04 paĽdziernika, 2013

Tekst wiersz słowa

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:57
        Dostałem list. Napisała do mnie znajoma znajomych z Facebooka i zadała kilka pytań. Napisała, że moje odpowiedzi potrzebne są jej do pracy, więc zlekceważyć nijak nie wypadało, zaś w kilku słowach też odpowiedzieć nie umiałem.
Wśród pytań: Czym jest dla Pana poezja? Czym jest poezja śpiewana? Co dla Pana jest ważniejsze – tekst czy muzyka? A może postawić należy znak równości między muzyką a tekstem? – były i zahaczające o aktualia: Jak ocenia Pan dzisiejszą publiczność? – i – Czy coś się zmieniło przez ostatnie lata?.
        Ernest Hemingway mawiał, że człowiek na starość wcale nie mądrzeje, tylko staje się ostrożny. Młodym jestem teraz w sposób dość umiarkowany, więc i ten, spośród wielu innych, powód sprawia, że wbrew oczekiwaniom nie jest mi łatwo odpowiedzieć na takie pytania. Oceniać obecny stan rzeczy w piosence mi trudno, bom człek wygodny i leniwy, i z wiekiem coraz  trudniej przychodzi mi szukać okazji, by ucha nadstawić. W mass-mediach, bez specjalnych poszukiwań, piosenek z interesującym tekstem prawie nie uświadczysz, więc o dniu dzisiejszym w piosence wiem tyle, co przypadkiem się dowiem. Ale spróbuję generalnie, „po linii i na bazie” tego, co mi chodzi po głowie napisać coś na temat.
          Z przedszkola nie pamiętam wiele, ale zapamiętałem piosenkę o maju, która bardzo podnosiła mnie na duchu. Zmęczony zimą, śnieżną breją na ulicy i przymrozkami, przygnębiony chłodnym mrokiem przy śniadaniu i wczesnymi wieczorami, zirytowany pończochami, które od jesieni co rano trzeba było wciągać na zaspane nogi i wiecznie zmarznięty, gdy przychodził maj ochoczo śpiewałem żwawą pieśń w nadziei na więcej słońca za oknem. I życzenie spełniało się szybko, bo drzewa i ptaki, trawniki i podwórka w całym mieście coraz bardziej budziły się do życia. Ubranie stawało się lżejsze, w powietrzu wisiała radosna obietnica lata, a w piaskownicy, jak na zdjęciu poniżej, znów kusiły babki. Ja to ten pierwszy od prawej.



Chodziliśmy po sali parami w kółko i ile tchu w piersiach pokrzykując czasem,  śpiewaliśmy: Maj, maj jest na ziemi/ Świat, świat się zieleni/ Raz, dwa przedszkolacy/ Raz, dwa trzy
To była pierwsza zapamiętana przeze mnie piosenka. Miała radosną melodię, a tekst składnie informował, że Dziś majowe mamy święto/ A więc z miną uśmiechniętą/ Wędrujemy w świat/ Wędrujemy w świat
          Chyba właśnie wtedy moja podświadomość pojęła, że piosenka może być jak sprawiające błogość ciastko, i jak lekarstwo, uwalniające ciało od bólu. Nie zastanawiałem się jeszcze wtedy nad jakością i jednością tekstu i muzyki, nie dochodziłem, czy treść odnosi się do święta robotników, czy do święta św. Józefa robotnika – i mało mnie to obchodziło. Wtedy śpiewałem pod portretami komunistów, choć dzisiaj byłoby inaczej, gdyż tekst tej piosenki odnalazłem na portalu katolickim.
           Że tekst może mieć zasadnicze i negatywne znaczenie dla odbiorcy piosenki dowiedziałem się już w szkole podstawowej. Nim Beatlesi zawładnęli światową wyobraźnią, brutalnie zetknąłem się z obowiązującą w Polsce doktryną muzyczną, serwującą młodzieży wartości socjalistycznej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Nasza pani od śpiewu kazała mi w trzeciej klasie przychodzić na zajęcia chóru, gdzie śpiewało się głównie jakąś pieśń o taczankach i Czapajewie. Tamtym paniom od śpiewu powinniśmy dzisiaj z honorami dać medale, bo jak mało kto potrafiły zwykłą piosenką skutecznie zniszczyć w całym pokoleniu sympatię, jeżeli ktoś jakąś miał, do bratniego narodu, który zafundował nam ustrój zadekretowanego szczęścia. Przez tego Czapajewa znienawidziłem wszelkie utwory słowno-muzyczne i już myślałem, że na zawsze, ale…
          Pewnego dnia w mego ojca ukochanym radio marki Beethoven  Krystyna Konarska cudnie zaśpiewała „… to ja sprawiłam, że za tobą chodzi w ślad melodyjka ta, la, la, lalalala, la, la la…” Zakochałem się w tej piosence od razu i zrozumiałem, że piosenki, oprócz tego, że spełniają życzenia, to jeszcze rodzą emocje i przechowują je w pamięci zwrotek i refrenów. Wystarczy zanucić kilka nutek jakiejś dawnej piosenki, by wszystko, co kiedyś wraz z nią w duszy grało, odezwało się na nowo pełną harmonią uczuć i wspomnień.



          Nie mogąc się uwolnić od miłego uszom motywu, „lalałem” sobie piosenkę „Powracająca melodyjka” bez przerwy, bo było w niej to coś, co zniewala. Później jeszcze wiele różnych piosenek czepiało się moich uszu i nie dawało o sobie zapomnieć, ale tamta była zdecydowanie pierwsza.
          Czasami jest w piosence taka siła, która szlagwortem ogłuszy, cantem zachwyci, refrenem zwiąże i bez pardonu z człowieka niewolnika zrobi. Tę niemożność uwolnienia się od muzycznej frazy spróbowałem opisać kiedyś w piosence, którą nagrał Andrzej Donarski z zespołem Mr. Zoob, a kabaret Limo skręcił do niej, wraz z Donarem, teledysk.



          Napisałem tekst, a gdy Andrzej przysłał mi muzykę, zorientowałem się, że wpadłem w pułapkę, którą zastawiłem i przez dłuższy czas w kółko „kręciło” mi się w głowie „… i tak w koło lata i tak sra ta ta ta…”
          Jak prawie wszyscy kochałem Beatlesów, ale prawdę o świecie i o sobie odnalazłem i wypiekłem z zupełnie innego muzycznego ciasta. To Tadeusz Woźniak był tym artystą, którego piosenki, gdy byłem w miarę dojrzałym już młodzieńcem, zniewoliły mnie od pierwszego słuchania. 



          Sławny „Zegarmistrz światła”, nim stał się przebojem, najpierw zaciekawił. „Smak i zapach pomarańczy” już zachwycił, a „Ballada o Potęgowej” i "Pośrodku świata" powaliły mnie na kolana. Całość twórczości Tadeusza Woźniaka unosiła mnie nad ziemią. Do dzisiaj wożę ze sobą w samochodzie płytę z piosenkami tego barda nad bardami, by w każdej chwili móc odnaleźć uczucie, które sprawi, że choć na chwilę zrobi mi się mądrzej i piękniej na tym łez padole. Taką terapeutyczną moc ma słowo odziane w muzykę, gdy dobry kompozytor potrafi znaleźć akurat tę właściwą nutę, która przy tym właśnie tekście warta jest wszystkich pieniędzy tego świata.



          Waga słowa związanego z muzyką jest nieporównywalna do czegokolwiek, co służy estetycznemu przedstawianiu złożoności życia. Jeżeli muzyka sama z siebie jest sztuką i poezja jest sztuką, to połączenie tych dwóch wartości z wykonaniem, które także jest sztuką, może objawić się, jako cud powszechnego zachwytu, oszołomienia i zrozumienia jednocześnie.
          Dlaczego i po co, dla kogo i z jakim przesłaniem pisze się wiersze, tego nie wiem. Wiem tylko, że samo uzewnętrznianie się w słowach pisanych na papierze było dla mnie zawsze kwintesencją burzy myśli i wrażeń, niepokojów i euforii. Było streszczeniem wszelkich stanów psychicznych i nastrojów, jakie się we mnie i wokół mnie kłębiły. Było musem wyrażania się w ten, a nie w inny sposób.
         Tak więc wiersze same się rodziły i gdyby nie przypadkowy debiut w prasie, umarłyby pewnie spokojnie w szufladach. Przypadek też sprawił, że kiedyś znajomy sięgnął po jeden z nich i skojarzył go z muzyką, a następnie zaśpiewał. Po kilku miesiącach piosenkę z tym wierszem znało już bardzo wiele osób, gdyż nie tylko krążyła na taśmach, nagrywanych gdzieś na koncertach, ale też dlatego, że szybko wydano ją w wielu studenckich śpiewnikach. Taka była i jest siła słowa w piosence, że nakład właściwie drukuje się sam i nie można wyznaczyć mu końca.
         I  w tym momencie dochodzimy do pytania: Co wierszem, a co tekstem jest w piosence? Są tacy, którzy na swoich płytach nieudolnie bawią się w literackich krytyków i ogłaszają, że jedna piosenka jest do wiersza, inna do tekstu, a jeszcze inna do słów. Jak oni to wartościują, jakie mają powody, o co im chodzi i co im to daje – nie wiem. Mądrzy zazwyczaj piszą przy wszystkich tytułach, że utwór jest do tekstu lub do słów i nie kombinują, bo jak ocenić np. „Remedium” – piosenkę śpiewaną przez Marylę Rodowicz. Czy warstwa słowna użyta w tym utworze czystą poezją jest, czyli wierszem, czy też jest to zwykły tekst? A może to tylko słowa?
         Wśród wielkich polskich tekściarzy są: Julian Tuwim, Marian Hemar, Jeremi Przybora, Agnieszka Osiecka, Magda Czapińska, Bogdan Loebl, Bogdan Chorążuk, Jonasz Kofta, Jacek Kaczmarski czy Wojciech Młynarski. Dla mnie to poeci, choć Młynarski przed określeniem „poeta” broni się rękami i nogami, uznając siebie za fachowego tekściarza, by nie rzec – dobrego rzemieślnika. Z moich skromnych doświadczeń wynika, że –  niestety – nie każdy tekst bywa poezją, za to prawie każda poezja może być tekstem. Co za tym idzie – rzecz jest nie w nazewnictwie i przyporządkowaniu, ale w wartości tego czegoś ulotnego, co sprawia, że nagle dostrzegamy to, co nas urzeka mądrością i urodą. Myślę, że tacy poeci piosenki, jak: Andrzej Poniedzielski, Grzegorz Tomczak, Piotr Bukartyk, Robert Kasprzycki czy inni, mają podobne zdanie. Wszystko zależy od tego jak i po co słowa zostały złożone do kupy.
          Dobry poeta, który bywa tekściarzem i tekściarz, który bywa poetą, wiedzą, że czasem tekst podbija i niesie muzykę, a czasem należy tylko lekko muzykę okrasić słowem, by nie przeszkadzać jej powabom. Dobry kompozytor zaś wie, że zupełnie inaczej splata się muzykę ze słowem, które waży i może istnieć samodzielnie, a inaczej, gdy słowo samo śpiewa i wybija rytm. Inaczej traktuje się małżeństwo muzyki z tekstem, gdy chodzi o zabawę, a inaczej, gdy rzecz jest w filozoficznej zadumie zakreślona. Inaczej, gdy piosenka pisana jest dla umilenia czasu, a inaczej, gdy czas ten próbuje jakoś nazwać i zrozumieć. Być może właśnie o tym rozmawiałem kiedyś z kompozytorką Elą Adamiak, wyciągając jakiś tekst z portfela.



          Za tzw. komuny, gdy były trzy kanały radiowe i dwa telewizyjne, o życiu bądź śmierci piosenki decydował często jeden redaktor. Od jego gustu i widzimisię zależało, czy coś ukazało się na antenie, czy nie. Oprócz oficjalnego życia kulturalnego istniało też drugie życie artystyczne, nieoficjalne, studenckie, które unikało przymusu i cenzury. Właśnie w tym drugim życiu żyło się bardziej prawdziwie. Można się było prawdą wysłowić, na co wiele przykładów znaleźć można – choćby w twórczości Jacka Kaczmarskiego, tyle że o sukcesie finansowym raczej marzyć nie było co. Publiczność w klubach studenckich miała świadomość, że przychodząc na koncert „swoich” artystów uczestniczy w tworzeniu innej, niż oficjalna rzeczywistości. Między „podmiotem wykonawczym”, a „podmiotem odbiorczym” wzbudzała się nie tylko fala, na której obydwaj odbierali, ale też i swoista, prawie rodzinna więź, o którą dzisiaj trudno. Sadzę, że dzisiaj redaktor w rozgłośni czy stacji TV, jeżeli nie ma swojego programu autorskiego, to nie ma nic do gadania. Jak kiedyś rządził układ, tak teraz wszystkim rządzi kasa, o czym świadczą plastikowe popisy plastikowych piosenkarek, które plastikowymi długopisami same sobie piszą plastikowe teksty o plastikowych wartościach i plastikowych uczuciach w ich całkiem realnym życiu. Kasa sprawia, że zawód tworzącego dla innych tekściarza zanika.  Jeżeli nawet trafi się jakiś niegłupi koncert i wytworzy się czuła i inteligentna więź z publicznością, to i tak gdzieś na końcu życie dopisze do rachunku cenę za relatywizm – ducha dzisiejszych czasów.
          Na szczęście jest tak, że każde pokolenie ma swoich tekściarzy i każdy czas ma swoich poetów. Choć nie każdy wiersz ma muzykę, to każda piosenka ma słowa. Życie nie znosi pustki, więc i dzisiaj na pewno powstają piękne wiersze, które można śpiewać i dobre teksty, które z muzyką łatwo zapamiętać i powtórzyć. Są też tacy ludzie, jak Piotr Bakal, który od lat organizując przeglądy bardów, choć trochę stara się pamiętać o autorach słów piosenek. Może to jest jakiś pomysł, by zorganizować im specjalną imprezę? Może warto znaleźć czas dla poetów piosenki? Muszę o tym pomyśleć.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY