07 lutego, 2014

Z lamusa

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:24
          Wszystko zmienia się w takim tempie, że nadążyć nie sposób. Wziąłem wczoraj do ręki gitarę, a że przyplątała mi się jakaś nowa melodyjka, to chciałem ją zapamiętać. Odnalazłem na dnie szuflady dyktafon i starym sposobem chciałem nowy motyw nagrać. Nacisnąłem na klawisz i... nic. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że dyktafon nagrywa na maleńkiej taśmie kasetowej, której w środku nie ma. Szczęśliwie wśród jakichś starych rupieci taką taśmę odnalazłem. Nie wpadło mi do głowy, że mógłbym swój pomysł nagrać na komputerze, tablecie, czy telefonie, który leżał obok.
          Dobrą chwilę trwało, nim olśniło mnie, że srebrzysty, prawie nieużywany i leżący przede mną dyktafon oraz maleńka taśma w kasecie, wciąż jeszcze fabrycznie zapakowana w folię, to już przeżytki – obiekty muzealne i relikty przeszłości. Nie do wiary...
          Bez fanfar i kampanii reklamowej, jakiś czas temu moje „Codzienności” wzbogaciłem o link do podstrony, na której ogłaszam, że mam do sprzedania obie swoje autorskie płyty.
          Kto z prawej strony  bloga zauważy link „Tu do nabycia”, kliknie i przeczyta, ten dowie się, że mam na zbyciu coś, czego nigdy nie miałem w nadmiarze. Właściwie to nigdy nie miałem tyle, bym mógł oferować do sprzedaży. A teraz, po dziesięciu latach od wydania, mam i polecam.
          Mimo braku reklamy i mało widocznego linku, muszę się pochwalić, że moje płyty wciąż znajdują nabywców. Cieszy mnie to bardzo, bo w dzisiejszych czasach, gdy artysta ogłosi się z efektem swojej pracy, to bez wsparcia wydawców, sponsorów, mediów i przeróżnych korporacji, ma nikłe szanse na zaistnienie i dotarcie do większej niż rodzina liczby słuchaczy – nie mówiąc już o zdobyciu popularności, choćby na swoim podwórku.



          Jak wspomniałem, moje płyty wydane zostały ponad dziesięć lat temu. Wydawca, czyli Sławek Słupski, który wpadł na wydawniczy pomysł i bardzo dopingował mnie w działaniu, wziął na siebie także ryzyko i spory wysiłek finansowy. Nie sposób też nie pamiętać o Ewie Swacynie – żonie Andrzeja, która z dużym zaangażowaniem patronowała całemu przedsięwzięciu. Bez natchnienia tej dwójki ludzi nic by się nie stało i nic by nie było. Zagonienie mnie  w tamtym czasie do roboty było tym, czym jest szkwał dla znudzonych flautą żagli. Ruszyłem się i popłynąłem, mój rejs trwał nadal.
          Z promocją pierwszej płyty firma Sławka poradziła sobie znakomicie. Płyta została dołączona do miesięcznika „Zabytki” i była z nim reklamowana. Sam natknąłem się w kilku kioskach na plakat ze swoją podobizną.
          Z drugą płytą nie poszło już tak łatwo. Ogłoszenie, że wydałem płytę z wielu powodów spadło na moje barki. I prawdę mówiąc, gdyby nie przychylność Niny Terentiew, wtedy szefowej II programu TVP, Teresy Drozdy  i Janusza Deblessema z  radiowej „Trójki”, gdyby nie szczodrość Andrzeja Rezlera – ówczesnego wicedyrektora internetowej spółki TP, firmy Signet i czegoś tam jeszcze, gdyby nie sympatia dla mnie Piotra Bakala, który przy okazji festiwalu OPPA zorganizował w Warszawie mały koncert promocyjny płyty „Słowa...”,  i wreszcie gdyby nie łaskawość kilku prasowych dziennikarzy, to pies z przetrąconym uchem, by o moich nowych wtedy i starych, ale na nowo nagranych piosenkach nie usłyszał.  Do dzisiaj tamtą przychylność i pomoc wszystkim pamiętam i wszystkim jestem wciąż za to niezmiernie wdzięczny. 
          Nie mógłbym dzisiaj oferować płyt wydanych przed dekadą, gdyby nie fakt, że jakimś cudem część płyt, o których myśleliśmy, że już nie istnieją, odnalazła się w magazynie. W sfatygowanym, zakurzonym kartonie, gdzieś w ciemnym kącie firmowego magazynu leżały sobie zapomniane. Dzięki temu zapomnieniu, coś, co było wyczerpane, jest jeszcze do nabycia.
          Pierwsza z płyt „A może tylko nam się zdaje” jest zbiorem, wyciągniętych – często z piwnic zaprzyjaźnionych fanów piosenki poetyckiej – nagrań, które tkwiły tam od dziesiątków lat. Piosenki nagrane na taśmach szpulowych starych magnetofonów Tonette i ZK-140 szumią i trzeszczą. Śpiewane gdzieś w małych klubach studenckich i młodzieżowych przywracają wspomnienia młodości. Dla amatorów starych klimatów, koneserów i zbieraczy śladów po dawnych czasach, płyta ta może być całkiem dobrym uzupełnieniem kolekcji.
          W większości śpiewanych wtedy piosenek towarzyszył mi na gitarze niezapomniany Andrzej Swacyna. Na kiepskiej jakości zdjęciu z tamtych czasów od lewej widać Andrzeja i mnie podczas jakiegoś występu. Gdzie i kiedy odbył się ten koncert – nie wiem. Pewne jest tylko to, że działo się  to pomiędzy 1976 a 1980 rokiem.



          Druga płyta „Słowa...” powstawała na normalnych zasadach. Została zaplanowana, przemyślana, nagrana i wydana, tak jak chcieliśmy. O organizację, teksty i vocal martwiłem się ja, natomiast aranżacjami i opracowaniem muzycznym całości zajmował się Wojtek Staroniewicz – znakomity saksofonista jazzowy i producent muzyczny. On też – przyjaciel od lat młodzieńczych – do współpracy przy naszym przedsięwzięciu zapraszał muzyków. W ten oto sposób w nagraniach moich piosenek udział wzięli świetni instrumentaliści jazzowi, najlepsi nie tylko na Wybrzeżu. Dzięki temu, płyta wciąż nie traci – nie tylko moim zdaniem – na wartości, choć ja, niestety, nieuchronnie posuwam się w czasie.



           O tym, że muzyki naszej czas nie rusza i ona wciąż się podoba, przekonałem się niedawno, gdy trafiłem kilka dni temu na blog „Babskim Uchem” autorstwa Marty Ratajczak z Poznania – fanki i znawczyni jazzu. Na jej blogu ukazała się świeża recenzja płyty „Słowa...”.  Proszę przeczytać „Babskim Uchem”, a przekonacie się sami.
          Jeżeli ktoś z Drogich Czytelników i Przyjaciół tych „Codzienności” nie ma jeszcze w kolekcji moich płyt – to zachęcam... Płyta CD też już przechodzi do lamusa, więc może tym bardziej warto mieć na pamiątkę taką płytę, na której muzyka do lamusa wciąż się nie wybiera. Wystarczy kliknąć na podstronę „Tu do nabycia!!!” i zamówić, a wnet listonosz zadzwoni do drzwi z przesyłką. smiley
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY