04 maja, 2013

Dżi Es Dżi

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:15
           W Trójmieście od dawna toczy się wojenka o to, które miasto jest lepsze i który prezydent ważniejszy. Gdańsk siłą dwóch lwów i korony czuje się najważniejszy, czego Gdynia, wymachująca mieczem i dwoma śledziami, znieść nie może. Sopot, nie zważając na nic, w czasie, gdy Gdynia z Gdańskiem wojuje, spokojnie, jak mewa łowi swoje i chyba najlepiej na tym wychodzi. Logikę wojny G–G Sopot zostawia tym, którzy coś z tego rozumieją. A zrozumieć trudno, bo w sumie, to Gdynia nie ma armat.

Gdynia fot. Waldemar Chyliński

          Gdańsk ma tysiąc lat, Gdynia dopiero w 2026 r. dojdzie do setki. Od zawsze Gdańsk był stolicą tego regionu i zawsze był ważnym rozdziałem w historii Europy i świata. Gdynia jest miastem mniejszym, dużo młodszym i w związku z tym historycznie dla świata niemal niezauważalnym. Niemniej, po działaniach prezydenta Gdyni gdańszczanie sądzą, że w ocenie Gdyni Gdańsk to pikuś, gdy tymczasem z punktu widzenia Gdańska jest dokładnie odwrotnie.

Tramwaj konny w Gdańsku

          Gdańsk, nie mogąc dogadać się z Gdynią na temat dalszego rozwoju całego regionu, założył bez niej związek metropolitalny. Dla Gdyni było to jak policzek i gdy Gdańsk powołał Gdański Obszar Metropolitalny, do którego przystąpiło 29 pomorskich gmin, to Gdynia z piętnastoma ościennymi gminami założyła coś podobnego, tyle że konkurencyjnego. I nie bacząc na to, iż Gdańsk jest także stolicą Kaszub, z kaszubska nazwała swój związek „Nordą”, co znaczy „Północ”.
          Józef Lipiński – mąż siostry mojej mamy, chłop postawny i silny – w drugiej połowie ubiegłego wieku był kierowcą w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym Gdańsk – Gdynia, co w skrócie  zapisywano: WPK G–G. Litery tego skrótu malowano na każdym pojeździe komunikacji miejskiej nad i pod herbem (dzisiaj nazwalibyśmy to logotypem – tj. logo – firmy), na który to herb składały się trzy inne herby: Gdańska, Sopotu i Gdyni
          Wuj był człowiekiem pogodnym, wesołym i niezwykle życzliwym. My, dzieciaki wszystkich sióstr mojej mamy i ja, przy każdej okazji z radością wieszaliśmy się mu na szyi. Uwielbialiśmy go, bo szanował nas, dzieci. Zawsze miał czas by wysłuchać, pogłaskać, ucieszyć cukierkiem czy wspomóc miłym słowem. Powiedzieć, że wuj był dobrym człowiekiem, to powiedzieć niewiele. Ze wszystkich mężów moich ciotek, wujka Józka lubiłem najbardziej. Teraz, gdy piszę te słowa, w głowie jak w kinie wyświetla mi się film wspomnień z wujkiem Józkiem w roli głównej. Dzięki niemu, wbrew przepisom, odbyłem swoje pierwsze wycieczki po Gdańsku. U zbiegu ulicy Hibnera (dzisiaj to ulica Do Studzienki) i Grunwaldzkiej we Wrzeszczu była kiedyś pętla autobusowa. Mieszkałem tuż za rogiem, pięćdziesiąt metrów od niej. Autobus wujka Józka czasem tam zajeżdżał. Wtedy, jeżeli mama pozwoliła, biegłem na pętlę i zabierałem się przynajmniej na jeden kurs.

Autobus w Gdańsku/zdjęcie z sieci

          Z pętli tej ku Cygańskiej Górze, bądź – jak mówili ludzie – na Cygankę (dzisiaj Suchanino) – i dalej, do Gdańska, odjeżdżał wówczas, ze mną w środku, czerwony autobus marki San lub Jelcz – zwany też czasem Karosą, produkowany przez Polskę na licencji Skody w mieście Jelcz-Laskowice. Jelcz/KarosaNazwa Karosa bardziej mi się podobała. Skojarzenie Karosy z karocą, którą w bajkach podróżowali książęta sprawiało, że ten zatłoczony szarymi ludźmi autobus, warcząc i podskakując szlachetniał. Jadąc na Cygankę przeistaczał się w pojazd królewski, a ja, siedząc na ciepłej i trzęsącej się pokrywie silnika, z pasażera na gapę zmieniałem się w prawdziwego rycerza.
          Tenże wujek Józek zabrał mnie kiedyś swoim autobusem do Gdyni. Podczas tej podróży dowiedziałem się, że Sopot i Gdynia nie są, jak mi się do tej pory zdawało, dzielnicami Gdańska. Wujek tłumaczył mi to podczas jazdy, a nawet pokazywał granice między miastami, choć jednocześnie przekonywał, że w sumie to jedno miasto. Niestety, jak teraz, tak i wtedy, ja granic nie widziałem. Przejazd Wielką Aleją  z Wrzeszcza do Gdańska był i jest równie miejską podróżą, jak przejazd z Oliwy do Sopotu, czy z Sopotu do Gdyni. Jakiś większy fragment trawnika, czy znak drogowy z nazwą, to jeszcze nie dowód na to, że się jest za granicą. 
          Od dawna dziwi mnie brak jedności i zgody w Trójmieście, które de facto jest jednym organizmem miejskim. Tej jedności, w której ponoć jest siła i tej zgody, która ponoć buduje w naszej aglomeracji jak nie było, tak nie ma. Pisałem już wiele razy, że będąc gdańszczaninem z urodzenia i wychowania, obecnie z racji zamieszkania jestem gdynianinem. Zaś z sympatii do Sopotu mógłbym się też nazwać sopocianinem, w którego centrum bywam częściej niż w centrach Gdańska czy Gdyni. Lubię jednako wszystkie trzy człony mojego miasta, więc zależy mi, by wszędzie był ład i porządek. Tymczasem to wielkie Trój-miasto bez sensu dubluje inwestycje i robi wiele innych dziwnych rzeczy. Choć bardzo nowoczesne lotnisko Rębiechowo ma jeszcze spore możliwości rozwoju, to Gdynia w Kosakowie buduje własne lotnisko. Gdańsk i Sopot na niewidzialnej granicy obu miast postawiły piękną halę Ergo-Arenę, która z powodzeniem pomieściłaby też widzów z Gdyni, ale Gdynia woli mieć swoje, więc też zafundowała sobie halę. Oczywiście, Gdyni wolno robić co chce, tyle że piękna i wielka PGE Arena, która sportowo powinna służyć całemu Trójmiastu, przynosi straty, podczas gdy Arka i Bałtyk grają na swoim, równie wypasionym stadionie. Kiepski ze mnie kibic i nie znam się na rozgrywkach, sympatiach i antypatiach klubowych, ale gdyby wcześniej PGE Arenę zlokalizowano na terenie gdzieś pomiędzy Gdańskiem, Gdynią i Sopotem, przeprowadzając przy okazji akcję pt. „Szanujmy się”, to może przy okazji i wojny kibiców by się skończyły. Może...
          Teraz dzieje się coś takiego, co działo się też za Gierka – najpierw rośniemy w siłę, potem budujemy na potęgę, a gdy na końcu wreszcie kalkulujemy, to wychodzi nam, że ten interes jest chory od chwili pomysłu. Nie zdziwi mnie, gdy za kilka lat miasta nie chcąc dopłacać do pustych obiektów, zaczną je rozbierać. Niektórzy twierdzą, że na drodze do rozsądku stoją ambicje prezydenta Gdyni. I pewnie coś w tym jest, bo dopiero niedawno prezydent Gdyni, po prasowej krytyce napisał do prezydenta Gdańska coś o współpracy, na co ten odpowiedział: „... Strategia dla metropolii musi być jedna. Dlatego propozycji, abyśmy działali równocześnie i się wzajemnie popierali, wolałbym nie komentować.... Szkoda, że oba miasta nie mają wspólnego wujka Józka, który pokazując granice przekonałby wszystkich, że Trójmiasto to jedno miasto.
          Gdybym to ja był prezydentem Gdańska, największego miasta w okolicy i siedziby władz całego regionu, to – tak jak prezydent Adamowicz – dążyłbym do stworzenia jednego, silnego i sprawnego organizmu miejskiego, który dbałby  o równomierny rozwój wszystkich, nie wyróżniając nikogo. 

Sopot fot. Waldemar Chyliński

          W sytuacji tych ciągłych nieporozumień między miastami najlepiej, jak napisałem na początku, wychodzi Sopot. Sopocki prezydent Jacek Karnowski lubi się z gdańskim prezydentem Pawłem Adamowiczem, a przewodniczący Rady Miasta Sopotu Wojciech Fułek z gdyńskim prezydentem Wojciechem Szczurkiem – i w ten oto sposób, spokojnie i bez fanfar, Sopot  stał się najbogatszą gminą w Polsce. 
         Może by tak związek miast nazywać po prostu Metropolią Gdańsk – Sopot – Gdynia i pożyczyć logo od dawnego WPK G–G? W skrócie można by tę naszą metropolię zapisywać jako GSG, co wszyscy powinni „kupić”. Gdynia mogłaby mówić, że pierwsze G to ona, a drugie to Gdańsk, zaś w Gdańsku mówiono by, że jest dokładnie na odwrót. Sopot w środku i tak by łowił swoje, bo w oku cyklonu zawsze jest cicho i spokojnie.
         By nasze GSG brzmiało światowo, to tak jak skrót Los Angeles – LA – czytamy z angielska: eL Ej, nasz skrót też by można czytać z angielska – Dżi Es Dżi!  
I będzie ok.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY