08 czerwca, 2014

Najpierw było słowo...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:16
          Najpierw było słowo – wymieniane pocztą mailową z najbliższymi znajomymi, którzy także próbowali nadążyć za cywilizacyjnym postępem. Nasyciwszy się – dzięki temu cudownemu wynalazkowi, jakim jest Internet – wiadomościami rodzinnymi, zawodowymi, plotkarskimi i politycznymi, zaczęliśmy sobie rozsyłać maile z kawałami. Bywało, że otwierałem dziennie po pięć maili, w których znajdowało się kilkadziesiąt kawałów naraz. Zapamiętać choćby jeden, przy tej ilości puent, nie było sposobu. Początkowo, jak taki rozrywkowy listonosz, wszystkie te śmiesznostki rozsyłałem dalej. Cierpliwości i poczucia humoru niektórym jednak brakło i kończyło się prośbą, by im śmieciem różnorakim skrzynki nie zatykać. Postanowiłem więc, że te przesyłane mi śmiesznostki wysyłał będę tylko do tych, którzy mi je nadsyłają. Ponieważ lista przesyłających z czasem zrobiła się krótka, okazało się, że w kółko wysyłamy sobie wciąż te same kawały. Przestało być śmiesznie i choć do nikogo próśb i gróźb nie wysłałem, to jednak korespondencji pod tytułem „coś wesołego" już nie otwierałem.
          Mniej więcej w tym samym czasie jedna z moich uroczych przyjaciółek – taka, co to ją znam, znam i znam... – zapytała mnie, dlaczego nie założę sobie strony w Internecie, na której zbiorę do kupy – tak się wyraziła! – informacje o sobie, zdjęcia, piosenki, dyskografię, itp. Ktoś inny, kogo pytałem o zdanie w tej sprawie, podpowiedział, że warto przy okazji zakładania autorskiej strony pomyśleć też o blogu. – Blog, na którym co jakiś czas umieścisz wpis ze słowem od siebie sprawi, że strona ożywi się, zrobi się ciekawsza i będzie częściej odwiedzana. Podtrzymasz dzięki temu wiele znajomości, które z czasem (czyt. – z nudów) mogłyby się skończyć, a kto wie, czy się zapomniani starzy i nowi znajomi nie odnajdą?
          
Będzie już prawie dziewięć lat, jak zerkając z balkonu na miasto rozważałem chęci rozpisywania się w internecie.



          Do jesieni 2006 roku zeszło mi zastanawianie się, czy mi się chce, czy mi się nie chce. W końcu dzięki mojemu własnemu, bardzo skomplikowanemu wysiłkowi umysłowemu, strona powstała i jest. Przeczytałem kiedyś, że przeciętny blog żyje około trzech miesięcy, więc gdy wraz z moim blogiem obchodziłem pierwszą rocznicę istnienia „Codzienności" w Internecie, to zdało mi się, że jestem nadzwyczajnym rekordzistą.
          Mijały miesiące, lata, a ja wciąż – ku swojemu zdumieniu – miałem tu coś do napisania. Z czasem ta energia opadła z sił i choć liczba odwiedzający wciąż mnie zobowiązuje, to jednak życie robi swoje i teraz piszę coraz rzadziej. Słowo, choć było pierwsze i wciąż nie chce być ostatnim, nie pcha się już zbyt często  na afisz. Choć w życiu wydarzenia i zmiany wciąż mnie zaskakują i proszą się o pamięć, to jednak moja internetowa energia podążyła jakiś czas temu za innym wynalazkiem, zaniedbując blog.
          Facebook – to jest to, co po mailach, stronach internetowych i blogach stało się płaszczyzną, by nie rzec – stołem, przy którym zasiadają teraz moi bliżsi i dalsi znajomi. Z Facebooka dowiaduję się co u kogo piszczy w trawie i to Facebook zastępuje mi gazetę, informuje o pogodzie, rekomenduje książki i zaśmieca głowę setkami nieważnych wydarzeń. Choć czasem męczy byle czym, jest potrzebny, bo najpierw jest słowo, a potem jego wartość.
          By ze słowa wyłuskać wartość, to słowo to należy poznać. Jakże byłem zdumiony wczoraj, gdy na wspomnianym już balkonie spostrzegłem moją straszą wnuczkę Igę, która z przejęciem wertowała książkę, chcąc coś z niej wyłuskać.

Iga

Reakcje na słowo, rysunek i dźwięk (książka wydawała też odgłosy) były różne.
Takie...

Iga

I takie...



Widoczna w oczach Igi filozoficzna zaduma sprawiła, że ucieszyłem się, iż młodsza Maja...

Maja

... ma jeszcze przynajmniej rok na takie zamyślenia.

Maja

A na razie, zanim się Maja zorientuje, że pierwsze było słowo, niech odkrywa prawdę, że nim człowiek cokolwiek nazwał, to najpierw to narysował. 

Maja

Kończę i pozdrawiam wszystkich z ciepłej dzisiaj i słonecznej Gdyni, która po aferze z bezsensownym lotniskiem obraz ma taki, że brakuje mu tylko bąbelków z wody sodowej i mydlanych baniek. Oto my, Gdynia i bańki:

Waldek Iga Gdynia i bańki

Do przeczytania :)
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY