14 marca, 2014

Wojna, pokój, czacza i coś jeszcze

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:29
             Nie było w nim nic nadzwyczajnego. Ot, przeciętny facet, niezbyt wielkiego wzrostu, z uśmiechem od ucha do ucha i słabym, ale wyczuwalnym, góralskim zaśpiewem w głosie. Siedziałem z Asią przy stoliku w mesie małego, starego statku wycieczkowego i czułem się jak inżynier Mamoń. Zdaje się, że żona tego gościa miała na imię Halinka i, podobnie jak mąż, życie traktowała z humorem. Ucieszyłem się, że z tak pozytywnie do życia nastawionymi ludźmi przyjdzie nam w tym rejsie spędzić przy jednym stole trochę czasu. Pani Halinka z Asią błyskawicznie znalazły wspólne tematy do rozmowy. Nam, facetom, z początku poznawanie się szło dość opornie. On miał na imię Wojtek i był moim rówieśnikiem. Wtedy mieszkał w Katowicach.
          Nasz statek, który od dawna powinien golić radzieckie brody, kołysał się wśród fal, a my bujaliśmy się płynąc nim od portu do portu po Morzu Czarnym, gdyż mojej żonie przyszło jesienią do głowy, że grudzień tamtego, 1988 roku najpiękniej spędzimy w rejsie od Odessy do Batumi.
          Niezbyt chętnie dałem się namówić na tę eskapadę. W mojej rodzinie wciąż żywe były wspomnienia z czasów wojny. O agresorach z 1 września 1939 roku i tych z 17 września bardzo źle u nas mówiono. Niemców i Rosjan nie lubiano. Nie pomagało istnienie NRD i nie pomogły obowiązkowe lekcje rosyjskiego czy lektury o Arteku. Moje osobiste doświadczenia też nie zachęcały do podróży. Kilka lat wcześniej wraz z Elą Adamiak...
        
Ela Adamiak

...i Andrzejem Poniedzielskim odwiedziliśmy Moskwę i Leningrad. Dziwna, śmieszna i straszna jednocześnie była to wizyta. Pojechaliśmy tam z koncertami i mieliśmy według organizatorów dziesięć dni na zapoznanie się z tym „rajem na ziemi". W stolicy światowego proletariatu niespodziewanie, poza planem podróży, zostaliśmy zaproszeni do Teatru na Tagance, gdzie mieliśmy zaśpiewać kilka ballad i poznać Włodzimierza Wysockiego. Nie poznaliśmy, bo nasz „propusk” na stolicę kończył się dzień przed możliwym spotkaniem z Wysockim. Choć bardzo nam zależało, to nikt się tam naszym problemem (pozornie) nie interesował i nikt z ambasady pomóc nie chciał. I choć do następnego koncertu w Leningradzie mieliśmy jeszcze trzy dni, nikt nie chciał z nami rozmawiać o przedłużeniu wizyty nad rzeką Moskwą. A wszystko przez Poniedzielskiego, któremu zachciało się już podczas pierwszego koncertu zaśpiewać „Balladę o Kołobrzegu". W piosence tej chodziło mniej więcej o to, że na plaży w Kołobrzegu koło brzegu bawiło się dziecko, które w pewnym momencie poszło sobie pływać. Pływało, a potem ...przyszła fala, ta, co zmywa i małe dziecko już nie pływa...  Utonęło, ale po pewnym czasie, choć nieżywe, to jednak wraz z falą wypłynęło na brzeg z powrotem. Z faktu tego wypłynięcia Andrzej w swej balladzie morał wysnuł taki, że ... najlepiej jednak graniczyć z morzem, bo co zabierze, to zawsze zwraca... Moje słowa, że ...chciał jeszcze coś powiedzieć, chciał jeszcze wytłumaczyć, w życiu o prawdę mu szło... i że ...on zamiast drzwi odnalazł w domu mur, krat w swoim oknie splot... takiego wrażenia, jak to utopione dziecko, na radzieckich komunistach nie zrobiły.Koncert Wałów Jagiellońskich - Waldemar Chyliński
          Po powrocie do Polski Andrzej Poniedzielski otrzymał zakaz występów, którym początkowo bardzo się przejęliśmy. Szybko jednak okazało się, że wszyscy, łącznie z tymi, którzy ten zakaz wymyślili, mają go głęboko w d...użej niepamięci. Bez przeszkód więc kontynuowaliśmy nasze koncerty. W Polsce w tamtym czasie wolność słowa była oczywiście ograniczana, ale nie na tyle, byśmy nie mieli okazji się wyrażać. Wyrażaliśmy się więc na takich koncertach, jak ten na zdjęciu, który był firmowym koncertem Wałów Jagiellońskich pt. „Wars wita was". Wyrażaliśmy się w sposób nieco zawoalowany i metaforyczny, ale się wyrażaliśmy na tyle jasno, że kto chciał ten zrozumiał. U „zbawców świata" za wschodnią granicą jakiekolwiek wyrażanie się było rzeczą nie do pomyślenia. A ja – że się tak wyrażę – nigdy nie czułem się zbawcą świata. Natomiast, jak dzisiaj patrzę, byłem wtedy szczupły i młody, że o piękności już nie wspomnę. I to przez tę piękność tamten czas wspominam mile.
          Wracając do rejsu... Czacza to gruziński bimber, pędzony z mandarynek. Lany w szklanki zamiast wina i wzmacniany długimi a kunsztownymi toastami, wygłaszanymi przez gościnnych i życzliwych Gruzinów, po trzecim toaście wydaje się być biletem do siódmego nieba. Przekonałem się o tym pewnego dnia rejsu, gdzieś między Batumi, Poti, a Jałtą, gdy pewien Gruzin zaprosił mnie i Wojtka do swojej kabiny. Od początku było pięknie, gościnnie i wesoło. Czacza była pyszna, toasty długie, zabawa przednia. Rzecz w tym, że nie pamiętam, jak się przyjęcie skończyło. Rano okazało się, że ból głowy po czaczy jest całkiem znośny, tylko Asi było żal... Gruzina. Wyszło bowiem, że Gruzin nie tylko okazał się życzliwym i gościnnym gospodarzem tego męskiego przyjęcia, ale też uczynnym człowiekiem. Ugościł, a po przyjęciu wskazał drogę do żony i kabiny, gdy okazało się, że toasty dla były mnie ciut za długie, to w pomocy nie ustał i na własnych plecach do tejże kabiny i żony mnie zaniósł, nie bacząc na sztorm i rozhuśtany pokład. Na koniec rejsu Gruzin, który był marynarzem i płynął do Odessy, by zamustrować na statek do Singapuru, oprowadził nas po tym ulubionym mieście Aloszy Awdiejewa. Tak się Gruzin w roli przewodnika zapamiętał, że o swojej pracy zupełnie zapomniał. Gdy się okazało, że jego statek odpłynął bez niego, skwitował to z uśmiechem: – Ne uwidi Gruzin Singapura, i Singapur ne uwidi Gruzina, ot żyzń... Pożegnał się z nami i spokojnym krokiem przeszedł sobie do mojej historii, znikając za rogiem.
          Gdyby nie ten Gruzin, nie ta czacza i coś jeszcze, to cały ten szary, mokry i nijaki rejs można by było łatwo zapomnieć, a to, co by zostało, zamknąć w rozdziale „Stracony czas". Organizatorzy zadbali, byśmy z mieszkańcami odwiedzanych ziem kontakt mieli dość umiarkowany i bardziej handlowy niż poznawczy. Płynąc do Batumi i z powrotem odwiedzaliśmy porty Związku Radzieckiego, choć dla nas wszystko to była Rosja. Dopiero potem historia wykreślała zakłamane hasła z reklamowych ulotek biur podróży. Nie wszędzie była Rosja i nie wszyscy byli Rosjanami, choć jak dzisiaj widać – Rosjanie bardzo by tego chcieli.
          Wspominam tamtą wyprawę nie tylko ze względu na dzisiejszy gorący czas na Krymie, który grozi wybuchem strasznej wojny. Wspominam go również ze względu na dwa złote medale w skokach narciarskich, które dopiero co na olimpiadzie w Soczi – też tam dopłynęliśmy – zdobył Kamil Stoch.
          Gruzin, Odessa, Ukraina, Rosjanie, Krym, Batumi, medale, Soczi, olimpiada, Poniedzielski i morze w Kołobrzegu, które w przeciwieństwie do Rosjan, co zabierze, to zawsze zwróci... – wszystko to łączy mi się teraz w jedno. Spoiwem tych wszystkich nazw, pojęć i wartości w tej opowieści jest  towarzyszący nam przy stole podczas tamtego rejsu... 

Wojtek Fortuna 

... Wojtek Fortuna, pierwszy w historii Polski złoty medalista olimpiady zimowej w skokach narciarskich, który, jeżeli dziś pamięta tamte dni, to pewnie dlatego, że Gruzin przed wypiciem czaczy, gdy wygłaszał toast, mówił jakoś tak: – Wypijmy za to, by nam się w szczęśliwych rodzinach szczęśliwie dzieci rodziły, a szczęśliwi staruszkowie u kresu życia z uśmiechem szli witać się z Bogiem. By nam tutaj, w tym naszym ogrodzie życia los sprzyjał łaskawie i smutek codzienny rozpraszał. By wśród ludzi złej krwi, zawiści i nienawiści nie było, a między narodami wojen. By wszystkim ludziom muzyka radość przynosiła, a światu pokój. Wypijmy za to i za nas, byśmy szczęśliwie zawsze do spokojnych portów zawijali, i byśmy zawsze mogli śpiewać.

 

          Ciekawe, czy Rosjanie, którzy dzisiaj tak licznie popierają wojenną i imperialną retorykę swojego führera, widzą gdzieś w tej burzy i w tym sztormie szczęśliwy port, do którego będą mogli cali i zdrowi zawinąć w przyszłości? Wątpię. Nic tak nie ogłupia, jak narodowa fobia i nic tak nie wykańcza, jak mocarstwowa demagogia.

          PS.
          Niedawno z Adamem Drągiem byłem gościem szczecińskiego Browaru Polskiego, gdzie wystąpiliśmy na wspólnym, autorskim koncercie. Jak wieść potem niosła – koncert bardzo się udał.



W związku z tym, że z Adamem na scenie dobrze nam razem, informuję, że 21 marca br. planujemy przeżyć podobny, równie udany jak w Szczecinie, wieczór. Bardzo serdecznie wszystkich w imieniu Adama i swoim zapraszam do Leśniczówki w Chorzowie. Niech śni się lasom las...

          PS.2
          W związku z wątpliwościami, co do dokładnej daty wyżej opisanego rejsu, wymagających czytelników proszę, by przyjęli informację, że rejs po Morzu Czarnym odbył się w latach osiemdziesiątych. Ustaleniu dokładnej daty poświęcę osobny wpis, po przeprowadzeniu drobiazgowego śledztwa. :) 
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY