28 paĽdziernika, 2012

Facet z gitarą

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:28
          Wspominając w poprzednim wpisie o skutkach upływu czasu, nie miałem pojęcia, że właśnie w tym samym czasie, gdy o tym pisałem, Przemek Gintrowski doszedł do kresu i dotarł do ostateczności. Pogłoski o jego śmierci szybko okazały się prawdziwe.
          Coraz częściej przychodzi mi żegnać na zawsze przyjaciół i znajomych. Coraz większa liczba osób z mojego towarzystwa przenosi się do wspomnień. Nieubłaganie rzednie tłum, tych, kiedyś pięknych i młodych, gniewnych i pełnych wiary w miłość, w ludzi i w ideały. Odchodzą ci, którzy wiarę swą przy gitarze wyśpiewywali szeptem i krzykiem, i zawsze prawdziwie. Nie fałszowali.

Gintrowki

          Przemka Gintrowskiego poznałem  na Famie w Świnoujściu. Był to chyba rok 1976. Przystojny, wysoki, rzec można - młody bóg. Z rozwichrzonymi, długimi włosami, z lekko zmierzwioną brodą, w opiętych na tyłku modnych dżinsach, w przewiewnej, szeroko rozpiętej na szerokiej piersi koszuli, z jakimś wisiorkiem na szyi, był Przemek osobą, której nie dało się nie zauważyć. Szczególnie dziewczyny zawieszały na Przemku ciekawe i chętne oko, co widziałem często, bo wraz z Elą Adamiak zajmowaliśmy sąsiedni pokój. Przemek, tak jak my, mieszkał w wieloosobowym pokoju koedukacyjnym, w towarzystwie kilku pięknych uczestniczek Famy i - co doskonale pamiętam - miał nad łóżkiem wywieszony plakat z komunikatem: Pogotowie seksualne.
         Był  otwarty, wesoły, pogodny i przyjaźnie nastawiony do ludzi. Nic dziwnego, że polubiliśmy Przemka szybko i bezwarunkowo. Mnie w tym polubieniu bardzo Przemek pomógł śpiewając przepiękne piosenki do cudnej urody tekstów Krzysia Sieniawskiego (1951 - 2001), z których najbardziej do gustu przypadło mi "Przeczucie". Piosenka ta wpadła w moje ucho od pierwszego usłyszenia i tkwi tam do dzisiaj:

Tylko te drzewa wirujące                  
i czas mój głuchy znów jak pień -Przemek Gintrowski
czemużeś stanął, panie Słońce?
Nad czym tak dumasz cały dzień?

Tylko w okrutnej drżą uprzęży
czasu sprzed wczoraj - nasze dni -
czemużeś pobladł, panie Księżyc?
Przecież nie pierwszy wieczór znikł...

Tylko zapragnął we mnie przemian,  
śni inny byt jurajski gad -
czemu się kręcisz, panie Ziemia?
I tak nie wskrzesisz dawnych lat!

Tylko mych snów najdalszy przegon,
po gwiezdnych drogach - bury dym -
czemuś spochmurniał, Panie Niebo?
Czyżbyś się przejął byle czym?

Tylko spod trzepoczących powiek
ostrzem kindżału - biały nów -
czego się boisz, panie Człowiek?

Dlaczego Ci zabrakło słów?!

         Czas mijał... koncerty, festiwale, spotkania. Przemek wiedząc, że zauroczył mnie poezją Sieniawskiego zaprosił go kiedyś w Warszawie na nasz wspólny koncert. Do dzisiaj pamiętam wrażenia, jakie Krzysiu na mnie zrobił. Spodziewałem się spotkać kogoś z rozwianym włosem, szalonego..., a Przemek przedstawił mi sympatycznego, uśmiechniętego i bardzo nieśmiałego gościa w popelinowym płaszczu, z urzędniczą, skórzaną teczką w ręku i berecikiem na głowie. Od poznania Krzysia przestałem ludzi oceniać po wyglądzie.
          Inna piosenka Przemka do tekstu Krzysia, która robiła na mnie - i robi do dzisiaj -  duże wrażenie, to "Śmiech" zaczynająca się od słów "...Bardzo śmiesznie jest umierać / Kiedy żyć byś chciał / Nosić miano Olivera / Kiedy jesteś Brown...". Proszę posłuchać.




          Później, aż do stanu wojennego widywałem Gintrowskiego na scenie wyłącznie w towarzystwie Kaczmarskiego. Ta i dalsza część życia Przemka jest już powszechnie znana. Natomiast ja, zachwycony "Modlitwą o wschodzie słońca" Natana Tenenbauma ("...Każdy Twój wyrok przyjmę twardy / Przed mocą Twoją się ukorzę / Ale chroń mnie Panie od pogardy / Od nienawiści strzeż mnie Boże..."), pieśnią, którą Przemek skomponował i śpiewał wraz z Jackiem, zastanawiam się do dzisiaj  - czy spotkanie na scenie Przemka z Jackiem, i wszystko, co się potem działo, było dla Przemka twórczości najlepszym i jedynym rozwiązaniem? 
Dziękuję Ci Przemku za wszystko, a za "Przeczucie" szczególnie.
 

PS
uroczystości pogrzebowe Przemka rozpoczną się jutro, tj. 29 października 2012 r. o godz. 12.00 mszą św. w kościele św. Anny w Wilanowie przy ulicy Kolegiackiej 1

         

20 paĽdziernika, 2012

Z przymrużeniem oka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:37
Mając w domu taki skarb jak moja, od dzisiaj czteromiesięczna, wnuczka Iga...

Iga

... powinienem myśleć li tylko o przyszłości i o niczym więcej.
          Niestety, nawet najszczęśliwsza rola dziadka nie zagłuszy świadomości upływu czasu.  Zdarza się, że gościa takiego jak ja wpędza to czasem w zadumę i melancholię. Dziesięć lat temu nawet przez chwilę nie pomyślałbym o takim dzianiu się życia.
          Jako autor piosenek zawsze starałem się kojarzyć muzykę z sensowną warstwą słowną. Jeżeli nawet myśl przewodnia nie przewodziła zbyt jasno, refren nie składał się zbyt płynnie, a metafory nie fruwały zbyt wysoko, to chociaż klimat w piosence starałem się stworzyć taki, by tekściarz kompozytora nie kompromitował. Różnie jednak z tym bywało. Są, niestety, piosenki, o których wolałbym nie pamiętać, ale to nie jest takie proste. Zawsze znajdzie się się jakiś powód, który w mej pamięci jakąś głupawą strofę odświeży. Oczywiście, nie będę tu tych strof przypominał, a tych kilka słów ma być tylko wstępem do opowiedzenia pewnej historii, która niedawno mi się przydarzyła. Ku pamięci.
          Gdy z Andrzejem Donarskim zacząłem pisać piosenki dla Mr. Zooba, najczęściej trafiały nam się takie, które należało śpiewać z przymrużeniem oka. Choć minęło sporo czasu, wciąż z przyjemnością odsłuchuję sobie np. piosenkę pt. "Sra ta ta ta".  Mr.Zoob nagrał, Andrzej Donarski zaśpiewał, kabaret Limo sfilmował, a wszyscy, i ja też, w tym filmie wystąpiliśmy. Piosenka o upierdliwym motywie muzycznym, który nie chce wyjść z głowy i nie daje żyć bawi mnie niezmiennie do dzisiaj. Ale nie ze wszystkimi piosenkami tak jest.



          Pamięć - czasem na szczęście, a czasem nie - bywa zawodna. Zapomniałem, że współpraca z popularnym, rockowym  Mr. Zoobem nie była jedyną próbą pisania przeze mnie tekstów dla rockowych zespołów.
JaguarW Gdańsku w latach osiemdziesiątych wiele obiecywano sobie po zespole Jaguar. Czterech bardzo kolorowych chłopaków, niezłych muzyków, grało ostro, głośno i interesująco. Co ciekawe, kapitalnym wokalistą w Jaguarze był perkusista, którego zza bębnów ledwo co było widać. Wizerunkowo, co im mówiłem, nie był to najlepszy pomysł, ale przecież nie pierwszy to w historii pałker, który śpiewał, więc co tam... Z czasem chłopaki też zrozumieli, że nie jest dobrze i zaangażowali nowego perkusistę, a Darka Grzechnika wystawili na front.
          Pisać teksty dla Jaguara zacząłem chyba za sprawą sąsiada, który był szwagrem gitarzysty tego zespołu. Jaguar był laureatem festiwalu w Jarocinie, łatwo więc sobie poradził na młodzieżowym festiwalu we Wrocławiu, który był przepustką do Opola. Jak sobie chłopaki dali radę na festiwalu Opole' 86, nie pamiętam, ale chyba nie tak źle, skoro ktoś mi w ubiegłym roku powiedział, że Jaguar wciąż gra. Heavy metal nigdy nie był muzyką z mojej bajki, a ponieważ taką właśnie bajkę grali muzycy Jaguara, więc po jakimś czasie bezboleśnie się rozstaliśmy. Tyle zapamiętałem z tamtego okresu - i okazało się, że zapamiętałem mało.
          Kilka dni temu pewien pan, którego nazwisko gdzieś mi się zapodziało, mailowo zwrócił się do mnie z prośbą, by mu napisać coś o zespole Hi-Hat. Pan ten, jak pisał, porządkuje właśnie archiwum festiwalu w Opolu i nadział się w przepastnych zakamarkach festiwalowej historii na zespół o takiej właśnie nazwie. Zespół ten w 1986 roku także śpiewał w Opolu i to śpiewał piosenkę z moim tekstem. Zapytał mnie zatem ów pan, czy może wiem coś więcej na ten temat tej kapeli i czy mogę się tą wiedzą z nim podzielić. Jak wielkie i głębokie po tym mailu odwierty poszukiwawcze uczyniłem w swej pamięci, tylko ja wiem. Coś, gdzieś, kiedyś... Ale co, gdzie, kiedy? Skleroza! Starość! Cholera jasna! Aż w końcu - jest! Dornowski!  To nazwisko otworzyło moją pamięć. Przypomniałem sobie, że mniej więcej w tym samym czasie, kiedy pisałem teksty dla zespołu Jaguar, zdarzyło mi się skreślić też coś dla innej gdańskiej grupy. Pamięć tym razem zadziałała i podpowiedziała nazwę - Hi-Hat.
W przeciwieństwie do ostrych facetów z Jaguara, członkowie Hi-Hatu byli ludźmi grającymi sympatyczny i dość melodyjny rock'n'roll. Choć zespołów podobnych do Hi-Hatu było wtedy wiele, ich wyróżniało szczególnie to, że gitarzystą w zespole był syn Bernarda Dornowskiego, członka legendarnego zespołu Czerwone Gitary. I znowu pamięć, a właściwie jej brak, dała znać o sobie. Nie pamiętałem nie tylko tekstu, pisanego dla Hi-Hatu, ale nie pamiętałem też  imienia młodego Dornowskiego. Piotrek? Andrzej? Jacek? Pamiętam za to, że wśród przystojniaków w Hi-Hacie młody Dornowski był tym członkiem zespołu, który najbardziej zwracał na siebie uwagę i do niego dziennikarki zwracały się najpierw. Odpytywanie zaczynało się zawsze od słów: "Jest pan synem sławnego...".
          Wysłałem panu archiwiście wiadomość, że niewiele pamiętam z tamtych czasów, że znałem taki zespół, że coś pisałem, ale co, tego nie pamiętam. W odpowiedzi dostałem link do piosenki z Opola. Posłuchałem i jakbym już to słyszał. Chyba to mój tekst, ale nie do końca chcę być tego pewien, więc na wszelki wypadek proszę wszystkich, którzy zdecydują się kliknąć na poniższy link, by słuchając piosenki Hi-Hatu mocno przymrużyli oko.
O takwink


         
Jeżeli ktoś nie rozpoznał Dornowskiego podpowiadam, że to ten gitarzysta w białej marynarce, po lewej stronie sceny. Biorąc pod uwagę upływ czasu, o czym wspomniałem na początku, myślę, że dzisiaj syn Dornowskiego - młody Dornowski - wygląda już zupełnie inaczej i być może sam ma syna, który właśnie zakłada kapelę. Jeżeli tak, to życzę temu najmłodszemu z Dornowskich, by nigdy nie musiał śpiewać głupich tekstów.

13 paĽdziernika, 2012

Mądra miłość.

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:40
          Mądra miłość... Czy miłość można przeżywać biorąc pod uwagę cokolwiek więcej niż to, co w duszy gra i mówi, że ten stan, to jest właśnie to, i nie jest to Coca-Cola. Czy mądra miłość ma coś wspólnego z biznesplanem, z prognozami, targetem, kalkulacją i kalkulatorem? Czy mądrą miłość stać na dystans, rozwagę, prawidłową samoocenę? Czy mądra miłość w ogóle jest możliwa? A jeżeli tak, to kiedy? Wiosną, latem, zimą, czy jesienią?

Jesień w Orłowie fot. W. Chyliński

           W ramach wieloletniej już, rodzinnej akcji pt. "Poczytaj mi dziecko", nie możemy się z Mamą, która niedawno ukończyła osiemdziesiąt cztery lata, oderwać od lektury książki "Pamiątkowe Rupiecie" autorstwa Anny Bikont i Joanny Szczęsnej.pamiątkowe Rupiecie Jest to fantastycznie napisana biografia Wisławy Szymborskiej, której się nie czyta, ale którą się połyka całymi kawałkami i rozdziałami, dziwiąc się jednocześnie, że tak łatwo i szybko "przechodzą".
          Jesień to znakomity czas na wieczorne, wspólne czytanie. Jest w tym jakaś magia, gdy się wygodnie rozsiądziesz w fotelu, w ciepłym kącie, na przeciw swojej siwiuteńkiej, jak gołąbek rodzicielki, której oczy są wciąż ciekawe, ale już nie te. Jest magia, gdy weźmiesz książkę do ręki i zobaczysz skupioną twarz matki, która czeka na ciąg dalszy i zaczniesz głośno "... Z Bułgarii, do której pojechała w 1954 roku, w swoją pierwszą zagraniczną podróż...", albo "... Swoje poetyckie credo nieoczekiwanie umieściła Wisława Szymborska w felietonie na temat..." . Jest w tym magia.
          Dla mnie lektura tej książki ma walory nie tylko poznawcze, ale jest także przyjemnością samą w sobie, wynikającą z dobrze napisanej biografii, która w czytaniu nie nuży, jak to często bywa. Z tego tytułu, że miałem przyjemność poznać Wisławę Szymborską i kilka słów z nią zamienić, czytanie teraz o jej życiu podwaja przyjemność z lektury.Pamiatkowe Rupiecie Uśmiecham się za każdym razem, gdy czytam o jej pobytach w Zakopanem. Wciąż mam w pamięci jej dość filuterny uśmiech i słowa o striptizie. Lało od tygodnia, więc gdy zdarzył się ten jeden, jedyny dzień bez deszczu, z samego rana ruszyliśmy z Asią na spacer do doliny Kościeliskiej. Tego jednego dnia chmury pozwalały chwilami dojrzeć zmoczone, granatowe i groźnie wyglądające góry. Wróciliśmy do Halamy na obiad, a Pani Wisława spotkawszy nas przy stole, spytała o wrażenia ze spaceru. Trochę jeszcze zziębnięci, wszak jesień w górach gościła już na dobre, opowiadaliśmy o marszu, o gorącej herbacie z prądem w pustym, góralskim barze i o tym jak nas wyziębiło. Oczywiście dodaliśmy, że warto było, bo widać było góry. Na to pani Wisława z uśmiechem powiedziała - O tak, ja również z przyjemnością wreszcie oglądałam, jak Giewont z chmur się rozbierał. Można rzec, że Giewont zrobił nam dzisiaj striptiz. 
          W czas posiłków w Halamie, gdy pani Wisława wchodziła do stołówki, a wchodziła tak, jakby chciała być zupełnie niezauważoną, reszta towarzystwa przycichała na ten moment. Było w tym coś z uznania i hołdu, składanego noblistce przez zaiksowskich pisarzy, malarzy, kompozytorów, filmowców i innych twórców. Ten frywolny zwrot o striptizie sprawił, że zobaczyliśmy z Asią w Wisławie Szymborskiej  normalnego człowieka, normalną kobietę. Było w jej powiedzonku, prócz nostalgii także coś erotycznego. Wtedy pierwszy raz zacząłem się zastanawiać, jaką kobietą jest ta urocza, starsza pani.Kornel Filipowicz i Wisława Szymborska fot. z sieci
          Dopiero teraz, czytając biografię Wisławy Szymborskiej dowiadujemy się z Mamą, jak bardzo osobną panią była poetka. Czytamy i podziwiamy, jak bardzo mądrą miłością darzyła Kornela Filipowicza - poetę, pisarza, scenarzystę - i jak on tę mądrość w miłości odwzajemniał.
          Na stronie 222  Teresa Walas mówi "...FilipowiczKornel Filipowicz należał do tych pisarzy, których twórczość i życie składają się w jedną całość..." i dalej "...Był pięknym mężczyzną, człowiekiem powściągliwym, zawsze ujętym w formę... skłonnym do dowcipu..." Przeczytawszy te i inne fragmenty opisujące mężczyznę Wisławy Szymborskiej, siłą rzeczy zacząłem się zastanawiać jakim typem był ów wybranek noblistki. Mówią, że typy ludzkie się powtarzają. Mówią, że bywa nawet tak, iż ktoś jest do kogoś podobny z charakteru i w urodzie też jest niemal taki sam. Stąd często ufamy komuś, kto jest podobny do kogoś, kogo znamy z dobrej strony i wspominamy miło. Zacząłem się zastanawiać, czy ja znam kogoś takiego, kto byłby podobny do pana Kornela.
          Czytając o związku Wisławy Szymborskiej z Kornelem Filipowiczem zazdrościłem im. Zazdrościłem im tej wspaniałej osobności, która żyje życiem drugiej osoby. Wyobrażam sobie, jako że lektury jeszcze nie skończyłem, iż ta ich wspólna oddzielność i ta i ich rozłączność w jedności, to jest właśnie ta mądra miłość. Miłość rozsądna bez granicy poświęcenia. Miłość przytomna, aż do śmierci. Miłość piękna.
          Czytam więc sobie, czytam Mamie i cieszę się, że kilka stronic jeszcze zostało do przeczytania. A gdy tak czytam i gdy zerkam na zdjęcia w książce, to mi różne podobieństwa do głowy przychodzą. Jakie?
A choćby takie, że mam wśród swoich przyjaciółMichał Krukowski fot. W.Chyliński Michała Krukowskiego, który kocha poezję, choć jej chyba nie pisze. Uwielbia piosenki z tekstem i zna ich wiele. Jest mężczyzną pięknym, powściągliwym, zawsze ujętym w formę i zawsze skłonnym do dowcipu. Jest inżynierem budownictwa i jak Kornel Filipowicz (przyrodnik), każdą śrubkę i gwóźdź chętnie odkłada do skrzyneczki, bo się przyda. A co najbardziej ciekawe, to wydaje mi się, że Michał jest bardzo podobny do ukochanego mężczyzny Wisławy Szymborskiej. Ciekawe, czy to podobieństwo sprawia, że Michał też wie, co to jest mądra miłość? Dawno się nie widzieliśmy, więc powód, by się spotkać jest. Koniecznie muszę go o tę miłość zapytać. 
          Bez w ogrodzie Asi zakwitnie za kilka miesięcy, ale kubki z serduszkiem, które towarzyszą nam niemal od trzydziestu lat kwitną codziennie rano zapachem kawy, więc wpadaj Michał, pożyczę Ci dobrą książkę o mądrej miłości.


         
06 paĽdziernika, 2012

Unia Europejska wpuszcza nas w kanał

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:34
          Wszystko przez Asię. Przed trzydziestoma trzema laty, nim wzięliśmy ślub, zaprosiłem Asię na rejs po rzekach, kanałach i jeziorach na szlaku Gdańsk - Iława. Już po tygodniu wiedziałem, że w kwestii żeglarstwa i wodniactwa mamy odmienne upodobania. Liczyłem, że może z czasem uda mi się przekonać żonę do wodnej tułaczki, ale nie, niestety, to ja w praktyce przestałem prawie zupełnie pływać.
          Początkowo było to nawet do zniesienia, bo tak rok w rok, z sezonu na sezon, wciąż ta sama, tradycyjnie rodzinna trasa mogła się znudzić. Klarowanie łódki przed rejsem nie było już oczekiwaną odmianą. Minął jakiś czas i zacząłem tęsknić, między innymi, do takiego widoku:

Kanał Elbląski Pochylnia
fot. z sieci: www.naszafotografia.pl

          O swojej słabości do pływania na byle czym, byle z żaglem i po byle czym, byle z wodą, już wspominałem, więc przyjaciele, znajomi i stali bywalcy „Codzienności” wiedzą, że dużo o tym jest w „Widłągu", a i w poprzednich wpisach też niemało. A teraz jest specjalna okazja, bo...
„...Nieudane było lato
telewizja mówi - A to
ci kawał
Nie ma co jeść na kolację
No bo przez całe wakacje
deszcz lał,
cały świat wpuszcza nas w kanał..."

          Nie, nie, nie, lato było udane. Przytoczony powyżej tekst jest fragmentem piosenki, którą swego czasu napisał i wykonywał Jacek Zwoźniak. Przez wszystkie lata naszej przyjaźni i współpracy słuchałem tej piosenki po wielokroć. Nie jestem pewny, ale chyba też śpiewał ją w  hali „Olivia” na Przeglądzie Piosenki Prawdziwej w 1981 roku, gdy zdobywał tam pierwszą nagrodę - „Złoty Knebel".
         Za każdym razem, gdy Jacek w piosence dochodził do przytoczonego fragmentu, to w mojej głowie niewinnie zaczynała szumieć woda i nieodmiennie pojawiał się obraz przecudnego Kanału Elbląskiego, na brzegach którego niejedne jabłka kradłem i niejedną noc spędziłem.nocleg na brzegu kanału elbląskiego fot. K.Chyliński
Wiele razy pisałem w „Codziennościach” o tym, że od dziecka, wraz z rodzicami, a później samodzielnie podróżowałem w wakacje tym kanałem. Płynąc Nogatem  w górę, od Szkarpawy i Zalewu Wiślanego, po kilku kilometrach wpływa się na ciche wody Kanału Jagiellońskiego, wykopanego jeszcze przez Krzyżaków. Kanałem tym z Nogatu dopływa się do Elbląga. Wpływając tam ma się przedsmak urody poruszania się po wąskiej i w miarę prostej przestrzeni zwanej szlakiem wodnym. Po minięciu Elbląga i jeziora Drużno, które wcale nie tak dawno, bo za naszej ery, miało ponoć szerokie i wygodne połączenie z Bałtykiem, albo wręcz było jego częścią, o czym historycy różnie piszą i mówią, wpływa się na właściwy, znany już teraz na całym świecie - Kanał Elbląski. Kanał Elbląski znany jest przede wszystkim z unikatowych pochylni. Gdyby nie urodzony w Królewcu genialny inżynier z Elbląga - Georg Jackob Steenke, który te pochylnie pochylnia na poczatku wieku XX za pieniądze Fryderyka II wymyślił i cały kanał, zwany aż do II wojny światowej Oberlandzkim, wybudował, to nie byłoby dzisiaj o czym pisać, czego wspominać i o czym marzyć. Kiedyś pochylnie pod Elblągiem miały w Kanadzie konkurencję, ale obecnie, jako czynny obiekt, są jedyne na świecie. Przez cały okres PRL o tych pochylniach i kanale niewiele się mówiło, bo niemieckie, nie nasze... Ja, który poznałem te cuda techniki na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, nie mogłem pojąć, dlaczego się tym nie chwalimy. Te kilka stateczków i przypadkowe wycieczki, które dowiedziały się o możliwości poznania ciekawej trasy z Elbląga do Ostródy, albo odwrotnie, to żadna reklama, fama czy plotka. Z jednej strony dobrze było, bo nie było tłoku. Można było cały dzień płynąć i nie spotkać drugiego nawiedzonego turysty. Wodniactwo w tamtych czasach nie było zbyt popularne. Jeżeli już, to rozwijało się kajakarstwo.kajaki na pochylni 1963 r. fot. Klemens Chyliński Żeglarstwo, nawet to szuwarowo-bagienne, było w powijakach, uprawiane jedynie przez zapaleńców. Nie było żadnej masowej produkcji jachtów i żaglówek. Kluby żeglarskie liczyły po kilkudziesięciu członków, którzy kombinowali przy poniemieckich jachtach i znajdowanych, bądź kleconych w starych szopach i przybrzeżnych hangarach „Słonkach", „P-7" czy innych żeglarskich wynalazkach. Polska  „Omega", choć znana już przed wojną, była rarytasem i niektórym udawało się nawet tę rasową i dzielną łódkę zrobić samemu, domowym sposobem.  „Cadety",  „Hornety",  „Ok dinghy" i  „Finny" dla regatowej młodzieży, która miała być pierwszym, poważnym i masowym pokoleniem polskich żeglarzy, były jeszcze śpiewem przyszłości. Dwóm żeglarzom, a jednocześnie inżynierom z okrętowego biura projektów w Gdańsku: Szmajdzie i Brzezińskiemu, pomysł na pierwszy, mały jacht turystyczny o nazwie  „Karolinka" pewnie już chodził po głowie, ale gdyśmy z ojcem w 1960 roku wpływali na pochylnię w Całunach, czy Jeleniach, to najczęściej byliśmy tam sami. Pięknie było i w jakiś sposób elitarnie, choć nasz namiot wieczorem, po ciemku rozbijaliśmy na brzegu często tuż obok krowiego łajna. Jeżeli nawet rano wlazło się w krowi placek, to widok pochylni wynagradzał przykrość, o ile taka przygoda mogła być przykrością.

Pochylnia fot. Klemens Chyliński

          Od jakiegoś czasu Kanał Elbląski śnił mi się po nocach. Tęsknota za dzieciństwem, sentymenty, wspomnienia - rzecz oczywista, że wszystko razem. Jak się dochodzi sześćdziesiątki, to nic w tym dziwnego. Myślałem, że może w małej części, płynąc od Jezioraka do Rudej Wody, w tym roku posmakuję tej swoistej przyjemności patrzenia na przesuwający się wolno brzeg, na kroczące do tyłu drzewa i na kłaniające się rufie trzciny, gdy je kilwater poruszy. Niestety, nie dane mi było. Jak pisałem wcześniej,  Widłąg sprawił, że poza Jeziorak nosa w tym roku nie wyściubiłem. Planowałem sobie, że po dziesiątkach lat na szlak Kanału Elbląskiego powrócę w roku przyszłym, ale niestety...Pochylnia rok 1972. fot. Waldemar Chyliński
          Dowiedziałem się niedawno, że z powodu remontu Kanał Elbląski od października tego roku będzie zamknięty. Nie miałem świadomości, że na remont kanał będzie czekał aż tyle lat. Pamiętam, że w latach sześćdziesiątych, a może na początku siedemdziesiątych, pochylnie były w sezonie nieczynne, bo rozwaliły się koła, które widać na zdjęciach, a które są ważnym elementem tego całego hydrologicznego ustrojstwa. Łódki wtedy przez góry przeciągano chyba przy pomocy koni i sił własnych. W elbląskim  „Zamechu" koła w jakiś czas niedługi wyszykowano i znowu wszystko ciągnęło się, jak po sznurku. Teraz wreszcie jest szansa, że przez dwa lata kanał przejdzie generalny remont, z pogłębianiem, umacnianiem brzegów, naprawą urządzeń pochylnianych, przebudową śluz i mnóstwem innych prac i robót bezsprzecznie koniecznych –  włącznie. Dzięki Unii Europejskiej, która do remontu dołożyła się w połowie, jest na to aż 115 milionów złotych.
Choć moje plany biorą w łeb, to ja się cieszę, że taką kasę ktoś zdecydował się wreszcie wpuścić w ten kanał. Jak dożyję, to się pięknie jeszcze nim, do Małdyt, Miłomłyna i Iławy, przepłynę. A jak mnie najdzie, to i Ostródę, jak i Stare Jabłonki też odwiedzę, choć tam akurat bywałem o wiele rzadziej. Ważne, by dożyć.
Póki co, to polecam wszystkim namiastkę tej przyjemności, jaką ja pamiętam.
Czasami warto się wpuścić w kanał, choćby tylko po to, by mieć co przeżywać i co wspominać.




NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY