29 września, 2012

Jesienią świat jest mądrzejszy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:49
         Mówią, że jesień rodzi poetów i grafomanów. Mówią, że jesień, przedpokój zimy, to czas odchodzenia i czas umierania. A ja mówię, że jesień, to najmądrzejsza pora roku. Szaleństwo wiosny mamy już za sobą, radość z lata też za nami, a przed nami "...cichy kąt, ciepły piec..."  i długie wieczory na rozmyślania. Czas na refleksje, posumowania, jakieś wnioski...
          Jeszcze zieleni pełno, choć już zmęczona sobą i słońcem zaczyna się nudzić. Trzyma się gałęzi, ale już siła w niej nie ta i wigoru brak. Za zmianami tęskni. Jeszcze chwila, może dwie i zobaczymy naturę w nowych fatałaszkach. Nim ją wiatr  przed zimą rozbierze będzie się stroić w pastele - żółcie, brązy i złote esy floresy.
Jeszcze dzisiaj w Orłowie zieleń wygląda tak... 

jesień w Orłowie fot. W. Chyliński

...ale jutro już jej nie poznamy. Zieleń, jak kobieta, zmienną jest. Przebierze się kilka razy i zemdlona uroczo opadnie na ziemię, odsłaniając, niby niechcący, powaby jesieni. 

jezioro Ruda Woda fot. W.Chyliński

Tymczasem grzyby już zebrane, radość z marynaty w słoiku czai się w schowku, kominek czeka na drwa i.... 

grzybobranie fot. W. Chyliński

... tylko patrzeć, i cieszyć się ciepłym, domowym spokojem.
          Można się z jesieni ucieszyć. Można się do jesieni przytulić. Można się w jesieni zakochać, choć trzeba się będzie przez jakiś czas obejść bez takich widoków:

ulica w Alcudii fot. W. Chyliński

Za ciepłymi dniami i nocami z pewnością wkrótce zatęsknimy...

Asia i ja i lato 2012 fot. Marek Prusakowski

... i nie raz zimą przyśni mi się ten jeden z najpiękniejszych jachtów, jaki widziałem tego lata.

yacht na morzu śródziemnym fot. w.chylinski

I choć będzie mi się cnić do ciepłych dni na dworze, to jednak rad będę z każdej chwili jesienią, która mi podpowie, jak się na rok następny z życiem ułożyć, by dobrze było, by się spełniło, co się marzy. Tylko jesień ma taki dar, że świat o tej porze roku jest mądrzejszy. Choć jak tak patrzę na dzisiejszy marsz pisowców  w obronie interesów ojca Rydzyka, to nie wiem, czy do końca z tą mądrością jesieni mam rację.




22 września, 2012

Palma...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:24
          Pod presją żony i za namową Marka Prusakowskiego, zacnego człowieka i znakomitego lekarza, którego od dawna mam za przyjaciela, wybrałem się obchodzić swoje urodziny na Mallorce, zwanej u nas Majorką. 9 września wylądowałem wraz z Asią na lotnisku Palma de Mallorca. Marek z Gosią czekali na nas w hotelu.Palma
Podczas kilkudniowego pobytu na tej przepięknej wyspie trafił nam się tylko jeden, przez chwilę jeno zachmurzony dzień. Nie był jednak stracony, spędziliśmy go na przyjemnym spacerze po Alcudii, podczas którego miałem szansę zastanowić się, czy przypadkiem z wiekiem nie odbiła mi palma? Wbrew temu, co widać na zdjęciu obok, dość szybko doszedłem do wniosku, że jeżeli nawet, to palma odbiła mi tylko trochę i na oko nie widać.
Na Majorce trafiliśmy w objęcia upałów, jakich w Polsce tego lata już nie było. Z przyjemnością więc trochę się na tej hiszpańskiej patelni podsmażyłem, nadmiar temperatury studząc w przyjemnie chłodnej wodzie hotelowego basenu. Raczyliśmy się z Markiem dobrymi napojami, żonom podpowiadając smaki. Dolce vita?

przyhotelowy basen na Majorce fot. W. Chylinski
fot. W Chyliński

          Wylatując z Rębiechowa sądziłem, że choć na krótko uwolnię się od tych polskich spraw, które mnie czasami tak bardzo irytują. Niestety, skwiercząc na słońcu wciąż zastanawiałem się, jak i co wygląda u nas, a jak tu, w Hiszpanii i na Balearach. Nieodparcie nasuwały mi się różne porównania i wnioski. Niełatwo jest uwolnić się od polskości.
          Najpierw jednak trochę historii. Pałac Opatów, stojący w pięknym parku w Oliwie, należał kiedyś do zakonu Cystersów.Pałac w Oliwie 1920 r. W 1831 roku klasztor zlikwidowano, a dobra po nim przejął król pruski Fryderyk Wilhelm II i miasto Gdańsk. Od tamtej pory pałacem rządzili opaci komisaryczni (de facto będąc jego właścicielami), których mianował król. Władcami pałacu byli więc "krewni i znajomi królika"  z rodziny Hohenzollern-Hechingen.  Oczywiście, do pałacu należał też przepiękny park. Tak było niemal do 1945 roku, kiedy to pałac podpalili wycofujący się żołnierze Wehrmachtu. Po wojnie społeczeństwo dużym wysiłkiem pałac i park odnowiło i cieszy się tym zabytkiem do dzisiaj. Mało jednak brakowało, a część tego cacka przed kilkoma laty o mało gdańszczanie by nie stracili na rzecz Kościoła, a właściwie na rzecz i dobro nowo mianowanego arcybiskupa gdańskiego Leszka Głodzia, któremu zamarzyło się mieć kilka alejek i trawników w oliwskim parku wyłącznie dla siebie. A wszystko dlatego, że nieopodal parku, za płotem wręcz, mieści się katedra i dotychczasowa rezydencja biskupia. Aferę, która wisiała w powietrzu, załagodził prezydent Adamowicz, przyznając biskupowi na rezydencję zabytek w Starych Szkotach, którego remont miasto w dużej mierze sfinansowało. Nim to jednak nastąpiło przewielebny Głódź wziął udział w posiedzeniu radnych Oliwy i w formie ultymatywnej grzmiał na porządki w mieście. Gdy więc tamtego roku ksiądz, który za sprawą mojej Mamy odwiedził nas po kolędzie, zapytał, jak mi się widzi nowy włodarz w gdańskie diecezji, odpowiedziałem, że nie widzi mi się zupełnie. Na to kolędujący ksiądz stwierdził, że według niego, to dobrze, iż w Trójmieście znalazł się tak dobry gospodarz. Tu nie wytrzymałem i wypaliłem bez ogródek, że biskup w żadnej mierze nie jest gospodarzem miasta i nie powinien zajmować się ani zabieraniem parków, ani prostowaniem chodników, o domaganiu się specjalnych praw nie wspominając. Kolędnik wstał i szybko wyszedł, za to Głódź, chwilowo tylko zaspokojony nową rezydencją, zażądał od miasta nowych przywilejów, zwykłemu śmiertelnikowi niedostępnych. Zamarzyło się bowiem biskupowi, wbrew planom miasta i zdrowemu rozsądkowi, postawić na nowym osiedlu kościół, tuż pod oknami pragnących spokoju gdańszczan. Chociaż na tym osiedlu jest już  jeden kościół, to jednak nie z poręki biskupa Leszka on powstał, więc... Miasto znowu zadrżało, a radni się podzielili i do teraz nie wiadomo, czy głód Głódzia zostanie zaspokojony, czy nie. A jeżeli tak, to na jak długo?
W ten oto sposób latem 2012 roku przewielebny abp Głódź przypomina bardziej wszystkożernego smoka z bajki niż dobrotliwego duszpasterza, a ja leżąc za własne pieniądze na Majorce zastanawiałem się nad tym, co widziałem poprzedniego dnia w małej, majorkańskiej, górskiej mieścinie Lluc.
         Pośród gór Serra de Tramuntana (w jęz. katalońskim, bo w hiszpańskim - Sierra...), które wznoszą się ponad 1000 metrów nad poziom morza, na wysokości 525 metrów leży osada Lluc, a w niej wybudowane w  XVII w. kościół i klasztor.

Klasztor w Lluc
fot. W.Chyliński

Klasztor ów - Santuari de la Mare de Deu, to - jak mówią - centrum duchowe wyspy Mallorca.

Klasztor w Lluc
fot.W.Chyliński

Kiedyś, niczym nasza Częstochowa, oblegany był przez pielgrzymki wiernych, które po dziś dzień się zdarzają, choć...

Ołtarz kościoła w klasztorze w Lluc
fot. W.Chyliński

...dzisiaj, jak zauważyłem, pielgrzymują głównie turyści. Przyjeżdżają tu ludzie z całego świata, którzy prócz kąpieli w słońcu, morzu i basenie, na zasadzie duchowego all inclusive, chcą, czasem z potrzeby ducha, a częściej ze zwykłej ciekawości, zobaczyć i poczuć coś więcej niż zastawione i pachnące stoły przy hotelowym basenie, czy gorące plaże z bajecznymi widokami.
W kaplicy klasztoru, za głównym ołtarzem znajduje się La Moreneta, czyli Czarna Madonna.

Czarna Madonna - La Moreneta
fot. W Chyliński

          Większość uczestników naszej, polskiej wyprawy, w przeciwieństwie do licznych, niepolskojęzycznych grup zwiedzających kościół, przed Czarną Madonną natychmiast  padła na kolana i zaczęła pod nosem mamrotać zdrowaśki. Wiara to szczera, czy odruch człowieka od dziecka tresowanego w jednym i tylko jednym poglądzie na świat?
          Polski lud się modlił, a przewodniczka uprzejmie wyjaśniała, co i kiedy w klasztorze zrobiono, co i gdzie można teraz zobaczyć. Z tych wyjaśnień, być może za sprawą mojej przyjaznej znajomości z architektem Szczepanem Szotyńskim,  wpadła mi w ucho wiadomość, że przy renowacji sanktuarium pracował sławny Antonio Gaudi. Poza tym dowiedziałem się, że gdybym chciał swoje życie w spokoju przemyśleć, to za 24 euro za dobę mogę sobie wynająć w klasztorze celę. Dowiedziałem się także, że w całym tym ogromnym kompleksie żyje tylko pięciu zakonników, których wspiera załoga świeckich. Generalnie  to właśnie świeccy prowadzą ten, nastawiony na turystów, interes, a nie na pielgrzymów i skutecznie dbają o zabytek. Dlaczego tak? Ano dlatego, że na Majorce, jak powiedziała przewodniczka, tak jak w całej Hiszpanii, na msze do kościoła przychodzi w niedzielę od kilkunastu do kilkudziesięciu, głównie starszych osób. Z takiej wiary i tacy trudno byłoby się Kościołowi w Hiszpanii utrzymać.  
          Dość trudno przychodziło mi wyobrazić sobie katolicką Hiszpanię w roli Francji - najważniejszej i najstarszej córki katolickiego Kościoła, gdzie dzieją się podobne rzeczy.
          Od tych nowin zaschło mi w gardle. Musiała to zauważyć nasza piękna i uprzejma przewodniczka, gdyż doradziła zwilżenie gardła w przyklasztornej restauracji. Prócz kawy, herbaty i jakiegoś prostego śniadania mogłem sobie również zamówić piwo, wino, bądź wódeczkę - wedle smaku i gustu. Była dziesiąta rano, ale co tam...  
          Usiadłem nad piwem i zacząłem się zastanawiać, czy aby ten Głódź, stawiając nowe kościoły, nie przeszarżuje w swych zapędach? Czy uda się w polskim Kościele utrzymać tylu wiernych, by starczyło nie tylko na budowę nowych świątyń, ale też na ich utrzymanie? Już widać, że społeczeństwu coraz mniej podoba się finansowe wsparcie, jakie rząd funduje klerowi. Naród coraz krytyczniej patrzy na armię ludzi w sutannach, targaną skandalami i aferami. Zastanawiałem się, czy Kościół w Polsce ma prawo tak się stawiać, jak się stawia? Czy nauka, jaką głosi jest wystarczającym argumentem, by w dzisiejszych czasach powoływać się na nieomylność? Czy można stawiać siebie za wzór cnót wszelakich i jednocześnie grzeszyć mową, uczynkiem i pychą?
          Siedziałem w klasztorze nad kuflem piwa i gdyby nie te cuda natury...

zatoczka na Majorce
fot. W.Chyliński

... to pewnie bym się upił, a odpowiedzi i tak bym nie znalazł.
          Trzeba było się jednak ruszyć dalej, ciesząc się  z pogody, spokoju, szczęścia i widoków. Do tego, że na Majorce nikt nigdzie, poza wielkimi sklepami, nie wydaje paragonów, zdążyłem się przyzwyczaić, więc gdy płaciłem za piwo w klasztorze, po usłyszeniu "gracias",  na rachunek nie czekałem.
          Zrozumiawszy skąd w Hiszpanii kryzys...


fot. W. Chyliński
... udałem się w rejs po morzu Śródziemnymsmiley.
          Teraz, gdy porównuję nasze Orłowo, do krajobrazów Majorki, cieszę się, że chociaż tyle mamy i nikt nam tego nie chce zabrać.... 

  
01 września, 2012

Prawo na "lewo"

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:35
          Od powrotu z Mazur codziennie, z coraz większym zażenowaniem czytam o polskim wymiarze sprawiedliwości. Szczególnie wybija się tu dorobek wybrzeżowych prokuratur, sądów i urzędów skarbowych. Nie łudźmy się jednak, to nie przypadek jednostkowy, to choroba, która opanowała system i mentalność ludzi wyjętych spod jakiejkolwiek kontroli.
Ręce opadają, jak się człowiek dowiaduje, że w czasie, gdy gość z Amber Gold kradnie z kieszeni współobywateli i państwa miliony, współczujące sądy ogłaszają mu wyroki w zawieszeniu, kolejne prokuratury umarzają sprawy, a kontrola z  Urzędu Skarbowego odpuszcza jakiekolwiek działanie, wysiłek swój poświęcając łapaniu kobitki w punkcie ksero, która przez pośpiech i nieuwagę nie wydała pargonu o wartości 30 groszy. Za to wielkie przestępstwo Urząd Skarbowy wręcza wystraszonej kobicie mandat wysokości 300 zł i wzywa do siebie właściciela punktu, by wręczyć mu za brak nadzoru kolejny mandat na kilkaset złotych. Proszę wierzyć, że sobie tego nie wymyśliłem. W tym czasie należące się Polsce i jej obywatelom miliony idą się najzwyczajniej pieprzyć i nikogo to nie interesuje. Wiwat prawo, wiwat sprawiedliwość, wiwat wszystkie urzędasy!!! 
          W Warszawie prokurator ściga Korę za skręta, który w opinii naukowców jest o wiele mniej szkodliwy niż papieros i choć może sprawę umorzyć, to jednak kieruje ją do sądu. Dura lex sed lex?
W Trójmieście za to prokuratorzy lekką ręką umarzają "grube" sprawy, na których traci społeczeństwo i skarb państwa. Schowani za immunitetem skręcają prawo na "lewo" i traktują je, jak coś, czym wolno posługiwać się bez żadnych zahamowań, wbrew jego literze i duchowi, do woli, wedle uznania i własnego "widzimisię". Zwariować można od tej prawniczej hochsztaplerki i cynicznej polityki w todze. Warto przeczytać  tekst Janusza Palikota w "natemat.pl" -  na ten właśnie temat. Wychodzi na to, że zawsze i wszędzie znajdzie się prawdziwy "bohater" walki o sprawiedliwość i praworządność, wart ministerialnej ochrony i korporacyjnego wsparcia. Każdy może na nim polegać, i polityk, i biznesmen, i... przestępca, tylko nie zwykły, szary obywatel.
Podobnie, jak Ryszard Kalisz, którego swego czasu miałem przyjemność poznać, uważam, że prokuraturę trzeba całkowicie zreformować i poddać jakiejś kontroli, czy nadzorowi. Nadzorowi, choćby wewnętrznemu, ale moralnie nienagannemu. Kiedyś Lord Acton głosił, że władza absolutna demoralizuje absolutnie i niestety, tak jest. Jak widać na przykładach, nie tylko prokuratura uwolniona od odpowiedzialności zdaje się być dzisiaj na najlepszej drodze do absolutnej demoralizacji.

          A tu, bez względu na to, jak działa prawo, powolutku kończy się lato. Obżeram się pomidorami ile wlezie, bo tylko teraz pomidory mają swój oryginalny i niepowtarzalny o innych porach roku smak. Obżeram się więc pomidorami i wspominam kurczaka, jakiego podano nam w restauracji "Pod Żaglami", gdyśmy latem zacumowali przy pomoście w Makowie.



          Makowo, to mała wioska na brzegu Jezioraka. Odkąd pamiętam więcej tam było domków kempingowych niż wiejskich chałup. Miejscowość ta leży mniej więcej w połowie Jezioraka, który jest najdłuższym jeziorem w Polsce. We wspomnianej knajpie, bardzo ładna i przesympatyczna pani zaproponowała nam kurczaka w serze, czymś tam jeszcze i w suszonych pomidorach. Dobre było bardzo. Jak będziecie pływać po Jezioraku, to polecam kurczaka z restauracji "Pod Żaglami". Asia oczywiście wyciągnęła od przesympatycznej pani przepis i teraz, gdy wracamy wspomnieniami na jeziora, wracamy też do tego, kurczakowego zestawu przypraw i dodatków. Co jakiś czas serwujemy go sobie, nie tylko przy kurczaku, i zawsze jest pysznie.

          Jak już jesteśmy przy przepisach, to muszę koniecznie pochwalić się przepisem na szczęście. O każdej porze dnia i nocy, tygodnia, miesiąca, czy roku, bierze się wnuczkę na ręce i mocno do siebie przytula. O tak:



          Uczucie, jakie człowieka przy takim tuleniu wypełnia jest o wiele silniejsze, niż  cała złość z tego powodu, że jakiś marnej jakości człowiek i jeszcze marniejszy prokurator "skręca" sobie prawo na "lewo" i pali...głupa.

PS. ( dopisane 5 września 2012r.)
Premier Tusk także, jak przyznał dzisiaj na konferencji prasowej, jest za reformą prokuratury, i to wstrząsającą. Czyli już chyba wszyscy odczuwają gwałtowną potrzebę zmian. Wszyscy, prócz zainteresowanych. W Trójmieście prokuratorzy mają się dobrze. Żaden nie podał się do dymisji. 



NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY