23 grudnia, 2011

Choinka, ale to leci...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:21

          Pięćdziesiąt siedem lat temu do domu przy głównej ulicy w Gdańsku Wrzeszczu pewien dwudziestosześcioletni facet przyniósł choinkę. Osadził ją w stojaku, ubrał w bombki, cukierki i świeczki, a potem posadził przy niej swego, niewiele ponad rocznego syna, złożył mu życzenia i pstryknął fotkę.

moja-pierwsza-choinka-1

          Facet, który zrobił zdjęcie to mój tata, a ten brzdąc przy świątecznym drzewku zdziwiony światem, obyczajem i tym całym zamieszaniem, to ja. Pewnie dostałem prezenty, może nawet jakieś deficytowe cytrusy i z pewnością po wieczerzy szczęśliwy poszedłem spać z nowym pięknym doświadczeniem - na świecie są Święta i dzięki temu ludzie są czasami szczęśliwi. Od tamtej pory raz do roku "...wszyscy wszystkim ślą życzenia...", więc i ja, po raz pięćdziesiąty ósmy:
Wszystkim odwiedzającym mój blog, moje piosenki i moją stronę życzę wszelkiej pomyślności i wspaniałości w Święta Bożego Narodzenia.

16 grudnia, 2011

Strach

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:07

          Na niezwykły ruch w mieście naszą uwagę zwrócił taksówkarz, z którym jechaliśmy przez Plac Grunwaldzki.
- Coś się dzisiaj w nocy będzie działo, bo esbecja gania od południa, jak wściekła - powiedział i by słowa znalazły swoje potwierdzenie wskazał na samochód, który właśnie nas wyprzedzał. W środku Fiata125p siedziało pięciu, nijakich facetów w średnim wieku.
- Ot, pięciu kumpli wraca z pracy - pomyślałem i tyle. Bardziej niż poruszenie w mieście poruszała mnie uroda miasta odbijającego się w Odrze i na niej się skupiałem. Nie miałem pojęcia, jak wygląda rasowy tajniak, to i gapienie się na wszystkich nie miało sensu.
          Działo się to trzydzieści lat temu, 12 grudnia wieczorem, we Wrocławiu. Wraz z Andrzejem Swacyną i Jackiem Zwoźniakiem jechaliśmy do jednego z wrocławskich klubów studenckich, gdzie mieliśmy zagrać, ostatni tego dnia, koncert. Cieszyliśmy się, bo granie w studenckich klubach było dla nas najsmaczniejszym kawałkiem chleba, którym się w tamtym czasie posilaliśmy. Koncert udał się nadzwyczajnie, a Jacek znowu wzbudził aplauz śpiewając "Piosenkę na wszelki wypadek", która mnie osobiście, ze względu na zbyt dosłowną treść, nie specjalnie zachwycała, ale publiczności podobała się bardzo i wszędzie wzbudzała entuzjazm. Leciała tak: Kiedy przyjdą podpalić dom/ Jeśli zechcą ci go zapaskudzić/ To nie czekaj, aż zbudzi cię dzwon/ Bo się z ręką w nocniku obudzisz/ Czas odnowy, dla brudu pogardy/ Gdy dom sprząta się, myje i bieli/ Wciąż próbują nam naszczać do farby/ Jak takiego w łeb pałą nie zdzielić/ Będą słali ulotki, instrukcje/ Opowiadać rzeczy i takie/ Że widzieli tu kontrrewolucję/ Pełzającą pospołu z kułakiem/ Trza nam wytrwać w działaniu i trosce/ I uważać, bo sprawa to drańska/ Lecz za dłonią wyciągniętą ku Polsce/ W mordę lać, choćby była słowiańska/ Są w ojczyźnie rachunki krzywd/ Nadszedł czas, że pospłacać je trzeba/ Bo już w twarz nam nie będzie pluł nikt/ Choć publicznie by potem ubolewał/ I nie trzeba obstawiać się wojskiem/ Bo bez sensu dziś taka obrona/ Lecz w tę dupę wypiętą na Polskę/ Kopa dać, choćby była czerwona...
          Takie to wtedy były społeczne nastroje. Radykalne, że aż strach. Poranek potwierdził słowa kierowcy. Nawyrabiało się przez noc niemożliwie. Po ulicach łaziło wojsko i milicja, a między nimi przemykali wystraszeni wrocławianie. W powietrzu czuć było powszechne niedowierzanie i zdziwienie. Nim dotarliśmy z Andrzejem do domu Jacka i nim do nas dotarło to, co się stało, upłynęło sporo czasu. Piliśmy herbatę za herbatą i zastanawialiśmy się, co będzie dalej? Żadna logiczna przyszłość w naszych głowach się nie pojawiała. Jasne było tylko to, że jest stan wojenny i nasze kolejne koncerty zostały odwołane, a my zostaliśmy bez środków do życia.
         Bez przeszkód, choć w niemiłosiernym tłoku, pociągiem wróciłem do Trójmiasta. Po drodze, co mnie także zdziwiło, mimo, że taszczyłem ze sobą futerał z gitarą w środku, nie byłem ani razu kontrolowany. Nikomu z licznie mijanych patroli nie przyszło do głowy, że mogę w nim coś niebezpiecznego przemycać. Może nie wyglądałem na działacza Solidarności, tak jak tajniacy nie wyglądali na tajniaków, a stan wojenny na wojnę, choć stroił miny, że aż strach. W domu paniki także nie było. Asia uznała, że ta wojna polsko-jaruzelska, jak ją wkrótce nazwano, to kolejna kłoda, jaką nam życie rzuca pod nogi i należy ją po prostu jakość przeskoczyć.
          Wypocząwszy po podróży postanowiłem udać się z wizytą do Janusza Kasprowicza - ówczesnego, zawsze świetnie poinformowanego sekretarza redakcji pisma gdańskiej Solidarności - "Samorządność". O dziwo nie internowali go i był w domu.
         Janusz powiedział mi tyle, ile już wiedziałem - jest stan wojenny i cholera wie, jak to się je. Nie mogąc mi powiedzieć nic więcej podarował ostatni, trzeci numer swojego pisma, który nigdy nie ujrzał czytelnika. Cały nakład, 250 tysięcy egzemplarzy, został skonfiskowany i zniszczony. Mam, ten rarytas do dzisiaj i gdy zastanawiałem się teraz, co ja robiłem trzydzieści lat temu, przypomniało mi się, że gdzieś w szpargałach wciąż tkwi tamten uratowany egzemplarz gazety. Odnalazłem go.

samorzadnosc-gazeta-004

A gdy odnalazłem i zacząłem przeglądać, to cofnąłem się o trzydzieści lat. Znowu byłem we Wrocławiu, jechałem taksówką, zbudziłem się zdziwiony, wracałem do domu zatłoczonym pociągiem i odwiedzałem Janusza, a potem z zakazaną gazetą przemykałem przez Gdańsk. Nie pamiętam, czy wtedy, przy niedozwolonej lekturze zwróciłem jakąś szczególną uwagę na jeden z wywiadów. Chyba nie. Teraz wywiad ten rzucił mi się w oczy od razu.

samorzadnosc-gazeta-macierewicz

         Przeczytałem i doznałem deja vu, tyle, że odwrotnego. Otóż Macierewicz już wtedy był anty, przeciw, na przekór i na złość... nie tylko Kuroniowi. Trzydzieści lat minęło, jak jeden dzień. I ja i Janusz mamy się dobrze. Janusz porzuciwszy dziennikarstwo tylko czasami narzeka na tych, którzy po odzyskaniu wolności i przejęciu władzy zmienili się, że aż strach. Ja staram się nie narzekać.

11 grudnia, 2011

Bogactwo Solowego

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:16

          Jakoś tak się na ogół dzieje, że gdy się otworzy jedno zagadnienie, to otwierają się zaraz inne, z którymi człowiek wcześniej nie miał do czynienia. Gdy te nowe sprawy tworzą problem, to bieda, ale gdy cieszą, to mamy bogactwo. Właśnie z takim bogactwem mam ostatnio, za sprawą pewnej przesyłki, do czynienia. Kilka wpisów przed tym wpisem, przy okazji Dnia Zmarłych wspominałem nieżyjących przyjaciół. Pisałem m.in. o Marku Ferdku, którego wszyscy zwali Solowym.

marek-ferdek-solowy

Poznałem Marka wraz z Jackiem Zwoźniakiem i Kubą Wenclem, o czym pisałem już wcześniej wielokrotnie pisałem.
Na zdjęciu poniżej stoimy przed krakowską Rotundą w roku 1977. Marek w jasnym swetrze, ja u góry z rozwartymi rękoma, zasłaniam Kubę Wencla. Po prawej stronie, obok Marka stoi Jacek Zwoźniak.

zespl-baba-i-waldek-chylinski

          Będzie już prawie dwa lata, jak Marek zmarł, a kilka dni temu listonosz wręczył mi paczkę od Małgosi Ferdek, żony Marka, w której znalazłem płytę. Kilku przyjaciół wraz z rodziną Marka postanowiło zebrać w całość i zachować dla pamięci i potomnych, choć część tego, co nie zostało nigdy wydane, a co składa się na całkiem spory Solowego dorobek. I tak dzięki Wojtkowi Kulpińskiemu, który kiedyś wraz z Markiem i Kubą stworzył zespół B-Comlex, dzięki Wackowi Juszczyszynowi z Wolnej Grupy Bukowina i dzięki jeszcze kilku ludziom, w tym, kończącym się roku ukazała się przepiękna płyta składająca się z piosenek Marka, samych perełek.

plyta-marka-ferdka

          Słucham tej płyty od kilku dobrych dni i za każdym razem odkrywam coś nowego, coś frapującego, coś, czego wcześniej nie zauważyłem, nie usłyszałem, nie zrozumiałem. Wielość stylów pomieszczonych na płycie i wielość pomysłów aranżacyjnych, przy zachowaniu jedności, sprawia, że wielokrotnie słuchana muzyka wciąż na nowo zaskakuje i uwodzi. Prócz piosenki z numerem jeden, którą stworzył Wojtek Kulpiński wraz Wackiem Juszczyszynem, cała reszta jest kompozycyjnie wymyślona przez Marka. Słuchając kolejnych piosenek na płycie "Marek Ferdek Solowy - Za Oknem" w mej pamięci postać Marka znowu ożywa. Mam wrażenie, że Marek siedzi obok mnie z założoną nogą na nogę i bawi się gitarą, bo przecież nie był to trud, lecz wieczna zabawa muzyczna, która sprawiała Solowemu frajdę ponad wszystko. I te wieczne Marka poszukiwania dźwięków i brzmień, nowych rozwiązań i motywów...
          Brzmi ta płyta niezwykle. Jak wspomniałem, brzmienie to wielka zasługa Wacka Juszczyszyna, ale też tekściarza i muzyka Wojtka Kulpińskiego, którego zwą Pasikoniem. Pasikoń ostatnimi laty, mimo, że mieszka we Francji, grywał z Markiem najczęściej.

solowy-i-wojtek-kulpinski

          Słuchając "Za Oknem" usłyszymy chórki rewelersów i swing z dawnych lat, usłyszymy jazz i motywy klasyczne, i znajdziemy to, czego ja najbardziej szukałem - motywy beatlesowskie. Pasikoń pisze, że na płycie Marka są jego "Półnuty, całe nuty, felietony muzyki. Ćwiartki, ósemki i kufle nut pieniących się po pięciolinii życia. Harmonijnie "liverpoolskie" lub, z przymrożeniem oka, zaskakująco..."wasowskie". Prócz tego są też piosenki dla dzieci, które Marek z dużą fantazją i ogromnym zaangażowaniem nagrywał dla wrocławskich teatrów. Bardzo, bardzo się cieszę, że Małgosia na Święta sprawiła mi taki cudny prezent i tą drogą pięknie Ci Małgosiu dziękuję. Nie mam pojęcia, gdzie można tę płytę dostać, ale z pewnością jakiś sposób jest, więc polecam gorąco. A dzisiaj na rozsmakowanie proszę posłuchać piosenki z numerem dwa, która pierwsza wpadła mi w ucho - Szkoda mi Zapraszam.

04 grudnia, 2011

Ala Kubica

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:05

Wybrałem się wczoraj wieczorem do sopockiego Pick&Roll Club na koncert Ali Kubicy.

ala-kubica

          Ala, gdy ją poznałem w latach siedemdziesiątych nosiła rodowe nazwisko Puchalska i popierana przez Marka Prusakowskiego z kabaretu Jelita śpiewała w Żaku przeróżne piosenki, które można było nazwać studenckimi, kabaretowymi, albo literackimi. Potem wyniosłem się z Wybrzeża na kilka lat i Ala gdzieś mi się zawieruszyła. Czasami tylko ktoś wspominał, że wsiąkła w jazz. Później mówili, że poszła w rodzinę, męża, pieluchy i wykłady na Uniwersytecie Gdańskim, a śpiewanie zaniedbała. Tak, czy inaczej nie miałem z Alą przez całe lata kontaktu. Aż tu... Jakiś czas temu spotkałem się z Alą na koncercie 50-lecia Studenckiej Agencji Radiowej i okazało się, że Ala uporawszy się z dobrem rodziny, dzieci i męża, postanowiła wrócić do śpiewania. Nie, nie zawodowo dla pieniędzy, choć przecież te nie drażnią, ani nie po to, by liczyć na splendor, lecz po prostu po to, by śpiewać. Całe dorosłe życie jej tego śpiewania brakowało, więc stosunkowo niedawno postanowiła, że znowu wsiąknie w jazz. A co, nie wolno?  
         Ostatnio obserwuję wiele takich przypadków i wielu znajomych, którzy kiedyś porzucili uprawianie talentu, a teraz, gdy życie mają już definitywnie poukładane, wracają do tego, co kiedyś było najważniejsze. Dziwne? Nie, piękne! Wczorajszy koncert Ali generalnie był hołdem dla Billie Holiday, której twórczość Ala kocha, lubi i szanuje, ale nie tylko, bo utwory innych, wielkich jazzu także się pojawiły. Na scenie towarzyszyła jej śmietanka trójmiejskich muzyków z rewelacyjnym saksofonistą Maćkiem Sikałą i świetnym pianistą Cezarym Paciorkiem.

maciej-sikala

          Na kontrabasie grał Tomasz Nowik, a na perkusji Roman Ślefarski. Żeby słyszeć i widzieć, jak ci muzycy genialnie potrafią towarzyszyć wokalistce, budować nastrój i wywozić wrażliwość słuchaczy w nieznane rejony ich wyobraźni, trzeba było być wczoraj na koncercie. Było nadzwyczajnie. Trzy godziny w Pic&Roll Club, to była czysta, niczym nie zmącona przyjemność, którą okrasił zapowiadający Alę przed występem legendarny Stasiu Danielewicz.

stanislaw-danielewicz

          O Stasiu już kiedyś pisałem, gdy wspominałem, jak walczył z systemem podczas stanu wojennego. Wczoraj Stanisław, prócz tego, że zapowiadał Alę promował także swoją, dopiero co wydaną książkę pt. "Jazzowisko Trójmiasta. Historia jazzu w Gdańsku, Gdyni i Sopocie 1945-2010". Jeszcze nie czytałem, ale ponoć to praca zasadnicza. Podwalina encyklopedyczna, najeżona faktami, historią i zdjęciami, które po części wykonane zostały także przez Alicję, bo ta, prócz odświeżenia talentu wokalnego, odnalazła w sobie też nową pasję - fotografii muzycznej. Czyżby urodził się nam wybrzeżowy Marek Karewicz? Na zdjęciu poniżej Ala na tle swojej wystawy w Pick&Roll Club.

akubica-1

Koncertu Alicji, zapowiadanego przez Stasia wysłuchałem w towarzystwie Piotrka Jagielskiego z Radia Gdańsk i jego prześwietnej i pięknej żony. Dzięki nim mogłem, siedząc wygodnie w fotelu bujać w obłokach i słuchać piosenek śpiewanych przez Alę, bo Piotrkowie wcześniej, przezornie zarezerwowali sobie stolik. Po koncercie zgodziliśmy się, że wieczór z Alą przypadł nam wielce do gustu i warto było ruszyć z się z domu, by posłuchać tych wszystkich pięknych utworów w tak wybornym wykonaniu. Kiedy gratulowałem Alicji udanego występu, powiedziała mi, że ja także mam udział w jej powrocie na scenę. - Gdy przeczytałam - mówiła - w twoich Codziennościach to, co napisałeś o nieśmiertelnej karierze Lucyny Legut, uwierzyłam, że nigdy nie wolno odpuszczać.
          Jeżeli tak, to ja się bardzo cieszę i powtarzam raz jeszcze - warto robić swoje, bo na satysfakcję i sukces zawsze jest dobry czas.
Wczorajszy wieczór był tego dowodem.

NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY