30 czerwca, 2011

Odmeldował się...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:18
Będąc utalentowanym artystą i erudytą wypełniał sobą nie tylko swój świat. Jako wykonawca "Ostatniej posługi" - piosenki, którą napisał do marsza żałobnego Chopina, czy piosenki o uszach ogromnych i muskularnych, wszedł do elity polskich artystów kabaretowych. Wyróżniał się niezwykłym tembrem głosu. Jako dziennikarz Trójki, reżyser radiowy i współautor "Rodziny Poszepszyńskich" zapisał się wśród legend. Odkrył dla Polski Leonarda Cohena i przetłumaczył większość jego ballad, które sam, z dużym sukcesem także śpiewał. W 1968 organizował strajki studenckie. W 1980 wspierał strajki robotnicze i wymyślił "Zakazane Piosenki". Maciek Zembaty zmarł 27 czerwca 2011 roku.

maciej-zembaty-odmeldowanie-fot-w-chylinski

Poznałem Maćka w 1978 roku na I Ogólnopolskim Przeglądzie Piosenki Autorskiej w Warszawie. Był tam jurorem, a ja laureatem. Kilka miesięcy później zaprosił mnie do udziału w nagraniu programu TV - "Pieśni miłości i nienawiści - Leonarda Cohena". Potem czasami spotykaliśmy się na wspólnych koncertach. W 1981 roku, za Maćka sprawą, wziąłem udział w I Przeglądzie Piosenki Prawdziwej - "Zakazane Piosenki", jaki odbył się w hali Olivii. Do dzisiaj pamiętam niemal każdą chwilę z tamtego wydarzenia, tak było syte w uczucia i mocno przyprawione nadzieją na zmiany. Po 1989 roku Maciek zaczął bywać u nas w domu. Zaprosiłem go nawet kiedyś na jacht i rejs po Zatoce Gdańskiej. Moi przyjaciele, którzy także w tym rejsie brali udział do dzisiaj wspominają wieczór w porcie, w Górkach Zachodnich, kiedy Maciek swoimi piosenkami świecił jaśniej niż księżyc, a humorem skrzył lepiej niż iskry z ogniska, w którym piekliśmy kiełbaski. Kiedy w 2002 roku grałem w Warszawie koncert promujący moją płytę, Maciek bez wahania zgodził się ten koncert firmować i zapowiadać. Choroba trawiła go od dość dawna. Pojawiał się i znikał. Swoimi barwnymi opowieściami nie tylko zaciekawiał i bawił, ale też często trwożył. Wieczory z Maćkiem w moim domu obowiązkowo kończyły się wspólnym graniem.

Maciek-Zembaty-w-Gdyni fot W. Chyliński

Maciek był kolorowym ptakiem, który uwodził słowem, myślą i... śpiewem. I takim chcę go zapamiętać - mądrym i przyjacielskim. Dziękuję Ci Maćku za wszystkie dobre chwile, które mi dodałeś do życia. Do zobaczenia. PS. Dzisiaj (2 lipca 2011r) Ela Wojnowska przysłała mi wiadomość: Pogrzeb Maćka Zembatego: w piątek, 8 lipca, godzina 14:00, Powązki Wojskowe, Dom Pogrzebowy. Informacja pochodzi od Joasi Damięckiej Elżbieta
24 czerwca, 2011

Niemodne uczucie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:20
Wczoraj, znienacka odwiedzili nas przyjaciele. Nim przyjechali, zadzwonili. Tłumaczyłem się trochę, że bajzel w domu, że porządki... - Eee tam, zaraz będziemy - usłyszałem w odpowiedzi i rzeczywiście po godzinie u bramy stanął Janusz Kasprowicz z Asią i niedawny bohater mojego wpisu o nagrodach na Festiwalu Filmowym - Karol Maciejewski. Było mi trochę głupio, bo u nas rzeczywiście panuje teraz wielki, porządkowy bałagan, ale w końcu przyjaciół wita się sercem, a nie czystym, wypranym do cna, sztucznym uśmiechem, więc... dla przyjaciół u nas brama zawsze otwarta. Wpadli, ot tak, bez powodu, dla czystej przyjemności i podtrzymania przyjaźni. Wypili herbatę, zagadnęli o życie i zdrowie, po czym, jak wpadli, tak wypadli, zostawiając po sobie miłe ciepełko międzyludzkiej więzi i sympatii. Niedawno spotkałem się też ze swoimi przyjaciółmi z lat szkolnych.

spotkanie-przyjaciol-z-conradinum-2011

Już starsi panowie z nas, a wciąż widzimy się tamtymi chłopakami, którzy rozrabiali na lekcjach, burząc powagę dostojnego i owianego legendą "Conradinum". Zbyszek Florek przyleciał z Bombaju, obecnie Mumbai, gdzie pracuje na statku stabilizującym platformę wiertniczą, Marian Szych "robi" dzisiaj w gastronomii, Rysiu Galiński instaluje urządzenia przemysłowe, a Leszek Szczechula, z którym łączy mnie pasja do żagli i piosenki, odpoczywa teraz w Gdyni między kolejnymi, żeglarskimi wyprawami. Był na tym spotkaniu jeszcze Heniu Wiśniewski (nie ma go na zdjęciu), poważny biznesmen z Laskowic i Zbyszek Szefka...

chylinski-i-szefka

...zacny prawnik, który często przy okazji takich spotkań cierpliwie tłumaczy nam zawiłości paragrafów. I pomyśleć, że wszyscy byliśmy, a właściwie jesteśmy wykształconymi mechanikami okrętowymi. Spotkanie w Sopocie zakończyło się późną nocą solenną obietnicą ponownego, tak samo serdecznego spotkania się. Nasze przyjaźnie z młodości mają niezwykle żywotną siłę przetrwania, a bezinteresowność ich zawarcia czyni z nich to, co ma wartość i co się liczy, choć jest nieprzeliczalne. Podobnie było, gdy na zaproszenie z Olsztyna, z gitarą w bagażniku pojechałem spotkać się z przyjaciółmi mieszkającymi w grodzie nad Łyną.

olsztyn-1

Mają w tym Olsztynie smykałkę do piosenek literackich, ballad i poezji śpiewanej. W Teatralnym Spichlerzu Marta Andrzejczyk - olsztyńska aktorka i piosenkarka...

marta-andrzejczyk

...cyklicznie organizuje kameralne imprezy z tej, tekstowo-muzycznej dziedziny. Z zaproszenia Marty skorzystałem tym chętniej, że Olsztyn, to moje drugie po Trójmieście magiczne miejsce na ziemi. Wiele dobrego mnie tam spotkało i spotyka nadal, bo występ...

2011-06-13_w-chylinski

... jak donieśli życzliwi, całkiem mi się udał. A jak jeszcze do tego dołożyć fakt, że spotkałem się z Tadziem Prusińskim - przyjacielem, dziennikarzem i autorem wielu monograficznych publikacji i książek, że mogłem gościć i obiadować w domu malarki Elwiry Iwaszczyszyn, z której mężem, Mateuszem wieczorem razem koncertowaliśmy w Spichlerzu...

mateusz-iwaszczyszyn

...a kiedyś razem muzykowaliśmy w zespole "Kaczki z Nowej Paczki". Jak jeszcze wziąć pod uwagę, że na spotkanie ze mną wpadł, i wraz z żoną Asią został na koncercie, główny pomysłodawca i założyciel wspomnianego zespołu...

asia-i-zbyszek-rojkowie

...Zbyszek Rojek, który grając na basie towarzyszył moim muzycznym poczynaniom od 1977 roku, to nie ma się co dziwić, że spotkaniami tymi byłem zachwycony dokumentnie, bezwarunkowo i nieodwołalnie. Dla takich zachwytów warto się spotykać. Być może winny jest mój wiek, ale mam wrażenie, że przyjaźń jest uczuciem coraz bardziej niemodnym. Może dlatego serce bije mi mocniej, gdy spotykam ludzi z tamtych czasów, kiedy przyjaźń była często jedyną, kolorową wartością wśród bezwartościowych zaklęć szarej rzeczywistości.
18 czerwca, 2011

Przydasie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:30
          Z wiosną zarządziliśmy w domu generalne porządki. Dom duży, to i porządki duże. Duże, żmudne i uciążliwe. Przenosimy więc z miejsca na miejsce meble, kartony i dziesiątki niepotrzebnych rzeczy, w które przez lata obrośliśmy. Przesuwamy z pokoju do pokoju książki, szpargały i inne "przydasie", których znaczenia i wartości już dawno nie pamiętamy, ale przez lata się o nie potykaliśmy. Przy okazji tych porządków odkrywamy rzeczy, sprawy i tematy, które może nie są już dziś istotne, ale wzruszają, bo dzięki nim jesteśmy... jacy jesteśmy.
Nie do opisania są te wszystkie uczucia, które pojawiają się, gdy z jakiegoś zakamarka, czy ze sterty niby nieważnych bibelotów wyciągamy jakiś list, jakąś skrzyneczkę z pierdołami, jakąś muszelkę znalezioną przez Radka w Nanibii, czy stare zdjęcie, o którym dawno zapomnieliśmy. Wyciągamy, a to wyciągnięte zaczyna do nas gadać i opowiada nam dawno zapomnianą historię. Tak się stało, gdy ze stosu papierzysk wypadł mi niezdarnie złożony, stary plakat. Z ciekawości rozłożyłem go na podłodze:

plakat

          Nie wiem kiedy ten plakat został wydrukowany i Asia też tego nie pamięta. W grę wchodzą lata 1975-78. Pewne jest to, że tytuł "17,15" wyprzedził sławną porę rozpoczynania kiedyś Teleexpressu, który powstał w TVP dopiero w 1986 roku. Rzut oka wystarczył, bym przypomniał sobie o Marcinie Jacobsonie, sławnym menago wielu gwiazd estrady i o Piotrze Kuklińskim, dzisiaj zacnym lekarzu, a wtedy i dzisiaj bracie sławnej aktorki Ewy Kuklińskiej. Miło było zobaczyć na plakacie nazwisko Franciszka Walickiego, który prócz tego, że jest ojcem rocka w Polsce, jest także pomysłodawcą i założycielem pierwszej w Polsce dyskoteki. Mieściła się ona w sopockim Grand Hotelu i działała od 1973 roku jako "Muzykorama". I pewne jest też to, że opisana na plakacie impreza miała miejsce zanim się z Asią ożeniłem. Asia będąc panną nosiła nazwisko Bańburska i z wielkim upodobaniem prowadziła dyskoteki, zarabiając w ten sposób na swoje życie i studia. Śmieszne w tej całej historii jest dla mnie to, że choć wywodziłem się z tego samego, żakowskiego środowiska, zupełnie nie wiedziałem, że moja przyszła żona z pasji i z zawodu, bo po wygraniu ogólnopolskiego konkursu w Warszawie uzyskała też ministerialne weryfikacje, jest DJem. Dla mnie Dijeje, to zawsze byli faceci, a  tu baba. I to jaka!!!

asia-dj

          Tego wszystkiego dowiedziałem się właściwie po ślubie, a przypomniałem sobie z wielkim sentymentem teraz, gdy w stosie zdjęć i papierów znalazłem to, co powyżej pokazałem. Oczywiście odłożyłem znalezione "skarby" do kartonu z napisem - Przydasie, bo przyda się, gdy za kilka lat znowu zaczniemy robić wielkie porządki.
11 czerwca, 2011

Lwy w bursztynie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:37
          Dzisiaj w Gdyni zostanie ogłoszony werdykt kolejnego, 36. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, a laureatom zostaną wręczone m.in. takie oto nagrody:

bursztynowe-lwy fot. Ewa Rachoń
fot. Ewa Rachoń

          W 1973 roku miałem dwadzieścia lat i szukałem swojego miejsca w życiu. Śpiewając, a przede wszystkim pisząc wiersze i teksty piosenek trafiłem do środowiska studenckiego w Żaku, które w tamtym czasie, jako dodatek do Dziennika Bałtyckiego, zaczęło wydawać Dziennik Akademicki. Dziennik Akademicki wychodzi do dzisiaj, choć wtedy nic nie wskazywało, że ten pomysł przetrwa tyle lat.
          W 1974 roku w Gdańsku po raz pierwszy zorganizowano Festiwal Polskich Filmów Fabularnych. Oli Zielińskiej, która była szefową Dziennika, i nam, młodym dziennikarzom powierzono zadanie prasowej obsługi tego Festiwalu. Przy takich okazjach w Żaku zawsze sprawdzał się pomysł wydawania biuletynu. Taki biuletyn wydawaliśmy w trakcie sławnych wówczas "Spotkań Jesiennych". Nic nie stało na przeszkodzie, by na festiwalu filmowym także spróbować coś takiego zrobić. Zaopatrzeni w czarne znaczki, na których widniało gęsie złote pióro i napis: PRASA, zaczęliśmy pisać do biuletynu, który był zbiorem wszelkich festiwalowych informacji, plotek i pierwszych recenzji. Długie lata jeden z numerów tego okazjonalnego wydawnictwa pałętał się w moich szpargałach, ale dzisiaj, gdy spróbowałem go odnaleźć, jak kamień w wodę przepadł. Po znaczku też śladu nie ma.
          Główne pokazy filmowe odbywały się w gdańskich kinach Leningrad i Znicz, ale prawdziwe festiwalowe życie toczyło się w Sopocie. Publiczność pchała się do kina Bałtyk i Polonia, które wyświetlały konkursowe filmy, a artyści siedzieli we wszystkich okolicznych hotelach i knajpkach. Nasze prasowe biuro, o ile dobrze pamiętam, mieściło się w samym centrum tego zawirowania, w sopockim Empiku i to tam mogłem z bliska oglądać sławnych i... sławnych, bo bogatych wtedy jeszcze nie było. Wygrał "Potop" Hoffmana, ale na mnie największe wrażenie zrobił film "Jej portret" Mieczysława Waśkowskiego, z Małgorzatą Pritulak, która zdobyła główną nagrodę w kategorii filmów telewizyjnych za najlepszą rolę kobiecą.

malgorzata-pritulak-i-zdzislaw-maklakiewicz
fot. Muzeum Kinematografii w Łodzi

          O dziwo, jury zupełnie nie doceniło filmu "Nie ma mocnych", który zdobył jedną z nagród publiczności. Ważniejszymi nagrodami obdarowano za to wiele filmów, o których dzisiaj nikt już nie pamięta. Ja natomiast pamiętam, że mając do dyspozycji służbową taksówkę, któregoś dnia podwoziłem z Sopotu do Gdańska Jana Nowickiego na pokaz filmu "Sanatorium pod Klepsydrą". Nowicki, jeden z najprzystojniejszych i najlepszych aktorów w Polsce, grał u Hasa główną rolę. To podwożenie uleciałoby mi z pamięci, gdyby nie pewien epizod...
          Za przystojnym Janem Nowickim kobiety szalały zawsze, co było rzeczą dla wszystkich zrozumiałą i oczywistą. Jak bardzo Jan Nowicki potrafił zalety swojej urody i sławy wykorzystywać w praktyce, zobaczyłem w trakcie tamtej podróży. Przejeżdżając przez Wrzeszcz zatrzymaliśmy się na czerwonych światłach skrzyżowania ulic: Grunwaldzkiej, Miszewskiego i Hibnera (dzisiaj  Do Studzienki). Obok nas zatrzymał się samochód prowadzony przez młodą, piękną kobietę. Kilkunastu sekund potrzebował aktor Nowicki, by wysiąść z taksówki, pogadać z kobietą za kierownicą, wrócić do nas nim zapaliło się zielone światło i zatrzaskując drzwi samochodu z radością w głosie oznajmić - Dzisiaj o ósmej. Jakże ja mu wtedy zazdrościłem.
          Kilka dni temu, za sprawą przyjaciółki z tamtych lat, Ewy Rachoń - szefowej gdańskich, międzynarodowych targów Amberif dostałem kilka zdjęć z pracowni, którą dobrze znam. O tym, że Karol Maciejewski, znakomity plastyk i nasz przyjaciel także z tamtych lat, będzie robił z drewna wenge, srebra i bursztynu statuetki na tegoroczny festiwal, wiedziałem już od jakiegoś czasu, ale to dzięki Ewie, jako jeden z pierwszych mogłem zobaczyć owe statuetki i Karola przy pracy.

karol-i-nagrody-fot-ewa-rachon

          I tak oto, bez mojej intencji, woli i wiedzy, za sprawą przyjaciół znowu ożyły wspomnienia. Przychodzi mi do głowy myśl nienowa, że chodzimy wciąż po własnych śladach. Choć nam lat przybywa, nasze stare ścieżki wciąż biegną obok nas, czasami się przed nami krzyżując. Wspominając idziemy dalej i tylko patrzeć, jak za chwilę znowu wpadniemy na samych siebie. I oby się ten film kręcił jak najdłużej.
PS. W poniedziałek będę gościł u olsztyńskich przyjaciół. Wraz z nimi: aktorką Martą Andrzejczyk, pisarką Hanią Brakoniecką i muzykiem Mateuszem Iwaszczyszynem o godzinie 19.00 wystąpię w "Spichlerzu" na Starym Mieście w Olsztynie. Serdecznie zapraszam.
04 czerwca, 2011

A my damy banię...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:38
          Siedzieliśmy za kulisami sceny w hali Wisły w Krakowie. Była wiosna roku 1979. Wojtek Kulpiński zwany Pasikoniem, Kuba Wencel, Jacek Zwoźniak i ja byliśmy już po swoich występach, więc raczyliśmy się ciepłą wódką, popijając ją jakimś wynalazkiem typu Polo-Cocta. W pewnej chwili podszedł do nas Jacek Kaczmarski i zapytał, czy nie pomoglibyśmy mu w piosence?
- A czemu nie - odpowiedział za wszystkich Zwoźniak i ruszyliśmy niepewnym krokiem na scenę. Po drodze nauczyliśmy się tekstu, którym mieliśmy wspomóc Jacka w refrenie.
          Zapomniałbym zupełnie o tej historii, gdyby nie zdjęcie, które niedawno przysłał mi Wojtek Kulpiński. Wojtek z Kubą Wenclem i Markiem Ferdkiem, zwanym Solowym, po odejściu Zwoźniaka z zespołu Baba, stworzył grupę B-Complex, znaną z brawurowego wykonania na festiwalu w Opolu piosenki - "Maleńka moja". Zdjęcie, które przedstawiam poniżej, ukazuje moment, gdyśmy, chwiejąc się z lekka na scenie, wspomagali dzielnie kolegę, będąc jednocześnie żywą ilustracja tekstu:

krakow-1979r-od-lewej-wojtek-kulpinski-kuba-wencel-waldek-chylinski-i-jacek-zwozniak-czyli-chorek-jacka-kaczmarskiego

"...A my damy banię / A my damy w szyję / Człowiek z pawiem na kolanie / Dowie się, że żyje..."
          Nadziwić się nie mogę, jak tajemnicza jest ludzka pamięć. Zdawało mi się, że z tamtego epizodu nic nie zostało, ale gdy zobaczyłem zdjęcie natychmiast, w jednej chwili przypomniałem sobie tekst, który wtedy śpiewaliśmy. Poza tym refrenem i strzępem tamtej sytuacji nie zapamiętałem niczego i nie wiedziałem, co myśmy właściwie śpiewali? Sprawdziłem teraz i jak się okazało był to "Hymn Wieczoru Kawalerskiego".
Warto posłuchać tej piosenki, jest ona jedną z nielicznych, bardzo osobistych piosenek Kaczmarskiego z okresu studenckiego.


NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY