29 lipca, 2012

Magia urlopu wśród cnót kardynalnych

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:25
          Sprawiedliwość wymaga, by dobro zostało nagrodzone, a zło ukarane. Mam dobrą żonę, więc postanowiłem nagrodzić ją kilkoma dniami z dala od trosk i kłopotów, Że przy okazji chciałem nagrodzić siebie... Cóż, małżeństwo, to nie państwo i sprawiedliwości nie zawsze musi stać się zadość.

        Namówić moją żonę na rejs pod żaglami jest tak samo trudno, jak namówić mnie na utrzymywanie porządku w szafie. Niemożliwe, a jednak... Namawianie może się udać, gdy przed Asią rozwinę kolorowe obietnice i miłe gesty, gdy nad stołem zaczną fruwać czułe słowa i komplementy, i gdy przyznam, że wszystko co złe, to moja wina. Wtedy to, co wydawałoby się prawie niewykonalne, może nagle wypalić i się uda - dobro zostanie nagrodzone. Cierpliwość w polityce przy okazji też.

          I u
dało się! Znowu udało mi się namówić Asię na rejs. Udało się znaleźć czas. Udało się wyczarterować jacht. Udało się trafić na cudowną pogodę. Udało się wyjechać, dojechać i wypłynąć. JeziorakUdało się i przez kilka dni mogłem żyć pod urokiem Jezioraka i jego magicznego zakątka - zatoki Widłąg.
Nie zliczę ile razy w swoim życiu pływałem po wodach tej zaczarowanej krainy.
Pierwszy raz zobaczyłem Widłąg będąc paroletnim brzdącem, jeszcze w latach pięćdziesiątych. Od tamtej pory, co roku, zawsze z wielką frajdą i z coraz większym 
sentymentem mijałem cypel u wejścia do zatoki, jak magiczne wrota do raju.
Niestety, od momentu, gdy zostałem mężem i ojcem moje żeglarskie wyprawy musiały ustąpić przed tym, co mi los przynosił w darze. Mimo wszystko starałem się co jakiś czas odwiedzać  szczęśliwe wody mojej młodości. W dawnych czasach na Widłągu cumowało się niekiedy przy tratwach, które drwale zrzucali z bindug do wody. Flisacy spławiali je potem Kanałem Elbląskim aż do tartaku w Miłomłynie.Widłąg  Pamiętam nawet mały, hałaśliwy, holownik, który ciągnął te tratwy, wyglądające z daleka, jak ruchoma, czarna kreska, tnąca obraz na pół, Chodzenie po tratwach było niezłą zabawą, ale też wyzwaniem, bo wymagało wręcz małpiej zręczności. Nogi najpewniej czuły się na porowatej korze. Gorzej było, gdy pień był okorowany i śliski. Z kory, której pełno było na brzegu i w wodzie, strugałem przeróżne łódki, żaglówki, jachty, statki i stateczki. Czasem wodowałem niezwykłe krążowniki, którym lufy strugałem z patyków. Pływały potem te scyzorykiem rżnięte rękodzieła między pniami udającymi keje i nabrzeża wymyślonych portów.
          Teraz, kiedy z małpy we mnie została już tylko złośliwość, znowu odwiedziłem moje święte miejsce. Uważny obserwator łatwo rozpozna na obu zdjęciach ten sam cypel przy wejściu i wyjściu z zatoki. Cypel zawsze był cyplem bez dodatkowej nazwy, choć większość miejsc na Widłągu chętnie nazywaliśmy po swojemu. Cypel na Widłągu I tak, na samym końcu zatoki mieliśmy swój Zimny Kąt, który nijak się miał do Zimnego Kąta koło Siemian. Polanę na brzegu, od cypla po prawej, nazywaliśmy Rajem. Bindugę na wprost wejścia, na której widać mnie z mamą przygotowującą posiłek, nazwaliśmy Słoneczną. Miejsce na wysokim brzegu, między Zimnym Kątem a  źródełkiem, nazywaliśmy Karbidówką. Dlaczego tak - nie wiem. Miejsce to czasem nazywaliśmy też Żmijowiskiem, albo Wężowiskiem, bo łatwo tam było spotkać żmije i zaskrońce. Zdarzyło mi się takie spotkanie i w tym roku. Na ścieżce wzdłuż brzegu, metr od swoich nóg dostrzegłem coś srebrzyście się wijącego. Poczekałem, aż przepełznie i poszedłem dalej. Nim jednak do tego ekscytującego spotkania doszło od dwóch dni syciłem się spokojem i magią Widłąga.



          Asia akceptuje żeglarstwo tylko w dni ciepłe i słoneczne. Myślę, że według niej najpiękniej żegluje się na jachcie, gdy ten stoi zacumowany przy brzegu, a na pokładzie można urządzić plażę. Nie wiem, czy to przez moje wrodzone lenistwo, czy może przez odwieczny brak chęci mojej żony do opanowania podstaw sztuki żeglarskiej, fakt pozostaje faktem, że zrezygnowałem z pierwotnego planu odwiedzenia jeziora Ruda Woda. Zostaliśmy z magią Widłąga.
        Czystą radością, jaka się tylko tam we mnie rodzi, modliłem się do Wielkiej Tajemnicy Bytu, powtarzając sobie wszystkie te najważniejsze słowa, których sens czyni z bycia jakąś wartość. Dopiero tam, na Widłągu, patrząc na wodę i na las, gdy udaje się znaleźć psychiczną równowagę między chcieć a móc, odczuwa się wagę cnót kardynalnych. Tam, wśród szumu trzcin i szelestu liści Męstwo, Roztropność, Umiarkowanie i Sprawiedliwość ukazują człowiekowi właściwe proporcje, skalę i wartość bycia. Może tylko dla uświadomienia sobie tej mapy ludzkiej przyzwoitości warto było zapatrzeć się w widoku, zagubić w sobie i utonąć w uczuciach.

 
























Po kilku dniach wypoczynku, żeglowania i opalania się, okraszanego kąpielami, nadszedł kres wyprawy po spokój i równowagę. Czas było wracać do domu, do rodziny, do wnuczki, do Gdyni, Trójmiasta, Polski i Polaków. Do rzeczywistości.

          Po powrocie z Mazur do domu zabrałem się za nadrabianie pourlopowych zaległości w czytaniu gazet. Jeszcze się wygodnie nie rozsiadłem w fotelu, jak od razu rzuciły mi się w oczy dwa tytuły: "Prześladowcy w togach" I "Bezczelna Prokuratura". Tytuły mówiły same za siebie. Uff!
Piękny czas się skończył. Cnoty kardynalne szlag trafił.
          Być może nie uwierzyłbym w to, co czytałem, ale sam, nie tak znowu dawno, na własne oczy widziałem, jak pewien prokurator wbrew prawu, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew logice i przyzwoitości, tak sobie interpretował prawo, jak mu było wygodnie, gdyż na wskutek sobie tylko znanej przyczyny, znalazł się w niezręcznej sytuacji. Co może zrobić szary obywatel, gdy Jaśnie Pan Prokurator swobodnie dysponuje szarego obywatela szarą prywatnością? Nic, bo kto Jaśnie Panu Prokuratorowi podskoczy? No kto? Nikt! Ten, o którym piszę,czuł się kompletnie bezkarny. Schowany za immunitetem bezczelnie potwierdził, to co przeczytałem w gazecie, że blisko mu do prześladowcy.

          Wierzyć się nie chce,  że ci, którzy kiedyś w "Solidarności" głosili idee demokracji, po dwudziestu latach stworzyli prawo, które dla cwaniaków i politycznych hochsztaplerów nie ma żadnej wartości. Na dodatek stworzyli tym cynikom mechanizm, który złoczyńców chroni przed karą. Nie do wiary, a jednak!

Jeziorak
























Szkoda, że w Polsce tylko Jeziorak i Widłąg mają dla mnie tę magię i pierwotną uczciwość, w której świat wydaje się dobry i sprawiedliwy. To nic, że tak się dzieje tylko w mojej wyobraźni.

21 lipca, 2012

Urodziny Bazuny

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:12
        Wspominałem w poprzednim wpisie, że gościłem na jubileuszowej, czterdziestej Bazunie, która w tym roku swą wędrującą scenę rozstawiła w Przywidzu, niedaleko Gdańska.

Niewtajemniczonym wyjaśniam, że Bazuna to Ogólnopolski Turystyczny Przegląd Piosenki Studenckiej. Taka formuła pozwala na dowolne rozszerzanie pojęcia, które kiedyś zwało się piosenką turystyczną. I bardzo dobrze, bo śpiewanie przez czterdzieści lat o urokach przemieszczania się z punktu A do punktu B znudziłoby się i

impreza mogłaby przepaść, a tak jest, żyje i co roku pięknie kwitnie. No, a poza tym, czy chcemy, czy nie, wciąż wędrujemy, bo jak ktoś kiedyś napisał - wędrówką wieczną życie jest. Skoro tak, to podczas tej wędrówki śpiewać trzeba o wszystkim, co w głowie siedzi. Śpiewa się więc o tym, co cieszy, boli, śmieszy i zdumiewa, a także o tym, co uwiera, kręci, podnieca i przestrasza. Ubrani niezobowiązująco, i tak też się czujący, możemy dzięki Bazunie uczestniczyć w corocznej celebrze melodyjnych dźwięków połączonych (czasami nawet w misterny sposób) ze słowami banalnymi bądź nie, jednak prawie zawsze bardzo smacznymi.
 
        W tym roku, z racji jubileuszu, stare, ale jare, spotkało się z młodym, rześkim i obiecującym. Właśnie takim był spontaniczny i energetyczny zespół Nie Po Drodze, który śpiewał (i to jak!) nawet pogańskie pieśni.

Nie po drodze


Słuchałem Nie Po Drodze z otwartymi szeroko uszami i czułem, że są dla Bazuny ożywczą transfuzją świeżej muzycznej krwi.
        Niestety, z racji przemiłego stanu "dziadostwa", jaki mnie dopadł, musiałem po kilkunastu godzinach i dwóch swoich występach, wrócić do Gdyni, by przywitać się z wnuczką Igą.
Niemniej z przyjemnością wspominam spotkanie z przyjaciółmi, których czasem nie widziałem całe wieki. Wśród wielu, wielu pięknych, czterdziestoletnich bazunowiczów miło było widzieć Mufkę, legendarnego barda tej sceny. 

Mufka Jan Błyszczak

Nie zliczę ileż to razy w życiu śpiewałem "Jezioro", moją ulubioną piosenkę autorstwa Jana Mufki Błyszczaka.

        Z równie wielką przyjemnością słuchałem bardzo rzadko występującego w roli śpiewającego kompozytora - Marka Prusakowskiego.

Marek Prusakowski

Ze wzruszeniem spotkałem się z legendarnym zespołem BOOM.

BOOM

        Oczywiście bardzo uważnie wysłuchałem też występu zespołu Zbyszka Szukalskiego - Wolny Przedział. Jestem autorsko związany z tym zespołem, to i nie ma się czemu dziwić, że uwagę miałem wzmożoną. Ładnie zaśpiewali.


Wolny Przedział

        Słyszeć i widzieć Staszka Wawrykiewicza na scenie, to zawsze jest niezwykłe przeżycie. Tak też było i tym razem, gdy Stasiu znowu prosił "...wolniej, wolniej wstrzymaj konia..."

Staszek Wawrykiewicz

        Tuż przed moim drugim koncertem i wyjazdem do domu na Bazunie pojawiła się Ela Adamiak. Kiedyś, dawno, dawno temu napisaliśmy wiele udanych piosenek, które z rozrzewnieniem wspominam do dzisiaj.
          Nie wiem, czy Ela choć jedną z  naszych piosenek zaśpiewała podczas swojego występu na Bazunie, ale wiem, że było mi bardzo miło posiedzieć z Elą i Wackiem Juszczyszynem (Wolna Grupa Bukowina) na trawie i pogawędzić o ważnych i nieważnych sprawach.

Wacek Juszczyszyn i Elżbieta Adamiak
 
        I tak minęła Bazunie i mnie kolejna rocznica. Całe szczęście, że piosenki się nie starzeją, co zobaczyłem, zrozumiałem i odczułem podczas swoich występów w Przywidzu.



        Życzę Bazunie, sobie i wszystkim, którzy czytają te słowa, kolejnej, pięknej i owocnej czterdziestki.

        Jutro ruszam na tygodniowy, wymarzony rejs, po moich ukochanych jeziorach zachodnich Mazur , więc - do zobaczenia, przeczytania i usłyszenia. Ahoj!


20 lipca, 2012

Już!!!

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 07:27

Dzień Dobry

Już jestem. Nie było mnie tu prawie cztery miesiące. Cóż... czasami tak się dzieje, że bez wiedzy i zgody autora jakaś dziedzina jego aktywności zaczyna się psuć i nijak bez radykalnych kroków wybrnąć z kłopotu nie można. Uczyniłem więc kroków kilka i oto w nowej szacie przedstawiam moją starą stronę www.waldemarchylinski.pl zupełnie po nowemu. Mam nadzieję, że się spodoba. Prócz tego, że ma nową grafikę, można teraz czytać moje wpisy słuchając jednocześnie piosenki "Słowa...", którą uruchamia się klikając u góry. W zanadrzu mam jeszcze jedną, graficzną niespodziankę, którą za czas jakiś odkryję. Tymczasem, wracając pamięcią w czas dopiero co miniony, jak tak spojrzeć to...

Pierwszy dzień życia Igi 

...trochę się u mnie działo. O wszystkim, co warte pamięci, postaram się napisać, wszak byłem gościem jubileuszowej "Bazuny", czyli Ogólnopolskiego Turystycznego Przeglądu Piosenki Studenckiej...

Byłem też jurorem kolejnego, trzynastego festiwalu piosenki żeglarskiej "Szanty pod Żurawiem", brałem udział w promocji płyty "Wolnego Przedziału" i w związku z tymi wszystkimi wydarzeniami udzieliłem kilku wywiadów, pokazując się to tu, to tam. Oczywiście zajmowałem się też na bieżąco sprawami mojej rodziny, a wierzcie mi, że jest się czym zajmować. Oj, jest.
Robiłem więc wiele rzeczy
 i anim się obejrzał, jak zostałem dziadkiem. Już? Już!!! 

Iga

Kochani, gdy w dwudziestym dniu miesiąca czerwca, roku pańskiego 2012, o północy, ostatniego dnia wiosny, a pierwszego lata, przyszła na świat przecudnej urody Iga Joanna, córka mojego syna, a moja wnuczka, wszyscy w rodzinie doszczętnie  i nieuleczalnie zwariowaliśmy ze szczęścia, a ja chyba najbardziej. 
Od tamtego dnia każdy czas spędzony z Igą jest piękny, a poranki w jej towarzystwie są wprost bezcenne.

Z Igą o poranku

Proszę mi wierzyć, że nie tylko na tej stronie zaczęło się u mnie dziać nowe. Wiele rzeczy wciąż się zmienia i w najbliższym czasie zmieniać będzie. Staram się, by wartości w tej życiowej zawierusze pozostały niewzruszone. I mam nadzieję, że zmiany te idą na lepsze, bo przecież, jak widać "...rosną nam nowe twarze do słońca..."

NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY