25 sierpnia, 2012

Łelka - Patelka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:19
          Wczoraj wieczorem, zupełnie przypadkowo, natknąłem się w internecie na transmisję koncertu Elżbiety Adamiak. Koncert odbywał się w górach, w ramach Muzycznej Zohyliny, na Głodówce. Ela, z nowym, bardzo młodym zespołem śpiewała pięknie i tak też wyglądała. Koncert Eli Adamiak fot. Kornel O.Dobrze jest, gdy człowiek daje się nieść nurtom, porywom i szkwałom młodości, choćby ta młodość była trochę pożyczona. Dobrze jest, gdy twojemu, może nawet trochę zużytemu czasowi przeszłemu, młodość innych nie pozwala przeminąć. Ważne, że człek, dzięki cudzym problemom i swojej niepamięci, nadal frunie wysoko, przestrzennie i pięknie dla wszystkich, nie dbając o czas.


          Choć Ela podczas wczorajszego koncertu w Tatrach kilka razy wspominała coś o swoich latach, to chyba więcej było w tym kokieterii niż żalu. Mnie się jednak kilka westchnień wyrwało.
         
          Ela Adamiak w moich wspomnieniach zajmuje szczególne miejsce. Wiele pięknych chwil i wzruszeń zawdzięczam tej pierwszej damie piosenki poetyckiej. Nic dziwnego przeto, że koncert Eli, który oglądałem siedząc nad morzem, setki kilometrów od wydarzenia, prócz wzruszeń obudził też wspomnienia. od lewej Dorota Woźniakowska i Ela Adamiak

          Poznałem Elę w 1975 roku w Łodzi na Yapie, na którą zaprosił mnie człowiek o duszy przecudnej urody, acz trudnym charakterze - Wojtek Hempel. To on podszedł do mnie podczas występu Eli, która grając na gitarze śpiewała w duecie z Dorotą Woźniakowską piosenkę "Jesienna zaduma". I dokładnie w tym momencie, który widać na zdjęciu obok, powiedział - Chciałbym żebyś poznał Elę, bo ona tekstów nie ma... 
Potem między mną i Elą nastąpiła wymiana listów, uprzejmości i... tekstów, które specjalnie dla niej pisałem. W nagrodę dostałem od Eli zdjęcie....

Ela Adamiak 1976

... z dedykacją.
.
dedykacja od Eli Adamiak 1976r


          Miłe to było i wzruszające, W niecałe dwa lata później pojawił się Andrzej Poniedzielski i nie ja już byłem kochanym "tekściarzem". Po kolejnych dwóch latach Ela z Andrzejem byli ważnymi gośćmi na moim ślubie z Asią w Gdyni. Ela była moim świadkiem.

Ela Adamiak i Andrzej Poniedzielski na moim ślubie 1979r.

          W niedługi czas potem my byliśmy gośćmi na weselu Eli i Andrzeja, które odbyło się w sławnym łódzkim klubie "Siódemki". My nad morzem, oni w Łodzi i nasze życiowe drogi powoli zaczęły się rozchodzićKoncert Eli Adamiak 1978r.
          Pewnie mógłbym w tym miejscu zakończyć wspomnienia, dodając jeszcze tylko, że spotykaliśmy się później z Elą czasami i zawsze tkliwie przypominaliśmy sobie stare czasy, starych przyjaciół i nasze stare piosenki. Mógłbym tak zakończyć, gdyby nie fakt, że w internecie znalazłem niedawno nagranie, które w moim życiu i wspomnieniach pozostawiło trwały ślad, a Ela Adamiak i Andrzej Poniedzielski też brali w nim udział.
          Chodzi o program TVP z 1978 roku, który powstał z pomysłu Macieja Zembatego (w czerwcu minęła pierwsza rocznica śmierci Maćka) pt."Pieśni miłości i nienawiści - Leonarda Cohena".
          Już kiedyś o tym wydarzeniu w "Codziennościach" pisałem, więc tylko przypomnę, że nagranie tego programu, w którym udział wzięła m.in. bohaterka ostatnich sensacji Olga J., zwana też Korą, było w tamtych czasach dość specyficznym przedsięwzięciem. Nagrywaliśmy bowiem wszystko na żywo, jak leci, co dało niesamowity, surowy i chropowaty efekt, ale też osadziło program w szorstkim klimacie, bardzo dobrze oddającym atmosferę piosenek Cohena. Śpiewałem piosenkę "Siostry miłosierdzia". W chórkach prócz Kory i Teresy Haremzy śpiewała także Ela i dlatego swoich wspomnień jeszcze nie kończę. Co ciekawe to to, że moje wykonanie opisano w archiwum TVP, jako wykonanie Jacka Bednarka. Być może Jacek gdzieś śpiewał, ale nie w tym programie i nie z nami. Z nami Jacek rewelacyjnie grał na kontrabasie, o czym możecie się przekonać klikając poniżej:




           Znalazłem też starą recenzję tego programu, który dzięki cenzurze natychmiast po nagraniu trafił na "półkę". Telewidzowie mogli zobaczyć go dopiero w czasie tzw. karnawału Solidarności, a dokładnie 12 stycznia 1981 roku. Potem znowu program aresztowano i osadzono w telewizyjnym więzieniu, gdzie tkwił aż do czasu Okrągłego Stołu, czyli do 1989 roku.

recenzja 

           Po 1989 roku spektakl "Pieśni miłości i nienawiści" kilka razy powtarzano i nawet nagrałem go sobie na taśmę magnetowidową. Niestety, jakość tego nagrania była całkiem marna.
          Świat z wynalazkami pędzi, jak szalony. czasami trudno mi się w tym wszystkim połapać. Bywa, że nie mogąc czegoś szybko pojąć, wściekam się na siebie, obsmarowuję w myślach, że nie nadążam, że głupi jestem, że stary... Żal mi, że nie mogę czegoś używać i z czegoś korzystać, ku chwale ludzkiej myśli i zdolności, tylko dlatego, że coraz mniej pojmuję.
          Internet jest jednak wynalazkiem, nad którym pieję z zachwytu, mimo że korzystam z niego w dość ograniczonym stopniu. Nie przeszkodziło mi to jednak w tym, by nie wychodząc z domu, spotkać się wczoraj z Elą na jej koncercie w Tatrach i przypomnieć sobie, jak to kiedyś razem z  Romanem Wilhelmim, Korą i innymi po kilku dniach prób weszliśmy do studia i migiem nagraliśmy program, który się nigdy nie zestarzeje. W przenośni i dosłownie. Dzięki temu Ela, Andrzej i ja już zawsze będziemy młodzi. Aż trudno uwierzyć, ale oto dowód - cały program: Leonard Cohen  "Pieśni miłości i nienawiści".


18 sierpnia, 2012

Życie w żółtej łodzi podwodnej

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:56
          Dokładnie 50 lat temu, 18 sierpnia 1962 roku odbył się pierwszy koncert zespołu The Beatles w ostatecznym i znanym całemu światu składzie: John Lennon, Paul McCartney, Georg Harrison i Ringo Starr.
           Pamiętam, kiedy i gdzie pierwszy raz usłyszałem "Satisfaction" - The Rolling Stones, ale kompletnie nie wiem kiedy i w jakich okolicznościach usłyszałem pierwszy raz The Beatles.



Myślę, że była to piosenka 
"Love Me Do", ale równie dobrze mogła być to " Please Please Me", czy "Twist and Shout". Nie pamiętam. Pamiętam za to, że zakochałem się w tej muzyce od pierwszego usłyszenia tak, jak cała reszta świata w moim wieku. A miałem wtedy dwanaście, może trzynaście lat i uczyłem się w czwartej, a może piątej klasie szkoły podstawowej. Choć w tamtym czasie wrażenie na mnie robiła także Kasia Sobczyk z Czerwono-Czarnych i jej piosenka "Mały Książe", choć rozczulał mnie, i rozczula do dzisiaj, Stanisław Guzek - późniejszy Stan Borys - śpiewający z Bleckautami "Annę", choć do mojej wyobraźni z hukiem wdarły się też Czerwone Gitary z dość głupawą piosenką "No bo ty się boisz myszy", to jednak faceci z Liverpoolu zawsze byli ponad wszystko. 
          To nic, że później słyszałem setki pięknych piosenek i wzruszałem się przy dziesiątkach genialnych utworów. To nic, że nawet płakałem przy pierwszym odsłuchiwaniu "Dark Side of the Moon"- Pink Floyd. To nic, bo The Beatles zawsze był najlepszy. Wszystko, co było w dźwiękach Beatlesów wchodziło do mojej głowy lekko, lekko, leciuteńko i w sposób jedyny w swoim rodzaju układało moje myśli i uczucia w przyjazne ciągi wzruszeń, których nigdy się nie wstydziłem. Świat przy ich piosenkach wydawał się dużo lepszy i piękniejszy, niż był w istocie.

          Wśród moich kolegów nie było dzieci marynarzy, a więc płyty z angielską muzyką zdarzały się sporadycznie. Polskie radio dość rzadko puszczało zachodnią muzykę. Powszechną popularność zdobyło sobie wtedy Radio Luxemburg.  Ech, te trzaski, szmery i zanikające fale... Ulubionych piosenek słuchało się też na dźwiękowych pocztówkach, które można było zakupić w tzw. Studiach Nagrań. Te Studia Nagrań Dźwiękowych były prywatną inicjatywą taką, jak drobni sklepikarze handlujący konfekcją, której żaden państwowy zakład nie produkował. Obok płaszcza według francuskiej mody, można było kupić futrzaną czapkę, a nawet całe futro ze srebrnych lisów. Obok pasków do spodni z wymyślnymi klamrami leżały krawaty z gołą babą opartą o palmę. Tam też, i tylko tam, można było nabyć "najprawdziwsze bitelsówy" - buty ze skóry, bez sznurowadeł z ostrym czubem. Marzyłem o nich.
          W Gdańsku najpopularniejszym Studiem Nagrań z dźwiękowymi pocztówkami było to, które mieściło się w okrętowej nadbudówce ustawionej, ku rozpaczy architektów i historyków, na wyspie przy Wielkim Młynie, co to go jeszcze Krzyżacy w 1350 roku budowali.
          Drugie mieściło się niedaleko mojego domu we Wrzeszczu, na parterze biurowego budynku na rogu ulicy Grunwaldzkiej i Jaśkowej Doliny. Prócz tego, że można było sobie taką dźwiękową pocztówkę kupić, to na dodatek można też było na dźwiękach wybranej piosenki nagrać dla kogoś osobistą dedykację. 
Moje koleżanki z klasy nie tylko były ode mnie wyższe i mądrzejsze, ale chyba też doroślejsze, bo nie zwracały na mnie specjalnej uwagi. Przekraczało moją odwagę ciułanie nędznych groszy, jakie dostawałem czasem od rodziców, by na grającej pocztówce z piosenką "Misery" zadedykować, którejś z nich swoje - mizerne w doświadczenia - uczucia.




          Później, choć z uczuciami nadal radziłem sobie kiepsko, a młodzieńcza nieśmiałość jeszcze bardziej mnie zatrzymywała w zalotach, to piosenki Beatlesów pozwalały mi czasami przekraczać bariery, które dzieliły życie gówniarza od życia faceta. Kolejne kawałki Lennona i McCartneya robiły na takim smarkaczu, jak ja, potężne wrażenie.  Do dzisiaj, gdy słucham kawałków z pierwszego longplaya "Please Please Me", z "Help", z "Abbey Road", czy też z ostatniego albumu Beatlesów - "Let it be", w mojej pamięci, jak w filmie ożywają obrazy pierwsze. Widzę, przeżywam, wręcz czuję smaki i zapachy tamtych miejsc i chwil, gdzie pierwszy raz słuchałem na przykład " A Hard Day's Night".
Do dzisiaj, gdy przyjdzie mi do głowy motyw z "If I Feel", 
to nie przymykając oczu, niezależnie od pory roku i tego, gdzie się znajduję, nieodmiennie idę jesienną ulicą Dworcową na gdańskiej Oruni, wracając od babci. Jest chłodny wieczór, palą się szarym światłem smutne i nieliczne latarnie. Idę wśród starych, czynszowych kamienic rozgarniając butami sterty pożółkłych liści leżących na chodniku. Przechodzę koło barakowatej remizy i zapyziałego domu kultury. Mijam resztki parku należącego kiedyś do ojca Arthura Schopenhauera i idę w kierunku przystanku tramwajowego na ulicy Jedności Robotniczej. Wtedy z okna jednego z tych zaniedbanych domów sączy się i płynie ku mnie ulicą muzyka. Słyszę Lennona, jak  śpiewa "...If I give my heart to you / I must be sure / From the very start / That you would love me more than her..."

  

          The Beatles piosenkami, bez armat i ofiar przewrócili świat do góry nogami. Po Beatlesach nic nie było już takie samo. Zmienili muzykę, kulturę, politykę, ludzi, świat... Wszystko. Okazało się po raz kolejny, że muzyka nie zna granic. Nasza siermiężna i szmatława rzeczywistość dzięki muzyce Beatlesów nabrała barw i stała się znośniejsza, budząc jednocześnie nadzieję - jak dzisiaj wiemy - spełnioną.,

 
          Dlatego ucieszyłem się, gdy doszły mnie wieści, że Marcin Jacobson - manager i promotor kultury - urządza w Gdańsku obchody z okazji 50-lecia pierwszego koncertu Beatlesów w składzie, jaki wszyscy znamy. Z tej okazji zwodował dzisiaj na Motławie piękną, żółtą łódź podwodną.



Brawo Marcin!!!
          Wciąż aktualną prawdą jest to, co napisał w 1977 roku, w tomiku "Po drugiej stronie", Aleksander Jurewicz. Ostatni wiersz we wspomnianym zbiorze Olo zatytułował: "Epoka Beatlesów jeszcze trwa".  Trwa, jak najbardziej trwa i pewnie trwać będzie dotąd, dokąd wszyscy będziemy chcieli żyć w żółtej łodzi podwodnej. 

PS. Na dowód tego, co wyżej, zdjęcie zeszytu z 1965 roku. Znalazłem to niedawno, chyba na FB.
 


Do miłego...
12 sierpnia, 2012

Ahoj, Helenko

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:20
          Gdy w ubiegłym roku Michał Juszczakiewicz - aktor i reżyser, który prowadził kiedyś znany program "Od przedszkola do Opola"- zadzwonił do mnie i zaprosił do jury gdańskiej imprezy pt. "Szanty pod Żurawiem" zaskoczony byłem bardzo. Żeglarzem owszem jestem, piosenki śpiewam i piszę, ale z szantą tyle miałem wspólnego, co sobie ją czasem w czasie rejsu, czy zimą przy kominku zanuciłem, wraz z przyjacielem Leszkiem Szczechulą, który pieśni żeglarskie zna prawie wszystkie. Ba, musiałem się potem nawet  tłumaczyć ze swego zasiadania w szantowym jury, co wyglądało tak:"...Tym, którzy się dziwią, jak facet, który do tej pory z szantami nie miał nic wspólnego zasiadł w jury szantowego festiwalu wyjaśniam, że organizator postawił w moim przypadku na inne doświadczenie, niż to związane węzłem ratowniczym z szantami. Podczas prac jury baczyłem na cumy, jakie wiążą piosenkę żeglarską z piosenką ogólną, czyli piosenką jako taką:). Nie bez znaczenia był też mój stopień żeglarski - sternik jachtowy i rodzinne, żeglarskie wychowanie..."
          


          W tym roku Michał również zadzwonił. Zaproszenie do ponownego jurorowania odebrałem z satysfakcją. Widać ubiegłoroczną edycję organizator uznał za udaną i sukces chciałby powtórzyć. Oczywiście zgodziłem się z radością, ciekaw będąc, co usłyszę i zobaczę w tym roku. A do tego ciągnęła mnie jeszcze ta niepowtarzalna atmosfera koncertu, który odbywa się co roku w ramach większej imprezy Baltic Sail, czyli zjazdu żaglowców na Motławie w Gdańsku.



          Ludzie wszystko dzielą, porządkują, układają, nazywają i segregują. Nie inaczej jest w muzyce. W zamierzchłych czasach istniała muzyka dworów i muzyka ludowa. Gdy byłem chłopcem dowiedziałem się, że jest muzyka poważna i rozrywkowa. W muzyce rozrywkowej była piosenka lekka, łatwa i przyjemna, ale istniała tuż obok muzyka z piosenką rockową. Muzyka rockowa w Polsce najpierw nazywała się Muzyką Mocnego Uderzenia, czyli big beatem, bo komunistom dość trudno było przełykać wzorce i nazwy ze zgniłego Zachodu.
          Z czasem dowiedziałem się, że oprócz rocka istnieje piosenka country i jazz, ballada poetycka, czyli poezja śpiewana, piosenka podwórkowa i kabaretowa, której znakomitym przedstawicielem jest Olek Grotowski. Olek odwiedził nas w tym roku nad Motławą.
                  Dzielono więc piosenkę na popularną i zakazaną, na studencką i turystyczną, na dziecięcą (muszę wymyślić przegląd piosenki wiekowej, starczej i stetryczałej) i młodzieżową, a także na piosenkę żeglarską. Z tych wszystkich podziałów, o których obecnie słyszę, nie rozumiem prawie nic. Z podziwem słucham, gdy redaktorzy od muzyki prześcigają się w określaniu tejże muzyki dobrze brzmiącymi nazwami, lecz dla mnie kompletnie niezrozumiałymi. Cóż, nie nadążam. Prościej by było dzielić na ładne i brzydkie, złe i dobre, gdyby gust w ludziach był jednolity, a wzorce zgodne i oczywiste. To jednak, co dla jednego jest dobre i słodkie, drugiego mdli od pierwszych taktów. To, co jeden przeżywa z uniesieniem godnym religii, drugiemu przypomina kakofonię dźwięków wartych wyłączenia prądu i zapomnieniu o tym, że wynaleziono koło. Trzeba się więc pogodzić z tym, że "szufladki" są, bo są. I w gruncie rzeczy może i dobrze, bo są drogowskazem nie tyle dla artystów, co dla słuchaczy i ich bardziej lub mniej wyrobionego smaku.
          Chyba nikomu, kto 6 lipca tego roku na Placu Rybnym w Gdańsku zobaczył Mirka Kowala Kowalewskiego, legendarnego Zejmana i showmana, na pewno nie przyszło do głowy, że na scenie obok wystąpi tego dnia Bajm. Każdy, kto choć przypadkiem zetknął się z szantami ten wie, kto zacz ten Kowal i z pewnością domyślił się, że na estradę wejdą Ci, którzy zostali opisani i zaszufladkowani, jako wykonawcy szanty.
          Z listy wykonawców, jaką otrzymałem na dzień dobry, dowiedziałem się, że w stosunku do roku poprzedniego, zmian wśród solistów i zespołów nastąpiło niewiele. Wnioskuję z tego, że przy dość sporym rynku i zapotrzebowaniu na szantę i pieśń żeglarską nad morzem i Mazurach, stan obecności w "garderobie gwiazd" jest dość ograniczony.
         Podobna refleksja naszła mnie kilkanaście dni wcześniej, gdy byłem na Bazunie.Tam chyba też od lat na scenie pojawiają się te same twarze i do złudzenia podobny repertuar. W żadnym wypadku nie jest to zarzut, bo jak coś jest smaczne, to trzeba to serwować. Czy jednak nie ma nic w tym dziwnego, że kanon piosenki turystycznej, czy żeglarskiej, raz ustalony, nie zmienia się i nie rozwija od lat.  Czy na Bazunie ktoś w ogóle próbuje przeskoczyć Wojtka Bellona, Adama Drąga, Elę Adamiak, bądź Wały Jagielońskie? Czy w piosence żeglarskiej napisał ktoś ostatnio coś, co byłoby inne i lepsze od tego, co stworzył kiedyś Jurek Porębski? Oczywiście po "Gdzie ta keja" powstało setki świetnych piosenek, ale czy któraś z nich na mecie miała lepszy czas, że się tak po olimpijsku wyrażę?

         


          Jurek Porębski w piosence żeglarskiej ma taką pozycję, jaką w piosence turystycznej ma Wolna Grupa Bukowina. To oni kładli kiedyś fundamenty, nim ktoś to zdążył nazwać i skatalogować. Dlatego ucieszyłem się bardzo, gdy ponownie zobaczyłem Jurka i jego żonę Helenkę w Gdańsku. Jurek, tak jak w tamtym roku, przyjechał ze Świnoujścia przewodniczyć Jury "Szanty Pod Żurawiem". Skład jury się nie zmienił. Do naszego grona dołączyła Dusia Staroniewicz, więc po południu mogliśmy zacząć słuchać i oceniać przyjaciół na scenie.

         W tym roku było tak, że każdy śpiewał, co chciał. Warunkiem jednak było zamieszczenie w programie choć jednej nowej, świeżej, chrupiącej i najlepiej jeszcze ciepłej piosenki. I tak też było. Kolejni artyści zapowiadali swoje nowości, a my łapaliśmy za długopisy.



          Podczas koncertu pojawiały się piosenki lepsze i gorsze, słabe i znakomite, ale przy niemal wszystkich widownia zgromadzona nad Motławą bawiła się świetnie. 
Kiedy tuż przed północą przyszło nam wydać werdykt, to mieliśmy z tym trochę kłopotu. Szczególnie mnie było trudno, gdyż w jednym z zespołów śpiewała zaprzyjaźniona ze mną Beata Bartelik. Z nieocenioną pomocą przyszła nam na posiedzeniu jury żona szefa, czyli Helenka Porębska, która nie wtrącając się w werdykt, zachowując pełen powagi dystans i umiar, tak potrafiła zakręcić naszą uwagą, że przyznanie nagród w rezultacie poszło nam szybko i bezboleśnie. Cóż za piękna i mądra kobieta!

 

Gdy już Michał trzymał w ręku werdykt pstryknąłem zdjęcie, na którym jest z muzą artysty Porębskiego - Helenką, bez której wiele rzeczy w piosence żeglarskiej nie miało by sensu - nasz werdykt być może też. 
 
          Dla kronikarskiego porządku dodam, że w tym roku  najlepszym okazał się zespół Flash Creep w znakomicie napisanej i zaśpiewanej piosence "Sally". Nie tylko na mnie zrobili duże wrażenie. Świetnie zagrali także muzycy z zespołu Smugglers posługując się w piosence językiem kaszubskim. Ciekawostką w tym roku, którą wymyślił Jerzy, było przyznanie po raz pierwszy tytułu i godność Barda Motławy. Tytuł ten otrzymał m.in. Andrzej Starzec, bard zasłużony nie tylko w piosence żeglarskiej, ale też harcerskiej, skoro po szufladach od początku grzebię.
          I jeszcze jedno. W ubiegłym roku dostałem od Jurka Porębskiego płytę, na której nagrał swoje żeglarskie piosenki w wersji jazzowej.Znakomita. Słuchałem tego w samochodzie potem dobre parę miesięcy. W tym roku obdarowany zostałem autorską płytą przez Mirka Kowalewskiego i też sobie słucham z przyjemnością.



I to by było na tyle. Ahoj!!!

07 sierpnia, 2012

W co się zmieniamy?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:50
         Oglądając w TVP serial "Rancho" kręciłem głową. Serialowe Wilkowyje z tymi eleganckimi i zadbanymi domami, uporządkowanymi obejściami i z tymi wnętrzami, jak z żurnala, wydawały mi się fałszem, nieprawdziwym obrazem wsi. Polska wieś na wschodzie w mojej pamięci zachowała się zupełnie inaczej. Wyglądała na zaniedbaną, zacofaną i biedną,  choć przytulną i swojską. Kury po niegrabionym podwórku od świtu ganiał kogut, w trzymającym się wiatru chlewiku chrząkały świnie, a koń ciągnął skrzypiący, drabiniasty wóz. Pies ujadał przy budzie, a moja kuzynka Krysia, w piaszczystym kurzu wiejskiej drogi gnała na pastwisko krowy. Za domem rosły malwy, a w warzywniku do kiszenia szykowały się ogórki, coraz niecierpliwiej zerkając na koper. W powietrzu pachniało słońcem, sianem i... I mógłbym za Andrzejem Stasiukiem, który w ostatnim Magazynie Świątecznym G.W. udzielił wywiadu pod tytułem "Bo we mnie jest wieś", powiedzieć: "...Kiedy idę przez wiochę i czuję zapach gnoju, dymu z pieca, piasku, pylistej drogi, schnącego siana, to po prostu cios w serce. I jeszcze woń podsmażonej cebuli, gdy nadchodzi pora obiadu Taka tęsknota się wtedy budzi, że aż trudno mi ją opisać..."   Chyba też stęskniłem się za taką wsią, bo jakoś tak już wiosną wpadł mi do głowy pewien plan...


         
          Dobrej pogody w maju nie było. Polowałem na prognozy i kiedy usłyszałem, że około dwudziestego jest szansa na słońce, ruszyłem. Przyszło mi bowiem do głowy, by po dziesiątkach lat odwiedzić z Mamą wieś, w której się urodziła i wychowała. Mama swój godny wiek już ma i coraz częściej wspomina przeszłość. Pomyślałem, że taka sentymentalna podróż może być dla Mamy przeżyciem, które przetrze zakurzone wspomnienia i nowych wrażeń jeszcze doda. Tak to już jest, że dla większości z nas dzieciństwo jest wspomnieniem ciepłym i czarownym
. Dla Mamy też cała cudność tego świata pochodzi z Olszyca, sielskiej i anielskiej wsi na Mazowszu. Złego nie chce się pamiętać, a dobre, jak nam się wydaje, prowadzi nas do końca życia.
 

          Tadziu Prusiński, olsztyński dziennikarz, pisarz, człek przyjacielski i zacny, przypomniał mi, że już jakiś czas temu wieś pod Siedlcami opisywałem. Kliknąłem i faktycznie...
          "...
Niezwykłe dla mnie było na maminej wsi to, że nie było prądu. Powitalna kolacja oświetlana była lampami, z których mizerne światło sączyło się z pojemnika z naftą. Czas się cofał do rzeczy i zdarzeń, których nie znałem.
          Ranek przywitał mnie jasnym strumieniem ciepła w oknie i zapachem siana. Słyszałem trel ptasi w ogrodzie i porykiwania krów pędzonych na pastwisko. Psy w zagrodach ujadały na przechodzących piaszczystą drogą ludzi, którzy mijając się schylali głowy, lub unosząc w górę czapki, witali dwoma słowy: - Szczęść Boże. Wszyscy w domu, choć dawno wstali, starali się poruszać cicho, by nie zbudzić, jak mówili - Taaaakich wielkich gości.
         Dom kuzynostwa był drewnianą chałupą z bielonymi wewnątrz ścianami. Dwie izby i sionka, to wszystko, co było im potrzebne, by żyć po bożemu. Na podwórzec wychodziło się wprost na lichy płot, na którym suszyły się jakieś garnki i szmaty. Choć drewniana obórka, w której prócz krowy stał koń, chyliła się ku upadkowi, ciągle była użyteczna i po drabinie można było wspiąć się na jej strych, gdzie przechowywano siano. Letnie noce, przespane później na tym sianie, zapadały na długo w pamięci...".


         Przy okazji wymiany wiadomości wyszło na jaw, że Tadeusz też wpadł na pomysł odwiedzenia wsi, tyle że w lipcu: "...Przez kilka dni, gdy żeglowaliście, byłem na Mazowszu. To, o czym piszesz w ostatnich fragmentach "Widłąga" (o wizytach na podsiedleckiej wsi), znam również z autopsji - gościnność, te poranne odgłosy, skrzypienia, ptasie trele, klekot bociana, zapach siana, łąk pod wieczór, mleka z wieczornego udoju, spoconej końskiej skóry, rozgrzane letnie wiejskie gumno, zastodole, sosnowy las...
Teraz tego wszystkiego jakby mniej, ale zapachy i trele niezmiennie te same (choć tych gospodarskich też mniej) - bo krów i koni nie ma, studni też, stogów zboża, piaszczyste drogi wyasfaltowane, zabudowania nowe, solidne, obejścia wygrodzone i w części polbrukowe, kombajny, traktory, auta w garażach, ogrodowe lampy - elegancja Francja. Tak przemija postać świata - żeby powtórzyć za Hanną Malewską...".


Jechałem do Olszyca z dużą ciekawością. Już sam fakt, że jechałem tam autostradą, która jeszcze parę lat temu nikomu w Polsce się nie śniła, powinien mi podpowiedzieć, że mogę nie zobaczyć tego, co mam w pamięci. A mimo to, wiozłem nadzieję odnalezienia utraconego czasu.

         Wschodzące słońce pożegnało nas w Gdyni, a zachodzące przywitało w Olszycu. Godzinka nam zeszła na jeździe do Torunia, a ze dwie, nie licząc postojów dla odpoczynku, na podróży do Płońska. W Warszawie, na Wisłostradzie trochę zmarudziłem, pogubiłem się i musiałem zawracać, ale mimo to przed zmierzchem byliśmy na miejscu. 
Wystarczyło mi jedno spojrzenie na wieś przy wjeździe, by się przekonać, że Wilkowyje to żaden wymysł scenografa i żaden naciągany obrazek reżysera. Kuzynka przywitała nas tak, jak kiedyś witali nas jej rodzice - wylewnie i serdecznie. Zaprosiła do domu, który w niczym nie przypominał tamtej starej, drewnianej chaty, choć tamta stara chata ocalała i stoi nieopodal czekając na... kupca.
Jak się okazuje, gospodarze zachowują te stare budynki, gdyż jest na nie popyt
. Miastowi, którzy szukają odpoczynku i spokoju na wsi, kupują je, rozkładają na części i przewożą na swoje działki, po czym składają, remontując przy okazji. Mówią, że to zdrowe domy z duszą. Zdrowie w drewnie można sprzedać, można kupić, ale żeby duszą handlować? Tak czy inaczej, wcześniej, czy później, te wszystkie drewniane domy, stajenki, chlewiki i komórki nabywcę znajdą. Czegóż to się nie kupi i nie wyremontuje, by tylko spowolnić bieg życia w tych szalonych czasach. I dobrze, bo w tym drewnie, oprócz zdrowia, duszy i szczęścia jest jeszcze zaklęty czas, który gołym okiem widać.
Podczas spacerów z Mamą po wsi niejednego się dowiedziałem, o czym Mama wcześniej nie wspominała. Ciekawe było dowiedzieć się, kto przed wojną był we wsi największym oryginałem, dokąd pędziło się krowy, gdzie stał dom, w którym urodziła się moja babcia, a gdzie ten, w którym na świat przyszła Mama, i jakie jest pokrewieństwo sławnego polityka Dmowskiego z Dmowskimi, którzy mieszkali obok domu Mamy, a byli spokrewnieni z babcią. Ciekawie też brzmiała opowieść o tym, jak powstała wieś i jak się podzieliła na trzy części: na Olszyc Szlachecki, Włościański i Folwark.

 

Słuchałem z zapartym tchem tego, kto kiedy od kogo, co kupił, i co z tego wynikło, kto kogo oszukał i kto kogo uratował. Jakże barwną postacią, wartą dobrego pióra, musiał być sąsiad dziadków, który uważał się za księcia i tak też kazał się tytułować, innych gospodarzy zawsze tytułując - Dziedzicu. Mama chodząc wśród pól wspominała swoich braci, siostry, rodziców i tamte czasy. Mówiła o koleżankach ze szkoły, o sąsiadach, o wojnie, pierwszym niezwykłym doświadczeniu, które budziło strach. Opowiadała o drzewach, które posadził jej brat na skraju drogi, tuż przy ich domu. Z pięciu dorodnych jesionów zostały dwa – i z nimi Mama przy wyjeździe najdłużej się żegnała, jak z rodziną.



Chodząc po wsi przenosiliśmy się w czasie, przywracając wspomnieniom jasność, ostrość i kolor, nie bacząc, że czas rzeczywisty mija. W powrocie do rzeczywistości nie pomógł nam też taki, jak się później dowiedzieliśmy, coraz rzadszy widok na wsi.




Bo i kto będzie krowy gonił przez wieś, kury zaganiał do kurnika i konia zaprzęgał, by obrazek był sielski, gdy łatwiej kupić bilet, wsiąść do samolotu, za chlebem, a po jakimś czasie...



          I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu większość mieszkańców wsi w centralnej i wschodniej Polsce nie była dobrze nastawiona do Unii Europejskiej. A teraz proszę... Ponoć w całej wsi prawdziwych rolników zliczyć można na palcach jednej ręki. Wieś bez rolników? Zmienia się i nikt tego już nie zatrzyma. A czy to dobrze? Stasiuk też nie bardzo wie - i mówi dziennikarce: "...Wieś się kończy. Nie będzie wsi w dotychczasowym znaczeniu. Będą fabryki mięsa, mleka, mąki. I schludne domki jak z austriackich ogródków. I takie miejsca jak nasza wieś, gdzie "miejskich" rekreacyjnych domów jest już tyle samo co wiejskich. Ludzkość uwierzyła, że wszyscy będziemy żyli w miastach. Wykorzeniamy się z życia blisko natury, w całym tego słowa znaczeniu. Chcemy je porzucić, wyemancypować się z symbolicznego ciężaru ziemi. Tak jak chcemy się wyzwolić z ciężaru własnych ciał. Na przykład za pomocą biotechnologii. Zamieniamy się w klony cywilizacji. To jest i straszne, i strasznie ciekawe: w co się zamienimy?...".
Wróciliśmy do domu szczęśliwi i wzruszeni. Szczęśliwi, bo dawne pojęcia o dwóch Polskach odchodzi w niepamięć i teraz przed Wisłą i za Wisłą o teraźniejszość, przeszłość i przyszłość dba się tak samo. Wzruszeni, bo mimo zmian wciąż tkwi tam w ludziach serdeczność. Pięknie było.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY