29 czerwca, 2013

Zmiany i... wszystko po staremu

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:50
          Swego czasu, we Wrocławiu Jacek Zwoźniak - nieodżałowany przyjaciel mój, lider zespołu BABA, autor popularnej " Ragazza da Napoli" (Ragazz da Provinazia), laureat festiwali piosenek w Krakowie i Opolu, a także zdobywca "Złotego Knebla" na Przeglądzie Piosenki Zakazanej w hali "Olivia" w 1981 roku - opowiedział mi o znanym Muzyku taką oto anegdotkę:
Muzyk, który z Krakowa przyjechał do Wrocławia na festiwal "Jazz nad Odrą", po upojnej nocy w studenckim klubie Pałacyk obudził się w swoim pokoju w Grand-Hotelu usytuowanym naprzeciwko dworca.


klub Pałacyk

Ponieważ  czuł się podle, postanowił coś w sobie, na sobie, bądź wokół siebie zmienić. W pierwszym odruchu chciał udać się na dworzec i porzucić przyczyny swego stanu, lecz doszedł do wniosku, że choć przyczyny porzuci, to skutki pojadą razem z nim. Pomysł ucieczki więc zarzucił, ale kombinował dalej. Postanowił się przebrać, wedle zasady: skoro piłeś w garniturze, to kaca lecz w dresie i odwrotnie. Niestety, ponieważ jego wyjazd na festiwal miał znamiona ucieczki z domu, to z ciuchów miał ,co miał i właśnie to, co miał, to miał na sobie. W tej sytuacji wpadł - jak mu się wydawało - na genialny pomysł, by zejść do hotelowego fryzjera. Było pusto, rozsiadł się w fotelu i zamówił zgolenie niewielkiej brody, co to ją już jakiś czas nosił z fasonem. Fryzjer zamówienie przyjął, owinął szyję Muzyka białą szmatką, obficie namydlił mu brodę i poszedł do nieodległego kąta ostrzyć brzytwę. Trwało to dłuższą chwilą, a w tym czasie Muzyka zemdliło i to co miał w żołądku pojawiło się w umywalce będącej podstawą lustra zawieszonego na przeciwko bladego Muzyka. Gdy zjawił się fryzjer i zobaczył, co zobaczył, pragnący jakoś wybrnąć z niekomfortowej sytuacji Muzyk rzekł - Tak pan golisz, że rzygać się chce. Po czym wstał, wytarł mydło w szmatkę i wyszedł.
          Jak z powyższej opowiastki wynika, zmiany bywają czasem złudnym pomysłem na lepsze, ale bywa też, że są całkiem niezłym sposobem na nudę, bądź... nudności. Jeżeli nawet przestawienie mebli nie zmieni domowemu aranżerowi stanu posiadania, to niewątpliwie zmieni mu nastrój i humor. Młodzi ludzie dla poprawy jakości swego losu często zmieniają pracę, uczniowie szkoły, dziewczyny chłopaków, a małżonkowie małżonków. Tylko dzieci i starcy nie mają co zmieniać, bo albo jeszcze, albo już nie ma czego na co.
          Ja dzisiaj postanowiłem zmienić szatę graficzną swojej strony. A co? Niech będzie trochę inaczej. Przynajmniej przez jakiś czas. A że ostatnio widziałem się z końmi, to niech ta moja szata będzie trochę westernowa. I ha ha!
          Pisałem ostatnio o Matytach nad Jeziorakiem i o gospodarzach agroturystycznego gospodarstwa Przystań - Dorocie Paśko-Sawczyńskiej i Jacku Sawczyńskim. Tak, jak przypuszczałem, książka Doroty zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że postanowiłem, tym razem wraz z Asią, odwiedzić brzegi Jezioraka raz jeszcze. Po drodze zahaczyliśmy o miejsca opisane w książce - Wieprz i Gubławki, ale celem podróży były Matyty.



Jeziorak, jak zawsze...



przywitał nas najpiękniejszymi swoimi widokami. Przy pomoście "Przystani" cumowały trzy łódki...



a może tam cumować co najmniej osiem. Mogę więc do Matyt nie tylko dojechać, ale też przypłynąć i zawsze będę miał gdzie przycupnąć. I zrobię to! Jeszcze tu dobiję.



Przypłynę, bo mam wrażenie, że zawsze znajdzie się powód, by pogadać z Dorotą i Jackiem.

od lewej Asia Jacek i Dorota

Prócz Jezioraka w Matytach Sawczyńscy, jak pisałem, mają też konie. Od wyboru...



do koloru... A najwięcej rasy huculskiej. Jak mi wyjaśniła Dorota - są to konie wytrzymałe, dzielne, samodzielne i spokojne.



Można się w Matytach nauczyć konno jeździć i można sobie pojeździć, bo jest gdzie i jest pięknie.

Lekcja jazdy konnej w Matytach

O jednym jednak trzeba w Matytach pamiętać -  żal wyjeżdżać...



Ale zawsze można wrócić i... wszystko będzie po staremu.

PS. Opowieść o życiu panny z Weepers polecam z całego serca wszystkim, którzy lubią przyglądać się życiu z różnych stron.  Koniecznie zaś książkę Doroty pt."Z Weepers do Wieprza droga panny Preuss" powinni przeczytać wszyscy, którzy kiedykolwiek byli, są lub będą nad Jeziorakiem, na Jezioraku, bądź w tamtych stronach. Tę niezwykłą powieść zamówić można bezpośrednio u autorki, pisząc na adres: matyty@post.pl
Polecam gorąco!!!
15 czerwca, 2013

Przypadki, cuda i zbiegi okoliczności

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:36
          W cuda nie wierzę. Czasami, gdy słyszę, że ktoś coś boskopodobnego zobaczył na szybie, na drzewie, czy na niebie, to mam poważne wątpliwości… co do zdrowia psychicznego cudownie nawiedzonego. Frapuje mnie natomiast zjawisko przypadku i zbiegu okoliczności.
          W połowie ubiegłego tygodnia, surfując po Internecie natknąłem się na informację o interesującej książce autorstwa Doroty Paśko-Sawczyńskiej. Wszystkie dzwonki w mojej głowie zaczęły dzwonić, gdy przeczytałem tytuł: "Z Weepers do Wieprza droga panny Preuss"
          Od dziecka nazwisko Preuss łączyło mi się z nazwą wsi Wieprz, a dokładnie z wyspą Bukowiec na jeziorze Jeziorak, która z Wieprzem połączona jest groblą. Wyspa ta do epoki Gierka, należała do rodziny Pruessów, która to rodzina swe korzenie wywodziła z czasów, gdy na tym terenie niepodzielnie rządzili Prusowie, zwani tu Pomezanami. Wyspę Prusowie nazywali Wepren. Ja wyspą na Jezioraku zainteresowałem się już jako młode chłopię, gdy na wyspie tej byłem uczestnikiem obozu żeglarskiego zorganizowanego przez klub mojego ojca - Yacht Klub Stoczni Północnej. Pamiętam, że szefem i komendantem obozu był przemiły i nadzwyczaj spokojny Stanisław Paszko - na zdjęciu poniżej pierwszy po lewej stronie. Zdobyłem wtedy swój pierwszy stopień żeglarskiego wtajemniczenia - stopień Żeglarza. Pamiętam, że na wyspie było gospodarstwo, że mieszkał tam ktoś z Preussów i pamiętam, że był tam też mały cmentarz rodzinny.



          Na zdjęciu powyżej ja, to ten jasnowłosy młodzian, drugi z prawej, a obok mojej Mamy ubranej w białe spodnie, stoi mój Tato wyraźnie zachwycony harcersko-żeglarskim obyczajem zbierania się rano i wieczorem.  Zdjęcie przedstawia apel uczestników obozu na wyspie Bukowiec w roku 1966. Cóż to były za czasy...  Kto zaglądał już do mojego blogu, bądź czytał powieścio-gawędę „Widłąg”, ten wie, że tereny wokół Iławy są mi szczególnie bliskie, bo stamtąd pochodzi moja rodzina od strony ojca i tam, na Jezioraku spędzałem przez ponad dwadzieścia lat  wszystkie swoje dziecięce i młodzieżowe wakacje.
Zapisałem sobie adres strony z informacją o książce, by zaraz po powrocie z wyprawy, jaka mi się szykowała właśnie w tamte strony, móc ją zamówić.
          Mój wyjazd wiązał się z zaproszeniem na urodziny Piotra Bakala – barda, pomysłodawcy i głównego organizatora Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki Autorskiej, którego to Przeglądu Nr.1 w 1978 roku byłem laureatem. Piotr nie tylko wymyślił ten festiwal, ale przez lata "rozbudowując" go i uparcie promując sprawił, że piosenka autorska ma dziś swoje, zauważalne miejsce w polskiej kulturze.
          Nim jednak do Piotra dotarłem, jak zawsze przejeżdżając przez Małdyty skręciłem na Morąg. Nie mogłem odmówić sobie przyjemności popatrzenia na Kanał Elbląski, który tyle razy wiódł mnie ku szczęściu....

Kanał Elbląski fot. W Chyliński
fot. W. Chyliński

i na jezioro Ruda Woda, na którym pierwszy raz w życiu, kilkuletniemu szkrabowi, ojciec pozwolił - w ramach uczenia syna żeglarstwa - na prawie godzinny, mój pierwszy, samotny rejs.


fot. W. Chyliński
 
          Niecały rok temu życiowa partnerka Piotra – Kasia Byks nabyła między jeziorem Ruda Woda, a Jeziorakiem urocze siedlisko położone wśród naprawdę pięknych okoliczności przyrody.


fot. W.Chyliński

          Właśnie tam, do domu Kasi i Piotra dojechałem w końcu w ubiegły piątek, jadąc niespiesznie z Gdyni krajową siódemką. Jechałem krótko, nieco ponad godzinę i dziwiłem się, że to tak szybko, że tak blisko. Łódką z Gdańska do Małdyt płynęliśmy dwa dni. Przez myśl mi nawet przeszło, że ta odległość się skróciła nie dzięki nowej drodze i mocy silnika, ale przez czas, który coraz szybciej mi upływa. Ot, po prostu...
Na miejscu zbierali się już zaproszeni goście - przyjaciele Piotra i Kasi.

U kasi i Piotra na Mazurach fot. M Cofta
fot. Mariusz Cofta

          Wśród gości byli też moi starzy znajomi, a wszyscy szczególni, niezwykli i serdeczni. Był m.in.Tomek Kordeusz, z którym ostatni raz widziałem się na festiwalu w Opolu w 1987 roku

Tomek Kordeusz
fot. W. Chyliński

Wtedy, w Opolu jego piosenka „Mamy po dwadzieścia lat” śpiewana przez Halinę Benedyk święciła prawdziwe tryumfy, a Tomek chodził w glorii i chwale. Wygrał tamto Opole, a piosenka była przebojem.



          Cieszyłem się więc ze spotkania tylu pięknych ludzi, cieszyłem z pięknej pogody, z chwili odpoczynku, oddechu i zapomnienia wspomaganego nieco alkoholem.
Bawiliśmy się do białego rana, pospołu śpiewając, żartując i sycąc własnym towarzystwem.
Wśród gości Kasi i Piotra było też małżeństwo, które zaprosiło nas wszystkich następnego dnia do siebie. Mieszkali niedaleko, parę kilometrów dalej, w  małej wsi położonej nad Jeziorakiem.


fot. Mariusz Cofta

          W sobotę pojechaliśmy więc w gościnę do Matyt, bo tak zwie wieś, do której nas zaproszono. Tam okazało się, że moi nowi znajomi od kilku lat z dużym sukcesem prowadzą piękne gospodarstwo agroturystyczne „Przystań”. Ona, absolwentka AWF w Poznaniu i SGH w Warszawie, on artysta plastyk po ASP w Krakowie odnaleźli się, gdy któregoś lata on przypłynął do niej na jachcie o znaczącej i proroczej, jak się okazało, nazwie „Losu Dar”. Ten los sprawił, że teraz mają dwójkę dzieci, hotelik, małą restaurację, 20 hektarów ziemi, 20 koni i przy domu własny pomost na moim ukochanym jeziorze. Dane mi było zwiedzić ten dar, to gospodarstwo, zobaczyć pokaz akrobacji na koniach i miło pogawędzić o życiu z uroczym i bardzo inteligentnym Stasiem - synem gospodarzy. Siedząc ze Stasiem na łące, jak na obrazie Chełmońskiego, mogłem tylko podziwiać i zachwycać się nieskończenie wszystkim co widziałem.


fot. Mariusz Cofta

          I wszystko byłoby równie piękne i niebywałe, gdyby nie to, że najpiękniejsze i najdziwniejsze miało dopiero nastąpić. Zorientowałem się w pewnej chwili rozmowy z gospodynią "Przystani", iż mam do czynienia nie tylko z Panią na Matytach, ale też z autorką książki, o której dwa dni wcześniej tak intensywnie myślałem, i którą to książkę obiecałem sobie przez Internet rychło zamówić.
Jeżeli to nie był przypadek, to musiał to być niezwykły zbieg okoliczności, bo w cuda, jak napisałem na początku, to ja nie wierzę.
          Z Matyt wyjechałem z książką i z miłą w niej dedykacją, z której wynika, że moje piosenki towarzyszą Dorocie od prawie trzydziestu lat. Wyjechałem też, mam nadzieję, z nową przyjaźnią.
          Po powrocie do domu okazało się, że pierwszą czytelniczką książki Doroty Paśko-Sawczyńskiej chce być moja Mama. Już po przeczytaniu kilku stron dotarły do mnie jej słowa – Boże, to jest tak napisane, że wszystko jest jak żywe. Jakbym tam była, a przecież tyle lat już po Jezioraku nie pływałam. A pamiętasz ten maleńki, rodzinny cmentarzyk Preussów na wyspie?
Teraz ja zaczynam lekturę i już wiem, że będzie to dla mnie wzruszające zajęcie i pięknie spędzony czas. Wiem też, że do gospodarstwa "Przystań", gdzie Dorota z Jackiem "... piękne pędzą chwile, gościnnością otoczony, przyjmowany mile..." będę wracał. Polecam wszystkim książkę Doroty, miejsce Matyty, gospodarstwo "Przystań" i tych wszystkich wspaniałych ludzi, których spotkałem nad cudownym jeziorem Jeziorak.


06 czerwca, 2013

Czemu ja

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:37
           –  Czemu ja? – pytał mój syn, gdy prosiliśmy go, by coś zrobił. Ledwo zaczął chodzić i mówić, a już bronił swojej odrębności, indywidualności i świętego spokoju. –  Temu, że cię prosimy, temu, że masz być z nami, a nie osobno i temu, że nas kochasz, jako i my ciebie kochamy – odpowiadałem, ale pomagało tylko do następnego razu, następnej prośby czy polecenia. Potem „czemujowanie” jakoś przeszło i tylko przezwisko do Radka na dłużej przylgnęło: „Czemuja". A i o tym przezwisku pewnie całkiem bym zapomniał, gdybym kilka dni temu nie zobaczył w TVN napisu na pasku z pytaniem, które się zaczynało od pięknego słowa „Czego":


 
          Gdyby to pytanie „Czego...?" dotyczyło jeszcze czego innego... ? Ale ono dotyczyło oświaty, więc się zdziwiłem. Z powyższego zdjęcia wynika jasna odpowiedź, dlaczego rodzice masowo rezygnują ze szkół publicznych – rezygnują, bo widzą w TVN do czego prowadzi niezrezygnowanie. Nie czepiam się stacji TVN, a gdzieżby tam, nawet bardzo ją lubię i oglądam bez przerwy,  mimo że mi kiedyś nie zapłaciła za wywiad, co sama zaproponowała. Widać po tym pasku, że TVN nadal nie ma pieniędzy i oszczędza kosztem jakości.
         Krzysztof Kowalkowski, przyjaciel mój i dawny sąsiad, o którym czasami tu wspominam, a który nie dość, że tyra w normalnej, urzędniczej pracy, to zanurzył się też po same uszy w pisarstwie i wydał kolejną książkę. Tym razem nie jest to monografia, którejś z pięknych, kociewskich miejscowości, ale rzecz o polskim pilocie, który zginął nad Holandią – Alojzym Gusowskim. Krzysztof do pracy nad tą książką przyłożył się tym bardziej, że bohaterem jego dzieła jest wujek jego żony. Niedawno w Holandii odbyła się miła uroczystość, o której napisano nawet w ichniejszej gazecie:


          Wciąż słyszymy o tym, że ktoś za granicą odniósł sukces i mu cały świat gratulował. Tymczasem Krzysztof pojechał do Holandii, by pogratulować i podziękować Holendrom. To miły i rzadki gest, zważywszy na okoliczności. W holenderskiej gazecie napisali o tym tak:
Raalte: – Na początku stycznia została w Polsce zaprezentowana książka poświęcona Alojzemu Gusowskiemu. Ten polski pilot zginął w katastrofie wraz z innymi członkami załogi 20 czerwca 1942 r. w okolicach Schoonheten, podczas powrotnego lotu z Osnabruck, po zbombardowaniu tego miasta. Jeden z Polaków przeżył tę katastrofę, czterech innych, między innymi Gusowski, zginęło.
We wtorek po południu polski autor książki przekazał ją burmistrzowi gminy Raalte
Pietowi Zoonowi. Tą ceremonią chciał autor książki Krzysztof Kowalkowski i jego małżonka Elżbieta, bratanica Gusowskiego, przekazać swoje wielkie uznanie za utrzymywanie grobów pilotów na cmentarzu miejskim przy ulicy Westdorplaan, gdzie znajduje sie ich ostatnie miejsce spoczynku. Jest dla nas wielkim zaszczytem fakt, ze historia o II wojnie światowej zostaje przekazywana uczniom, którzy zaangażowani są i biorą udział w obchodach uroczystości przy grobach polskich pilotów” mówiła Elżbieta płynnie w języku angielskim. Również wyraziła swoje wielkie uznanie dla pracy swojego męża, który z małej książki o Gusowskim w miarę upływu czasu, mając coraz więcej informacji i zdjęć, powiększył ją do 135 stron. To jest znaczące osiągnięcie dla mojej rodziny!”. Podziękowała również rodzinie Wassing, którą poznała w 1985 r. Appie Wassing jest od kilkunastu lat aktywnym członkiem Towarzystwa Przyjaciół Polskiego Dziecka raaltowskiego stowarzyszenia, i on też był zaangażowany w uczczenie pamięci poległych pilotów. Rodziny czterech poległych pilotów również wtedy przyjechały do Raalte i od tego czasu ze wszystkimi utrzymywany jest kontakt. W czasach, gdy w Polsce panował komunizm, musiano organizować się po kryjomu. Dzwoniliśmy wtedy późnym wieczorem, ponieważ była większa szansa na to, żeby nie być podsłuchiwanym przez służby sowieckie” śmieje się Wassing. Liczne kontakty z Polakami doprowadziły do tego, że ma polskiego zięcia i polską synową.
Burmistrz Piet Zoon również wyraził swoje uznanie.  Życiorys Gusowskiego chce wykorzystać w nadchodzących obchodach około 4 maja. Razem z Wassingiem i Richardem Woolderinkiem, autorem książki
Raalte w czasie wojny”, miał krótką rozmowę o rodzinach poległych pilotów, które planuje zaprosić do Raalte w maju 2014 albo 2015 r., aby wspólnie  obchodzić uroczystości związane z Dniem Zwycięstwa.
 Tłumaczenie: Elżbieta Wassing
          Podziwiam Krzyśka za jego badawczą i pisarską pasję. Nie pyta „Czemu ja?", nie docieka „czego" mu tak mało płacą za tak dobrą robotę, tylko robi pożyteczne, piękne i porządne rzeczy. Miło mieć takich ludzi, jak Krzysztof, za przyjaciół. Gratuluję Ci, Krzysiu, książki i gestu – i dziękuję, że jesteś.
          U nas też będzie wielka uroczystość.  Za kilka dni moja wnusia Igusia skończy roczek.

Iga Chylińska

          Od jakiegoś czasu czekaliśmy na jej pierwszy krok. Wszystko wskazywało, że ten pierwszy w życiu krok Iga zrobi przed urodzinami i stało się – od dwóch dni nasza wnusia Igusia chodzi sama, bez niczyjej pomocy. Może niezbyt pewnie, ale za to uparcie stawia nogi na ziemi, a resztę na swoim.

Igusia i Asia Chylińskie

          Radość w związku z tym ogarnęła nas wielka i końca jej nie widać. Nie ukrywam, że trochę z niepokojem będę teraz czekać na Igi pierwsze słowa i zdania. Mam nadzieję, że nie będzie to pytanie: – Czemu ja?
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY