w centrum urządzać miejsca, którymi się nie ma co szczycić. Jak sądzę, po przeczytaniu felietonu w G.W. red.Wąs jest wprost przeciwnego zdania - z tym, co boli nie należy walczyć. Wręcz przeciwnie, zamiast zaradzać należy się chwalić - o, patrzcie u nas nawet bieda jest najlepsza! Może i jest to jakiś sposób na promocję miasta, ale ja wolę te bardziej tradycyjne formy reklamy.
          Pan Wąs, wyraźnie stronniczy dziennikarz, podkręca atmosferę przedwyborczą i nie można mu z tego czynić zarzutu, bo człek z czegoś żyć musi. Szkoda tylko, że strawa którą gotuje w gazecie jest tak bardzo przepieprzona.

08 listopada, 2010

Dinosaurus BOOMus

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:10
         Jakoś tak jest, że gdy człowiek otworzy swoją szkatułkę ze wspomnieniami, to zaraz innym pamięć też wieka szkatuł uchyla. Łańcuch wspomnień, który każdego nowego dnia, dzięki niebiosom, wciąż jeszcze skuwamy o nowe zdarzenia, łączy nas w tak zwanej wspólnocie losu.
          Gdy w ostatnim wpisie przypomniała mi się piosenka Jacka Rutkowskiego, to okazało się, że uruchomiłem też pamięć Darka Dziadkiewicza, który wraz z Januszem Lipińskim założył kiedyś sławną grupę BOOM. Pisałem o zespole BOOM w czerwcu 2009 roku. Dzisiaj rano Darek przysłał mi maila. W swej nieskromności nie ukrywam, że sprawił mi tym przyjemność. List dotyczy historii i osób mi bliskich, więc przytaczam go w całości, wraz z załącznikami: 
Cześć Waldku Zaczytałem się znowu w Twoim blogu.To współczesne Kroniki Prusa :-) Odnalazłem Twój wpis i dopiero teraz, jako "prawilny" emeryt czasem żonglujący swobodnie, poczytałem komentarze. Poza tym uświadomiłem sobie, że posiadam jedno bezcenne zdjęcie. Jest to zdjęcie Leszka Golańskiego ze mną. Występujemy na nim jako kabaret Szpikulec, chyba w warszawskim REMONCIE, gdzieś około 1972 roku. Leszek jest autorem piosenek Boomu pt. "Jak dobrze mi " i "Jak przygoda, to przygoda". Wspominałeś o nim, gdy pisałeś o Boomie. Jak widać image robiliśmy na zasadzie drobnego kontrastu. Ja kompletny luzak, a Leszek ceniący stary, dobry kabaret Dudek, full of elegance. Zresztą co tu gadać, Leszek taki był w obejściu.

kabaret-szpikulec-leszekgolanski-i-darekdziadkiewicz-1972

Później pamiętam, że kiedyś na występie w Stodole (już tej nowej - w salce na górze) z dużym zaciekawieniem obserwował nas z pierwszego rzędu Lucek Radzikowski. Lucek słynął z tego, że nigdy nie puszczał pawia. Ale nie chciałbym Ci demonstrować, na czym to polegało. .... no to już wiesz ... tak, na tym :-) Ciekawe, salkę mieliśmy wypełnioną po brzegi i... applause. Sami się dziwiliśmy, bo w zasadzie dopiero zaczynaliśmy i jeszcze robiliśmy różne eksperymenty  by wyselekcjonować repertuar, a tu Lucek w pierwszym rzędzie z miną nietęgą i do tego ten applause. Do dziś nie wiem skąd ten ówczesny sukces, ale co tam. Ważne, że się podobało. No, Luckowi może mniej. OK. Drugie zdjęcie , to moje pierwsze bliskie spotkanie III-go rodzaju z Giełdą - Bogatynia.

bogatynia-osgpt-pierwszy-kontakt-darka-ze-srodowiskiem

Z wojska wyciągnął mnie Kafarski - guru Giełdy w Szklarskiej Porębie , qrde, nie jestem pewien, czy to był 72 r ??? Chyba tak, chyba też 1972 rok. A potem to już był Boom i zupełny odlot. Teraz to my jesteśmy prehistoryczni. No i popatrz, taka zbitka dinosaurus boomus dookoła ostatniego podobno zachowanego plakatu grupy.

dinosuaurus-boomus-azaliz-oniz-to

Na zdjęciu z lewej Darek Dziadkiewicz, z prawej Janusz Lipiński To ze spotkania na 35-lecie Klubu BOOM , o czym kiedyś Ci pisałem. Spotkanie na 35-lecie Klubu BOOM (nawet J.Wołek na moment zawitał). organizowałem razem z Izą Jastrzębską.

we_did_it_joy_of_success

Po BOOMie Iza związana była z Lonstarem w "Country Family". Ba, w swoim czasie to była country'owa Fisrt Lady w Polszcze! Wciąż z niej jest niezwykle witalna i inteligentna babka. Ma niesamowity talent lingwistyczny - zna kilka języków, w tym płynnie węgierski! Na spotkaniu byli także ludzie, niekoniecznie grający, czy śpiewający, ale tacy, z którymi razem ten Klub i atmosferę zrobiliśmy. W pół roku - teatr, studio piosenki, kabaret, chór, a nieco później Grupa BOOM. Spowodowalismy tym dreszcz niepokoju dość dumnych klubowiczów z wiodacej prym wtedy w stolicy STODOŁY. Oj, dużo by pisać.
Pogodności, póki co Darek BOOM Dziadkiewicz

         I "to by było na tyle" o klubie "Boom", w którym powstał kiedyś zespół BOOM, gdyby nie konieczność wspomnienia przy okazji Dnia Zmarłych przepięknej - Anii Łenckiej.

nagrobek-ani-lenckiej

Jej grób znajduje się w katolickiej części prawosławnego Cmentarza Wolskiego.

grob-ani

Gdybyście kiedyś przypadkiem znaleźli się w pobliżu, to i ode mnie pokłońcie się Aniołowi z zespołu Boom.

03 listopada, 2010

Lato z ptakami odchodzi

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:07
          Przekomarzając się z jesienią, natknąłem się w swej pamięci na fakt, który mi uświadomił, że w tych dniach mija 39 rocznica pierwszej Bazuny. Za rok Bazuna obchodzić będzie okrągły jubileusz! Cóż za wspomnienie... Przecież to od Bazuny zaczęła się moja przygoda z piosenką. Będąc jeszcze uczniem szkoły średniej, z miną "starszaka", zachęcany przez mojego sąsiada, a jednocześnie piosenkarza studenckiego - Grzegorza Marchowskiego, w tłumie, równie jak ja przejętych ludzi, pchałem się ile sił, by wejść do Żaka i zająć choćby najgorsze miejsce na widowni.
Niezorientowanym podaję, że w Klubie Studentów Wybrzeża "Żak" w Gdańsku, który przed II wojną światową był siedzibą Wysokiego Komisarza Ligii Narodów, a przed pierwszą wojną wyglądał tak...

zak-przed-ii-wojna-swiatowa

...w dniach 5-7.11.1971 roku odbył się I Ogólnopolski Turystyczny Przegląd Piosenki Studenckiej "Bazuna". Nazwa wzięła się od kaszubskiej, pasterskiej trąbity podobnej zupełnie do tych, jakich używano w Karpatach. To, że w nazwie Przegląd był Turystyczny osłabiało czujność cenzury, która w utworach o wędrowaniu zagrożenia dla Polski Ludowej nie widziała, o ile to wędrowanie nie kojarzyło się z emigracją. Piosenka zaś była Studencka i dzięki temu w repertuarze wielu wykonawców wyśpiewujących swój szacunek dla przyrody mogły się także znaleźć piosenki pod hasłem - Tak nam tu dobrze, że dobrze nam tak.
To chyba na tamtej, pierwszej Bazunie ujawnił się jajcarski talent Krzysztofa Piaseckiego, który występował w duecie z Krzysiem Szczuckim pod nazwą "Brylantowe Spinki". Śpiewali wówczas prześmieszną piosenkę o autostopie. Sala balowa Wielkiego Komisarza zamieniona na turystyczną polanę nie mieściła gości. Dla "niepomieszczonych" wyrósł zatem las...rusztowań.

publicznosc-na-pierwszej-bazunie

         Tego lasu też było mało, bo przed Żakiem i tak pozostał niezadowolony tłum ludzi, który tam stał bez nadziei na wejście do środka. W nowych czasach budynek Żaka studentom zabrano i dzisiaj w tym miejscu urzęduje Prezydent i Rada Miasta Gdańska.

_nowy_ratusz_dawny_klub_studentow_wybrzeza_zak

          Klub dostał nową siedzibę, ale w mojej pamięci Żak tkwi i tkwił będzie na starym miejscu. Gdy czasem w TV oglądam obrady Rady Miasta, to mam wrażenie, że nie są to żadne obrady, ale kolejna premiera nowego teatru, czy kabaretu. Złośliwcy twierdzą, że się nie mylę.
          Wracając jednak do jesieni i pierwszej Bazuny... Jest jeszcze jeden powód moich dzisiejszych wspomnień. Grabiąc pożółkłe liście pamięci i przeglądając kartki w swoim archiwum natknąłem się na wycięty skądś, stary artykuł o Jacku Rutkowskim.

jacek-rutkowski

         Jacek od dawna należy do czołówki biznesmenów w Polsce. Amica jest tylko jedną z wielu marek, którymi Jacek zarządza i które posiada. Przeciętnemu Polakowi Rutkowski kojarzy się zapewne z klubem Lech Poznań, którego jest właścicielem. Mnie zaś będzie się zawsze kojarzył z Żakiem i Bazuną, z Giełdą Piosenki w Szklarskiej Porębie, z dobrą whisky, a nade wszystko z piosenką. Mało kto wie, że Jacek pisał kiedyś piosenki. To właśnie on jest autorem pięknych słów napisanych do niezwykle popularnej w kręgach "wędrowców" piosenki - "Lato z ptakami odchodzi"

Lato z ptakami odchodzi
Wiatr skręca liście w warkoczach
Dywanem pokrywa szlaki
Szkarłaty wiesza na zboczach
Przyobleka myśli w kolory
W liści złoto, buków purpurę
w ogniu letnie wspomnienia
Idę wymachując kosturem

ref.
Idę w górach cieszyć się życiem
Oddać dłoniom halnego włosy
W szelest liści wsłuchać się pragnę
W odlatujących ptaków głosy

Słony pot czuję w ustach
Dzień spracowany ucieka
Anioł zapala gwiazdy
drogę człowieka
Już niedługo rozpalę ogień
Na rozległej górskiej polanie
Już niedługo szałas zielony
Wśród dostojnych buków powstanie

ref.
Idę w górach cieszyć się życiem
Oddać dłoniom halnego włosy
W szelest liści wsłuchać się pragnę
W odlatujących ptaków głosy

          Jacek napisał tę piosenkę wraz z prześwietnym melodykiem Adamem Cichockim. Adam przed pierwszą Bazuną stworzył w Poznaniu zespół Efemerydy, który widać na poniższym zdjęciu.

gina-komasa-i-adam-cichocki-na-pierwszej-bazunie

          Na tamtej Bazunie Efemerydy były bezkonkurencyjne, a ich piosenka została Rajdową Piosenką Roku. Mogę się założyć, że gdyby dziś ktoś chciał przeprowadzić plebiscyt na najbardziej znaną i najczęściej śpiewaną turystyczną piosenką w Polsce, to na samym szczycie znalazłaby się piosenka "Lato z ptakami odchodzi"". Lato z ptakami, a jesień... Jesień z deszczem...
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY