Widłąg

"Widłąg" jest opowieścią, która mi się pisze. Kiedy i jak się napisze, trudno powiedzieć. Proszę, nie dziwiąc się przypadkowości poszczególnych wątków i fabule, która zmierza w niewiadomym kierunku, czytać i czekać na kolejne odcinki i wątki.

WIDŁĄG

zatoka-widlag

Wardo

          Zapewne było tak. Gdy Wardo pochylał się nad lustrem wody, nie wiedział jeszcze, że za kilka miesięcy jego butam złupią i spalą ludzie z czarnymi krzyżami na białych płaszczach. Obcy, wiedzeni misją krzewienia wiary w boską miłość, zakuci w żelazo wjadą do lauksu, jego lauksu, wyrżną wszystkich, którzy się napatoczą, zabiorą z osady wszystko, co się da i odjadą w triumfie . Ostaną przy życiu tylko ci, którzy tego dnia będą w puszczy. Im przyjdzie ciała pomordowanych spalić na stosie, prochy zakopać w świętym gaju i zacząć wszystko od nowa. Nie wiedział Wardo, że sytuacja ta będzie powtarzać się zawsze, gdy wysłannicy Zakonu, nie mogąc przekonać ich do wiary w jednego Boga, będą im swoje prawdy objawiać mieczem i ogniem, i że będzie tak do czasu, aż lud Pomezan ze wszystkim nie zginie. Słyszał już, że wielu, chcąc zachować życie, potulnie schyliło głowę przed krzyżem, ale był to tylko gest i akt samoobrony, który nic nie zmieniał, bo nadal nad światem i jego sprawami czuwało Słońce, Księżyc, Gwiazdy, Gromy i Ogień. Lauksargas czuwał nad ziemią, którą orali, a Żempatis nad gospodarstwem, w którym żyli. Nic nie mogło pomóc zbiorom jeżeli nie pomógł im Curche, który mieszkał w łanach zbóż. Nadal więc kapłan Kriwe pilnujący wiecznego ognia w świętym gaju wyznaczał kres zimy i lata, zwoływał wiece, przyjmował ofiary, przepowiadał i wróżył. Wardo wiedział też, że ci, którzy nie potrafili się ani obronić, ani schylić przed Krzyżakami, często sami sobie zadawali śmierć, przechodząc do lepszego świata, w którym żyli już ich przodkowie zaznając pokoju.
          Tymczasem siedząc na zbutwiałym konarze drzewa Wardo spokojnie spoglądał na wodę zatoki, po której niósł się odgłos taplających się przy drugim brzegu czapli i nie wiedział , że widok jeziora, które wyłania się zza cypla, a które osadnicy niemieccy nazwą Geserich, zaś polscy Jeziorakiem, na całe wieki jego rodzina straci z oczu. Większość tej rodziny, dalszych i bliższych sąsiadów, znajomych i nieznajomych, z którymi wymieniał ryby i skóry na tkaninę, ozdoby, siekiery i garnki, zginie lub przepadnie bez wieści, próbując walczyć z rycerzami Marii Panny. Później, bo gdzieś tak około 1305 roku, w miejscu osady, którą Wardo czasem odwiedzał, na półwyspie, komtur Sieghond von Schwarzburg z Dzierzgonia założy miasto Ylavia, albo jak potem zapiszą, Ilau, Eylaw czy Eylau, co w języku Wardo znaczyć będzie tyle, co "podmokłe miejsce". Urzędnik, który w imieniu komtura osiądzie na tym półwyspie, twardą, niemiecką ręką zaprowadzi nowe porządki. Wszyscy będą musieli mówić po niemiecku i by wszystko było jasne, po jakimś czasie do nazwy dopiszą Deutsche. Deutsche Eylau. Przez wieki będzie to Deutsche Eylau, solidne, pruskie miasteczko położone u krańca długiego i krętego Jezioraka, by po przejściu Armii Czerwonej w 1945 r., która je prawie doszczętnie spali, wrócić do słowiańskiej nazwy Iława. Nim to jednak nastąpi Wardo dalej będzie przychodził nad swoją cichą zatokę Widłąg patrzeć na wodę, w której kąpią się ptaki. Będzie siadywał wśród krzaków i drzew, na skarpie schodzącej do jeziora i będzie łapał ryby na wędkę skleconą z gałęzi leszczyny. Będzie się zamyślał nad sobą, nad lasem, nad powietrzem i wodą. Polacy, sąsiedzi z niedalekiego Mazowsza nazwą go Prusem. Wiking, Wulfstan, który przez Bałtyk dotrze do brzegu Mierzei Wiślanej na początku XIII wieku, ziemie te w swych zapiskach mianuje Witlandem, a on, Wardo, pierwszy wśród swoich, najbardziej szanowany i słuchany, który zawsze był z tego lasu, znad tego jeziora, on, Pomezan, w najczarniejszych myślach nie przewidzi końca życia swoich ludzi, swojego plemienia, swojego narodu. Zanim przyszłość, która przyniesie na te ziemie obcych zacznie go trapić, będzie martwił się pogodą, bo zawsze warto wiedzieć, czy jutro będzie chłodniej, czy cieplej i czy znajdzie się chwilę na to, by pójść nad Widłąg, popatrzeć na lekko marszczącą się wodę, rzucić okiem na przesmyk, którym można wypłynąć na Jeziorak, pozdrowić wodę i ucieszyć oczy spokojem trzciny.
          Teraz usiadł na brzegu i przyglądał się zaskrońcowi, który wypłynął z szuwarów i wzdłuż brzegu podążał w sobie wiadomym celu. Wiódł wzrokiem za gadem nie mając pojęcia, że siedem wieków później, mój ojciec, a jego potomek, w tym samym miejscu będzie siedział na brzegu i także będzie obserwował zaskrońca wypływającego z zarośli. Nie wiedział, że ja w tym samym czasie, siedząc na rufie małej żaglówki, próbował będę łapać okonie na wędzisko ustrojone z gałęzi leszczyny, a matka moja, w osmalonym garnku, gotować będzie na ognisku zupę, której zapach rozsnuje się po całej bindudze. Będzie to latem 1965 roku. Ja będę miał dwanaście lat i całe życie przed sobą.
          Gdy Wardo zauważył idący po wodzie szkwał, spojrzał w niebo i zmarszczył brwi. Od zachodu nadciągała burzowa chmura. Jezioro zmieniało barwę na stalową, wiatr przycichł, a drzewa bezszelestnie, jak zahipnotyzowane, nasłuchiwały przetaczających się w oddali odgłosów bicia piorunów. I chociaż Perkun był bogiem groźnym, bogiem od burz i błyskawic, on wierzył, że jest mu bogiem przychylnym i łaskawym. Nie mogło być inaczej skoro miał w puszczy zwierzynę, a w jeziorze ryby. Na wszelki wypadek pochylił się jednak nisko do ziemi i mamrocząc modlitwę prosił swojego dobroczyńcę o łaskę.

widlag-1

          Później, gdy wracał już do osady, pochylał głowę także przed dębami, bo wierzył w ich świętą opiekuńczość. Wierzył, że w ich konarach mieszkają przodkowie, którzy mają dostęp do wszelkiego istnienia, i którzy przez to potrafią pojąć wszystko, co dla niego jest ciągle nie do pojęcia. Nim odszedł znad swojej zatoki udał się jeszcze do nieodległego źródła, które biło między bukami. Ono także było święte. Za każdym razem, gdy pił z niego wodę, czuł w sobie przypływ energii i radości. Tę radość natychmiast dzielił z dorodnymi paprociami, które rosły wzdłuż strugi, biegnącej od źródła do zatoki, bo dzięki źródłu zatoka też stawała się święta i godna czczenia. Wierzył, że w ten sposób nigdy nie odbierze sobie radość z przychodzenia do tej wody, bo święte nie spowszednieje, nie opatrzy się. Czy jednak woda w zatoce, święta czy nie święta, mogła opatrzyć się z tymi swoimi zakamarkami, drzewami pochylającymi się nad nią, jakby chciały zobaczyć całą swoją urodę, całą swoją piękność, która tak bardzo Prusa Warda zachwycała.
          Gdy wrócił do siebie, do swojego domu, do swojego lauksu, z którego także widział wody Jezioraka, jego wyspy, a nawet daleki lauks Gubego nad zatoką Kraga, który po wiekach będą nazywać z niemiecka Gubylauken, albo po polsku Gubławkami, zauważył, że wszyscy mieszkańcy zbierają się w Świętym Gaju. Był to znak, że dzieje się coś niezwykłego i przychodzi czas podejmowania decyzji. Kiedy Wardo dołączył już do wszystkich, Kriwe zwrócił się do niego i reszty zgromadzonych.
- Zakonnicy nas wymordują , chyba, że schylimy głowę przed ich Bogiem. Był u Gubego ich wysłannik. Rycerz w żelaznej zbroi ze stadem takich jak on bandytów. Mówił, że jesteśmy zwierzętami, bo żyjemy bez Boga, jak zwierzęta. Mamy się poddać i przyjąć ich wiarę, albo będą na nas polować, jak na zwierzęta.
- Jest nas mało - rzekł Wardo - nawet z Gube i jego ludźmi niewiele poradzimy. Zakonni są blisko i budują twierdze. Mówią, że Bóg jest jeden i jeżeli w to nie uwierzymy, to zginiemy. A ja mówię, że jeżeli w to uwierzymy, to też zginiemy. Nie będziemy już sobą. Będziemy nimi. Ich Bóg stanie się naszym Bogiem, ich wrogowie staną się naszymi wrogami. Będziemy mówić ich językiem, myśleć ich myślami, a jeżeli tak się stanie, to my nie będziemy my. Nas nie będzie, chociaż ocalimy życie. Tylko czy to będzie nasze życie? Możemy chwycić miecze i się na nich wyprawić, ale zastanówcie się nad tym, czy to coś zmieni? Nie mamy takiej siły, jak oni. Nie mamy takich zamków, jak oni. Nie jesteśmy tak przebiegli, jak oni i nie jesteśmy tak podli, jak oni. Nie wygramy. Rozbiją nas jak Sasinów, którzy jeszcze co nie dawno byli naszymi sąsiadami. Z tymi zakutymi łbami musimy gadać inaczej.
          Ludzie zaczęli się przekrzykiwać. Jedni byli za wyprawą na Krzyżaków, drudzy radzili postępować tak, jak inni i chcieli schylić głowę, oszukać zakonnych, a robić swoje i żyć po swojemu. Wardo wiedział, że czas ich świata się kończy, że tylko sposobem można się ocalić i szukać potem nowych wyjść. Czuł, że jego najbliżsi przeżyją tylko wtedy, gdy udawać będą przemienienie. Niestety, większość uradziła wyprawę na Krzyżaków. Niedługo potem miało się okazać, że nawet nie musieli się wyprawiać. Zimą, kiedy nie broniły ich mokradła i bagna, Krzyżacy sami ich odnaleźli.

Orunia

          Był rok 1957. Miałem wtedy cztery lata i dobrze pamiętam swoją rozpacz, gdy dowiedziałem się, że cały lipiec mam spędzić u babci na Oruni. Ojciec kupił małą żaglówkę i wraz mamą, przy warkocie trzykonnego silniczka Warta, postanowił popłynąć z Gdańska w górę Wisły, potem Szkarpawą i Nogatem, kanałami przez Elbląg, przez pochylnie, położone na wzgórzach za jeziorem Drużno, chciał dopłynąć aż do Jezioraka, i do Iławy. By przywitać się z babcią musieliśmy dojechać Dwójką z Wrzeszcza do Gdańska, do skrzyżowania na Hucisku. Tu już można było łapać Szóstkę, która objechawszy z piskiem Plac Węglowy, rozpoczynała swoją, kolejną tramwajową pętlę. Szóstka za Bramą Wyżynną skręcała w prawo, na most nad torami, by zaraz za nim znowu ostro skręcić w ulicę Jedności Robotniczej i lewą stroną, trochę jakby się wstydząc swojej, jednotorowej słabości, podążała ku mijance. Na mijance czekała na tramwaj jadący do Gdańska, a bywało, że to na nią czekano. Oczywiście nam, jak wszystkim pasażerom odpowiadała podróż bez czekania. Mijanek w drodze do Oruni było trzy i trzy razy można było stracić nerwy, gdy tramwaj z naprzeciwka swoim opóźnieniem blokował cały ten elektryczny ruch. Szczególnie irytowało to w upalne dni lata, w godzinach szczytu, gdy w wagonie ludzie oblani potem, stali ściśnięci jak śledzie w beczce. Nie raz ojcu w takich sytuacjach wymknęło się dosadne słowo o powojennych porządkach. Mama zimnym spojrzeniem gasiła te nerwy.
- No i po co się unosisz - tłumaczyła później - Nic nie zmienisz, a narazisz nas na nieprzyjemności.
- Czy tobie z tym dobrze, że wszyscy wszystkich mają w dupie? Przecież wystarczyłby dobrze chodzący zegarek. Przed wojną to było nie do pomyślenia.
- O, przed wojną w Gdańsku wiele rzeczy było nie do pomyślenia. My, na przykład - odcinała się matka i kończyła dyskusję.

          Lato tamtego roku było piękne i gdy tylko wyschły mi łzy po wyjeździe rodziców, większość czasu przesiadywałem w babcinym, przydomowym ogródku. Wśród grządek sałaty, koperku, pomidorów i ogórków, co rusz targany tęsknotą i złością z powodu opuszczenia, grzebiąc jakąś powyginaną łopatką w ziemi, uczyłem się być samodzielnym. Nie miałem wtedy pojęcia, że urodziłem się w kraju, w którym dopiero co siłą wprowadzono ustrój powszechnej szczęśliwości. Tam, u babci, która co rano podawała mi na wielkim talerzu kaszkę na mleku, i która zachęcała mnie do jedzenia mówiąc - Panu Bogu będzie miło jak zjesz - mimo wszystko byłem w okropnym nastroju, chociaż pan Stalin, nim umarł, zadekretował, że mam być szczęśliwy. Całe szczęście, że babcia nie znosiła Sowietów i nie namawiała mnie, bym jadł kaszkę za pamięci o Stalinie. Co mogło ze mnie po takiej edukacji wyrosnąć? Cóż ja zresztą wtedy wiedziałem o świecie? Prawie nic. Wszystkim, co miało sens i wagę, była moja matka. Ona była podłogą, schodami, poręczą i sufitem. Ona była ścianą, drzwiami i oknem. Ona była potrzebą bycia. Nie cierpiałem kaszy na mleku ani wtedy u babci, ani później w przedszkolu. Nie cierpię jej zresztą do dzisiaj. W ogóle nie lubiłem mleka, a już mleka z kożuchem wprost nienawidziłem. Na nic zdawały się babcine zabiegi, bym jakoś przeżył ten czas rozłąki z matką. Kuzynka Marta, czyli córka mojej ciotki, która mieszkała z babcią, skutecznie zabierała mi jej miłość i uwagę.
Babcia Marcie zastępowała ojca, bez którego dziewczynka się wychowywała. Często rozpieszczana, wychwalana, stawiana za wzór, Marta wynosiła swoją dumę bycia ?oczkiem w głowie? rodziny na tyle skutecznie, że z poczuciem zdrady, co wieczór nie pragnąłem niczego więcej, jak tylko natychmiastowego powrotu rodziców, którzy zabraliby mnie do Wrzeszcza, do domu przy ulicy Grunwaldzkiej.
          Za oknem babcinego mieszkania rosły piękne stare lipy i widać było ściany równo poustawianych domów przy ulicy Ramułta i Uroczej. Za ulicą Uroczą był stary, niemiecki cmentarz, po którego alejach, bez żadnego szacunku dla zmarłych zdarzało mi się biegać z Grubym Tomkiem, chłopakiem sąsiadów. Domy pobudowano, jak opowiadała babcia, w latach trzydziestych XX wieku. Przeznaczone były dla funkcjonariuszy hitlerowskiej partii, którzy po 1933 roku rozpanoszyli się w Wolnym Mieście Gdańsku. Mieszkania nie były okazałe. Dwa pokoje z kuchnią i łazienką, na tak zwanym zadupiu, z pewnością musiały starczyć funkcjonariuszom ostatniego sortu z najniższych szczebli władzy. Niemniej, później, gdy przychodziło mi czasem przy ulicy Przyjemnej nocować, informacja, że spał tu kiedyś facet, co to na pewno zamordował jakiegoś Polaka, sprawiała, że mój sen nadchodził, jak ciemna chmura przed burzą. Czasami budziłem się w nocy nasłuchując, czy aby z któregoś kąta nie wyskoczy szczupły blondyn w czarnym mundurze i z hitlerowskim gestem wyciągniętej prawej ręki nie wrzaśnie mi tuż nad łóżkiem - Sieg Heil.

          Tak było później, bo wtedy, gdy miałem zaledwie cztery lata, z nienawiścią do kaszek na mleku i kompletną obojętnością dla nazizmu, czekałem na powrót matki. Nie miałem pojęcia, że moi rodzice w tej samej chwili, gdy ja siedziałem na parapecie babcinego okna, minąwszy z lewej burty Adlerwinkiel, Gizerek i gospodarstwo Zimnych - miejsca, które potem zmienią nazwę na Jażdżówki - robią zwrot w prawo i wpływają do zatoki Widłąg, by dać się oczarować na zawsze.
Nie wiedziałem, że za dwa lata i mnie przyjdzie poznać to osobliwe miejsce, i że od tamtej pory, co roku, przez najbliższe ćwierć wieku, zawsze na przełomie lipca i sierpnia moja rodzina będzie wpływała do zatoki i nikt nie będzie sobie mógł wyobrazić, by mogło być inaczej.
          Wtedy nie miałem pojęcia, że jakaś tajemna siła będzie ciągnąć nas na bindugi tej zatoki i każe nam zatapiać się w trzytygodniowej rozkoszy istnienia w tym właśnie miejscu. Nie wiedziałem, że po latach pisał będę o tym kawałku ziemi z wodą, jak o swojej ojcowiźnie. Nie wiedziałem, że Widłąg będzie na mapie mojego życia krainą szczęścia.
Nie wiedziałem, że do naszej bindugi podpłyną kajakami jacyś ludzie i zapraszać nas będą do uczestnictwa we mszy świętej, którą, jak mówili, odprawi młody ksiądz z Krakowa w kaplicy zrobionej z werandy, wybudowanej w Gizerku przez osiadłego tutaj księdza Grabowskiego.

gizerek1

          Tym młodym księdzem był z pewnością ksiądz, który później został papieżem i na placu w Warszawie prosił Boga o zmianę oblicza ziemi - tej ziemi. Za tę prośbę, która w mistyczny sposób się spełniła rok później, naród nazwał go świętym i jeszcze za życia wystawił niezliczoną ilość pomników, choć póki życie skończone nie jest i podsumowania brak, to nie powinno się oceniać.
          Nie przypuszczałem też, że pod koniec lat sześćdziesiątych w gospodarstwie państwa Zimnych, ludzi żyjących tu od wieków, którzy sami nie wiedzieli jakiej są  narodowości, poznam dwie urocze siostry z Łodzi - Ninę i Basię, które spędzać będą nad Jeziorakiem wszystkie swoje wakacje, i że z tej znajomości zrodzi się we mnie przyjaźń z nimi na całe życie.
Nie wiedziałem również, że prawie pięćdziesiąt lat później, wypożyczonym jachtem, z żoną i matką na pokładzie, znowu wpłynę na Widłąg, chyba tylko po to, by przy kępie trzcin, niedaleko źródełka przy bukach, próbować odnaleźć choćby strzęp tamtego czasu i zupełnie się nie wstydząc, wycierać łzy z tęsknoty za ojcem, który nie będzie już żył od ponad dziesięciu lat, i z radości, że Widłąg wciąż jest takim, jakim go pamiętam, choć niektóre bindugi już zarosły lasem.

Miejsce

          Wardo, po tym jak Krzyżacy wybili mu prawie całą rodzinę, nie był już skłonny z nimi pertraktować, ani schylać przed nimi głowę. Coraz mniej dla niego było miejsca na tej ziemi, która od zawsze była jego. Świat jaki znał, walił się w gruzy niemalże z dnia na dzień. Nie pomagały zaklęcia, prośby i modlitwy zanoszone do Perkuna, do Słońca, do drzew, które uważał za święte. Nic i nikt nie chronił Wardowego życia. Bogowie zaniemówili, zaniemogli i zostali pokonani przez Boga Niemców i Polaków. Wardo nie miał wyjścia. Musiał uznać wynik wojny Bogów. Trwanie w starym czasie mijało się z celem, jakim było przeżycie. Wardo nie podzielał tego przekonania Prusów, które nakazywało albo zwyciężyć, albo zginąć. Nigdy też nie mógł się pogodzić ze zwyczajem palenia i zakopywania wraz ze zmarłymi wszystkich rzeczy, jakie do nich należały. Mimo wiary, że zmarły przechodzi do innego życia i rzeczy jego nadal mu będą tam służyć, nie mógł pojąć, dlaczego tylko na tym świecie wszystko trzeba zaczynać od nowa, a w innym już nie. Tak myśląc doszedł do przekonania, że wojna z Polakami, a potem z Krzyżakami nigdy nie skończy się dla Prusów dobrze, jeżeli wraz z każdym chowanym Prusem, chowany też będzie jego oręż. Źle będzie, jeżeli w ziemi, a nie na ramieniu następcy, znajdzie się zmarłego tarcza, miecz i zbroja. Dlatego, gdy na pruskiej ziemi coraz więcej osiadało Polaków, Litwinów i Niemców, on postanowił ratować, co się da, a że miał już tylko siebie, to i wybór był prosty. Zostawił swój butam, w którym już nikt nie mieszkał, zostawił lauks, zostawił swoich przodków, którzy żyli w dębach i lipach i spojrzawszy jeszcze raz na zatokę, która tyle razy przytulała jego skołatane myśli, odjechał rozmyć się wśród ludów Mazowsza. Tym łatwiej mu to przyszło, że jego matką była niewolna, którą ojciec porwał kiedyś z ziem Słowian i ona, gdy był mały, mówiła do niego ich językiem. Dzięki temu łatwo mógł stać się jednym z nich.

Kocherek

          Co roku, w połowie czerwca, wszystko zaczynało się od kocherka. Do żeglarskiego klubu jeździło się już od kwietnia, ale przygotowania do rejsu, tego rodzinnego rejsu roku, zaczynały się w czerwcu. Przez całą wiosnę, co niedziela wyruszaliśmy z ojcem tramwajem do Gdańska, by tam, przy Dworcu Głównym, lub przy Bramie Wyżynnej przesiąść się do Trzynastki albo Dziewiątki i jechać dalej, na Przeróbkę. Trzynastka za mostem na Przeróbce miała pętlę, tuż przy Zakładach Naprawy Taboru Kolejowego. Tam właśnie, naprzeciwko kiosku z oranżadą, wysiadaliśmy, by dalej pieszo, między ogródkami i podwórkami, dojść do klubu nad rzeką. Dziewiątka zaś przejeżdżała przez Trojan, jak Przeróbkę nazywał tata i jechała dalej, na Stogi, które wtedy zwaliśmy Siankami.
          Trasę na Trojan mój ojciec znał doskonale. W czasie wojny, jako kilkunastoletni chłopiec, przyjeżdżał do Gdańska z Nakła nad Notecią kilka razy w roku. Przyjeżdżał w okolicy Świąt Boże Narodzenia, bądź Świąt Wielkanocnych. Wysiadał na dworcu i pieszo przez Topfrgasse, przez Stare Miasto, obok Stągwi Mlecznych ulicą Langgarten, na skróty przez Trojangasse do Breitenbachstrasse i dalej przez most szedł z paczką, w której niósł drożdżowy placek dla swojego ojca, który tu w Gdańsku, w Zakładach Taboru Kolejowego, udawał, że go nie ma, że nie żyje, byle by nie skończyć jak jego brat Edmund, w obozie zagłady. Placek drożdżowy, to było wszystko, co miało mojemu dziadkowi, żołnierzowi Wermachtu w czasie I wojny światowej, a tuż po niej ślusarzowi w kopalniach Ruhry i endeckiemu sklepikarzowi z małego polskiego miasteczka nad Notecią, przypomnieć, że ma kogoś, kto o nim po polsku myśli. W ciepłe wiosenne dni w klubie, który znajdował się tuż obok innego kolejowego mostu, w tej samej dzielnicy, przygotowywaliśmy naszą łódkę do sezonu.

yacht-klub-stoczni-polnocnej-1964

          Po wyciągnięciu jej z budy, którą dumnie wszyscy nazywali hangarem, przystępowaliśmy do zeskrobania z kadłuba ubiegłorocznej farby, a gdy już nasza "Iza", czy później "As", przypominała oskubanego kurczaka, między deski, kadłuba łodzi wpychaliśmy konopny sznurek i równo pokrywaliśmy go szpachlą. Na początku maja całość malowaliśmy pięknie na niebiesko. Na jasnoniebiesko pokład, a resztę prawie na granatowo. Później lakierowaliśmy maszt, wietrzyliśmy i sprawdzaliśmy żagle. Zaraz po tym następowało wodowanie i już można było przepłynąć się próbnie po Martwej Wiśle do Pleniewa, czy nawet do Bohnsack, jak Sobieszewo nazywał ojciec. W Sobieszewie rzekę przecinał prom, którego stalowe liny zanużone w wodzie, niczym łańcuch psa, trzymały platformę w wyznaczonym kursie na drugi brzeg. Zatrzymywaliśmy się niedaleko budki, w której załoga promu spędzała przerwy w kursach. Na przeciwko tej budki, po drugiej stronie drogi, na tarasie restauracji ojciec wypijał piwo i... mogliśmy wracać.

sobieszewo-przystan-1961r

          Przychodził czerwiec i z każdym dniem wakacje stawały się coraz bardziej realne, coraz bardziej dotykalne i gdy w domu z ojcem szedłem do pokoju w wieżyczce, by z worków wyciągnąć koce, śpiwory i garnki, czułem się już człowiekiem lasu, słońca i wody. Wyjmując kocherek z pokrowca, spod przymkniętych powiek wypuszczałem złudzenie, że już siedzę, gdzieś niedaleko matki, na zielonej bindudze, wśród krzaków jeżyn i malin, wśród zapachu trawy i sosny, a z bliska dochodzi mnie szum wody, która delikatnie odbija się od brzegu. Dwa aluminiowe garnki, do tego dziurkowana obręcz, którą wkładało się między oba naczynia, przykrywka, uchwyt, który nazywaliśmy czasem trzymakiem, i palnik z pojemnikiem na denaturat, tyle wystarczyło, bym mógł poczuć się szczęśliwy.

          Hedwig Hedwig miała sto lat, a może i więcej. Przynajmniej tak mi się zdawało, gdy będąc małym lorbasem, jak nazywał mnie ojciec, mijałem ją na schodach. Wchodziła na swój strych powoli, ostrożnie stawiając nogi na kolejnych stopniach. Ciężko dysząc przystawała co chwilę. Opierała się całym ciałem o poręcz schodów i cichutko szeptała sobie coś pod nosem po niemiecku. Czy to była modlitwa, czy skarga? Nie wiem. Bałem się Hewig. Jej czarna suknia, haczykowaty nos i duży kok siwych włosów spleciony nad pomarszczonym czołem przywodziły mi na pamięć okropne obrazy z bajek o czarownicach. Hedwig nie kontaktowała się właściwie z nikim w naszym domu. Nie mówiła po polsku. Była inna. Obca. Chociaż tak naprawdę to my wszyscy, prócz niej, w tym domu byliśmy obcy. Gdy trochę podrosłem i przeszła mi wiara w bajki, pomagałem jej czasem taszczyć z piwnicy na trzecie piętro niewielkie wiaderko z węglem. Nie pamiętam, by mi jakoś szczególnie okazywała za to wdzięczność. Bywało, że pogłaskała po głowie, a czasem usłyszałem ledwie wypowiedziane "Danke". Mój ojciec, ze wszystkich mieszkańców domu, wiedział o Hedwig najwięcej. On jeden znał język niemiecki i tylko z nim Hedwig mogła ucinać sobie sąsiedzkie pogawędki. Pamiętam moje zaskoczenie, gdy pierwszy raz zobaczyłem ojca rozmawiającego z Niemką. Patrzyłem na niego i nic nie rozumiałem. Było to dla mnie nieznane doświadczenie - stojąc obok ojca nie pojmuję tego co mówi do drugiej osoby. I co dziwne, ta osoba rozumie go doskonale i odpowiada podobnymi dźwiękami. Odkryłem wtedy, że nie wszyscy ludzie mówią tak samo i nie wszyscy muszą się rozumieć. Hedwig w kamienicy w Langfuhr, przy Hauptstrasse 130 zamieszkała w 1929r. Z polecenia państwa Lorow, u których sprzątała, gotowała i była podręczną, zatrudniono ją jako dozorczynię i przydzielono pokój na strychu. Niemłoda, samotna Hedwig, która nigdy w życiu nie miała nic własnego, objęła nową posadę w posiadanie, tak jak inni obejmują w posiadanie spełnione marzenie. Z wpojoną od dziecka starannością, pracowitością, ale i z instynktowną czułością, co rano z kubłem wody i szmatą pochylała się nad każdym stopniem schodów, które deptali wielce szanowni mieszkańcy i ich goście. W dni powszednie chodziła po sprawunki za róg na Heiligenbrunnerweg, a w niedzielę do kościoła u zbiegu Johannistal i Am Johanisberg. Czasami po kościele wybierała się na spacer na wzgórze Zinglera, gdzie zachodziła do kawiarni o tej samej nazwie.

zinglers-hohe

         Gdy siadała przy stoliku tuż obok okna, z którego mogła podziwiać panoramę Langfuhr i zamawiała ciastko, herbatę, a czasami nawet kieliszeczek likieru, nachodziło ją rzadkie uczucie zadowolenia. Przez chwilę, siedząc sztywno na gustownym, miękkim krześle, obsługiwana przez przystojnego kelnera, który stawiając przed nią delikatną filiżankę z cienkiej, markowej porcelany, kłaniał się nisko i uśmiechał się grzecznie, czuła się szczęśliwa i spełniona. W chwili, gdy podnosiła do ust kawałek ciasta i popijała go drobnymi łyczkami herbaty, stawała się na chwilę mecenasową Wagner z drugiego piętra, która, zawsze wytwornie ubrana, z uprzejmym uśmiechem pozdrawiała Hedwig, ilekroć spotkały się na schodach. Hedwig chciałaby być taką damą jak mecenasowa. Z zazdrością patrzyła na panią Wagner, gdy ta dostojnie wsiadała do samochodu, do którego drzwi otwierał jej szofer Markus. W ładną pogodę, po wyjściu z kawiarni zdarzało się Hedwig przejść się pobliską Jaśkową Doliną. Nie zdarzyło się nigdy, by podczas takiej przechadzki nie podziwiała prześlicznej willi ze strzelistą wieżą, stojącej przy Parkweg. W niepogodę wracała szybko do domu, by resztę dnia przesiedzieć przy oknie, z którego roztaczał się widok na dachy kamienic stojących po przeciwnej stronie ulicy.

         Kamienica przy Grunwaldzkiej jest i była dwupiętrowa, nie licząc strychu i charakterystycznej wieżyczki nad nim, którą to wieżyczką, a właściwie w tej wieżyczce skrytym pokoikiem, zawładnął w 1955r mój ojciec. Urządził tam sobie mały warsztat krawiecki. Dzisiaj z wieżyczki został tylko sześcian murów, bo strzelisty dach od lat nie istnieje, a i cała kamienica coraz bardziej zmienia się w ruderę. To właśnie wędrówki mego ojca z mieszkania do wieżyczki były najczęstszą okazją do rozmów z Hedwig. Z pewnością nie były to tylko proste rozmowy prostych ludzi o pogodzie. Niemka była gdańszczanką, która od zawsze była stąd, a my byliśmy prawie nowi. Prawie obcy. Obcy, bo Polacy, nowi, bo Polacy, a prawie, bo jednak z Pomorza, z bliska. Dla Hedwig, przyzwyczajonej do niemieckiego porządku, z pewnością byliśmy tłumem barbarzyńców, który nie mieszka, lecz koczuje w niegdyś eleganckich mieszkaniach. Nasi sąsiedzi przyjechali zza Buga, z Wilna, Grodna, Lwowa, Stanisławowa, z centralnej Polski i Bóg wie skąd jeszcze. Jedni szukając swego nowego miejsca zostawili na pastwę losu wiejskie zagrody, inni czynszowe mieszkania w malowniczych, przytulnych miastach i miasteczkach, a jeszcze inni majątki i dwory rozsiane po całej środkowej i wschodniej Europie. Stłoczeni w sześć rodzin, w mieszkaniu, które Hedwig pamiętała, jako własność jednej rodziny, starali się jakoś układać między sobą, tak by dało się żyć w miarę normalnie. Niemka jednak patrzyła na tę zgraję zwycięzców, jak na watahy maruderów z doszczętnie rozbitej armii. A to Kosiarski zasnął na schodach, upiwszy się uprzednio w restauracji  Pod Kominkiem, a to Kula stłukł żonę w obronie czci własnej, a to Stasiakowa z pierwszego piętra przypaliła bigos i Stasiak klął aż do wieczora jak szewc, choć był taksówkarzem. Czy mój ojciec tłumaczył starej pannie złożoność historii, która dopiero, co się przewaliła prze Europę i która spowodowała to, co spowodowała? Nie wiem. Czy Hewig kiedykolwiek dowiedziała się, że właśnie ja, syn polskiego krawca z pomorskiej rodziny, który nawet nie domyślał się istnienia Warda wśród przodków, urodziłem się w Gdańsku i przez ten fakt nabyłem prawo do tego miejsca? Nie wiem. Czy Hedwig rozumiała moją sytuację? Nie wiem. Czy w głowie niemieckiej dozorczyni, która nie opuściła swojego stanowiska pracy, mimo, że kamienicę opuścili wszyscy jej lokatorzy, a miasto prawie wszyscy jego mieszkańcy, ułożyła się myśl o tym, że nastała sprawiedliwość dziejowa? Że oto, po wiekach miasto nadziane polską historią, jak pączek marmoladą, stało się miejscem życia Polaków, którzy zostali wypędzeni z innych miejsc, miejsc swoich urodzin. Że ci wypędzeni przez Niemców i Rosjan Polacy, by znaleźć swoje nowe miejsce, chcieli czy nie chcieli, musieli teraz wypędzić Niemców, bo alianci paląc fajki, papierosy i cygara tak się między sobą ułożyli, że innego wyjścia nie było. Czy Hedwig pytała ojca o cokolwiek, by pojąć coś z tego, co się stało, co się dzieje i czego można oczekiwać? Nie wiem. Pewnie pytała, bo gdy już rozmawiali, to rozmawiali długo, często dłużej niż mogła zaakceptować to moja dziecięca cierpliwość. - Panie Klemensie ? domyślałem się, że mówiła Hedwig do ojca ? najgorszemu wrogowi nie życzyłabym przeżyć tego, co ja tu przeżyłam. Ta wojna z ludzi zrobiła zwierzęta. - A no tak - pewnie potwierdził ojciec - za mówienie po polsku, niemiecki policjant stłukł mnie jak psa już na samym początku wojny. Do teraz czuję te baty, jak sobie to przypomnę. Mój wuj, Edmund, jak muł w kieracie, zginął w kamieniołomach Mauthausen, tylko za to, że pisał do bydgoskich gazet artykuły o tym, co się działo na polskim Pomorzu. Mój ojciec zmuszony był, jak szczur kryć się przez pięć lat przed swoimi niemieckimi sąsiadami, z którymi był przed wojną w dobrej komitywie. Mówi Pani, że zwierzęta. Może i zwierzęta... Hedwig nigdy nie nauczyła się mówić po polsku. Do dzisiaj nie wiem, co sprawiło, że po wojnie została w Gdańsku? Jakich argumentów użyła prze nową, polską władzą, że pozwolono jej zostać, a nie wsadzono do wagonu na stacji we Wrzeszczu i nie wywieziono za Odrę, jako element narodowo obcy? Może odnalazła w papierach kaszubskiego, a przez to słowiańskiego, polskiego przodka, a może po prostu o niej zapomniano, jak zapomniano o książkach, które na strychu, obok pokoju Hedwig, odnalazłem i zamieniłem w Antykwariacie na gotówkę?
To wydarzenie stało się moim pierwszym w życiu, cennym doświadczeniem ekonomicznym. Za niemieckie książki sprzedane w Antykwariacie kupiłem na stoisku sportowym w popularnym ?Pedecie? płetwy i maskę do pływania pod wodą. To nic, że nie umiałem jeszcze pływać, wiedziałem, że nadejdzie taki dzień, gdy bez obaw zanurzę się w Wiśle, morzu, czy jeziorze i odkryję świat, którego nie widać. Ot, taka prosta zamiana. Świat, którego nie znałem zamieniłem na świat, którego nie znałem. Ileż takich transakcji jeszcze w życiu dokonam? Taksówka Pan Stasiak miał taksówkę marki Warszawa i garaż na podwórku, którego wierzeje służyły nam często jako bramka przy grze "w nogę".
         Taksówka Warszawa M 20 była polską wersją radzieckiego samochodu Pobieda, a ta licencją Forda Model B. Jak pamiętam, pan Stasiak tyle samo czasu woził po mieście ludzi, co naprawiał pod garażem swój samochód. Rosjanie nigdy nie mieli na naszym podwórku dobrej opinii, a dzięki taksówce Stasiaka i jej częstym postojom, to już tę opinię mieli całkiem złą. Mówiło się, co prawda, że Ruskie jak coś zrobią to "nie gniotsja, nie łamiotsja", ale problemem było to, co w tej ruskiej Warszawie było sprawną, radziecką myślą techniczną, a co źle skopiowanym, cudzym pomysłem. W powszechnej, powojennej opinii Rosjanie wszystko kradli, a na dodatek z kradzionego nie umieli korzystać. Pani Warakomska, znajoma mamy, której mąż po wojnie organizował kolej w Gdańsku, opowiadała jak radzieccy przyszli do jej mieszkania przy Kochanowskiego zabrać fortepian, który jakimś sposobem u niej wypatrzyli. ? Wynieśli fortepian na schody i dawaj go znosić. Co doszli do półpiętra, to klops i instrument zaklinowany. No to trach, trach siekierką i w dół. Następny zakręt i znowu trach, trach? A jak pani wie ja mieszkam na drugim piętrze. Gdy wreszcie znaleźli się z tym fortepianem przy czekającej na dole ciężarówce, instrument wyglądał jak czarny ptak, upolowany z armaty. Machnęli więc ręką i odjechali. Zielona taksówka pana Stasiaka, która udawała też pomnik przyjaźni polsko-radzieckiej, raz w roku była dobrem przeznaczonym dla mnie. Każdego roku, w połowie lipca, ojciec mój wynajmował pana Stasiaka i jego taksówkę, by przewieźć na Przeróbkę nas i nasze toboły do klubu, który miał siedzibę na prawym brzegu Gdańskiej Wisły, nazywanej też Martwą Wisłą, albo Leniwką. Jechaliśmy tam, gdzie dzisiaj stoi potężny most wantowy. W dawnych czasach polscy flisacy na Przeróbce przesuszali zboże przed sprzedażą w Gdańsku, stąd też nazwa miejsca. Nieco dalej, bliżej Gdańska, po lewej stronie rzeki, na cyplu, gdzie Motława wpadała do Wisły, rozbierali, po sprzedaży zboża, swoje tratwy. Dlatego od zawsze to miejsce nazywano Polskim Hakiem i tak nazywa się do tej pory. Pan Stasiak wiózł nas przez Gdańsk powoli i dostojnie, by za Siennickim mostem skręcić w prawo i wzdłuż brzegu rzeki dowieźć nas do przystani, która, chociaż wyglądała jak zaniedbane gospodarstwo rolne z dwiema stodołami, nosiła dumną nazwę Yacht Klubu Stoczni Północnej. Tam, na trawie rozpoczynało się zajęcie, zwane przez tatę klarowaniem łodzi. Pan Stasiak, mimo swej tuszy, taszczył razem z nami worki i torby na pomost, a pobrawszy należność za kurs, życzył nam udanych wakacji i odjeżdżał zabierając ze sobą mój rok tęsknoty za wakacjami. Oto stałem na pomoście, a moje wakacje stawały się z każdą minutą coraz bardziej i bardziej realne. Po upchaniu w łodzi naszych swetrów, dresów, koców, namiotu, materaców i jedzenia odbijaliśmy od brzegu, by oddalając się od Gdańska, wypatrywać wielkich hal stoczni Wisła i wąskiego kanału w Pleniewie, którym mogliśmy wypłynąć na wody Wisły Śmiałej,zostawiając z lewej burcie Górki Zachodnie.

swit_martwa_wisla_jpg1
fot. Michał Grabowski

         To tu, w pobliżu Pleniewa, w styczniu 1840 roku wydarzył się prawdziwy cud. Nagłe ocieplenie tamtej dziewiętnastowiecznej zimy sprawiło, że wielkie ilości kry z górnego biegu rzeki zaczęły spływać ku morzu. Na Żuławy i Gdańsk padł wielki strach. Wiślani rybacy, co rusz donosili strażnikom przeciwpowodziowych wałów coraz gorsze wieści. Wody w Leniwce z godziny na godzinę przybywało i nieszczęście wisiało w powietrzu. Mieszkańcy Pleniewa, Sobieszewa i Wiślinki w nocy, przy wodomierzach zapalali ogniska i z trwogą spoglądali na piętrzącą się lodem rzekę. W ostatnią noc stycznia Leniwka zawyła, zaszumiała i z rykiem dzikiej bestii przebiła się do Bałtyku przez najwęższe miejsce w mierzei. Gdańsk odetchnął z ulgą, a nowe ujście ochrzczono Wisłą Śmiałą, na którą to właśnie rzekę wypływaliśmy, by wypatrywać już restauracji w niedalekim Sobieszewie. Gdy zbliżaliśmy się do brzegu, stawałem na dziobie i z miną wilka morskiego wyskakiwałem z cumą w rękach na marne resztki pomostu, jaki tu stał przed wojną. Cumę zarzucałem na stary, zbutwiały poler, który sterczał wśród wystających z wody bali, i gdy już ojciec uznał, że nasza łódź jest bezpieczna, ruszaliśmy do restauracji. Gdy ojciec zamawiał swoje pierwsze, urlopowe piwo, mnie, w małym kuflu, podawano czerwoną i słodką oranżadę, której ostatni łyk oznaczał dla mnie pożegnanie Gdańska i początek prawdziwych wakacji.

Dzisiaj

         Okropny mam dzisiaj humor. Listopadowa niedziela, w oknie wisi słoneczna pogoda, a ja każdą myśl przewracam do góry dnem i szukam i szczelin, które potwierdzą moje przypuszczenie, że w tym życiu nie ma sensu żaden gest, który czynię, czyniłem, czy będę czynił. Moje pięćdziesiąt lat z okładem, jak papier wodą, nasącza się jesienną depresją. Tonę. Trzeba mi z domu wyjść, uczynić kilka kroków, zamienić perspektywę ściany na przestrzeń krajobrazu, refleks szyby, na pełną jaskrawość słońca. Może to mi pomoże. Pojadę na cmentarz Łostowicki do ojca i na Srebrzysko do babci. Grób dziadka też odwiedzę. Dziadka Leona niewiele znałem. Mało się mną interesował. Pamiętam, jak przywiózł do nas kiedyś drożdżówkę, którą podał mi nieco speszony, mówiąc ? No, masz tu sznekę z glancem. Było to jedno z niewielu zdań skierowanych bezpośrednio do mnie, jakie od niego usłyszałem, a szneka była jedyną rzeczą, jaką mi podarował. Zapalę mu świeczkę. Niech wie, że ten glanc wciąż pamiętam. Pojadę. Skonfrontuję swoją zadyszkę z ich grobowym bytem. Wszak dzięki nim, dzięki dziadkowi Leonowi, który w niemieckim Gdańsku przeżył hitlerowską wojnę i dzięki ojcu, który do tego Gdańska swemu ojcu woził drożdżowe ciasta, istnieje moje prawo do życia tutaj. Dzięki nim mam prawo do tego kawałka chłodnego brzegu morza u trzech ujść polskiej rzeki Wisły. Falistowłosy 24 października 1930 roku z pociągu na dworcu w Gdańsku wysiadł młody człowiek nazwiskiem Forster. Albert Forster. Przystojny inteligencik na dorobku. Za cały dobytek miał tylko karton na buty, w którym przywiózł jakieś swoje drobiazgi. W niczym wtedy nie przypominał późniejszego pana i władcę Wolnego Miasta Gdańska.

albert_forster2

          Dozorczyni Hedwig w tym czasie, gdy na dworcu w Gdańsku zatrzymał się pociąg z Berlina, myła okna pomagając służącej Wagnerów. Pucując szybę nie miała pojęcia, że w tej samej chwili, w której iskrzący inteligencją Albert dotknął butem peronu gdańskiego dworca, tafla jej uporządkowanego życia lekko się zarysowała. Gdy otwierał drzwi skromnego pokoju przy Hundegasse, który był siedzibą mało znaczącej w Gdańsku partii, NSDAP, rysa w życiu Hedwig znacznie się powiększyła, a gdy Forster witając się z partyjnymi kolegami tłumaczył, że przyjechał, by na polecenie Hitlera zrobić w Gdańsku porządek i zbudować wzorową, partyjną organizację, życie Hedwig, do tej pory szkliste i przejrzyste, zupełnie bez jej świadomości zaczęło się pokrywać pajęczyną rys i pęknięć. Domknęła okiennicę, przetarła parapet, rzuciła okiem jeszcze raz na gładź szyby i zadowolona zasunęła firankę. - Porządek musi być - mruknęła zadowolona do siebie.
          - Wskakuj - krzyknął ojciec i bosakiem zaczął odpychać łódź od spróchniałej dalby, która niegdyś stanowiła główną konstrukcję pomostu. Dawniej regularnie dopływały tu statki rzeczne z letnikami. Ciekawe, czy Hedwig wybrała się choć raz z Danzig do Bohnsack? Z pewnością. Odkąd zapałała niczym niezmąconym uwielbieniem do wysłannika wodza Wielkich Niemiec ? Forstera, nie mogła przecież nie pozwolić sobie na to, by choć raz nie przejść się drogą, po której do domu jeździł Gaulaiter. Domu, który ponoć z okazji ślubu Alberta podarował Młodej Parze sam Hitler.

forsterowka
fot. Ewa Kowalska

         Nie wypadało zwolenniczce nowego porządku, nie pójść na plażę sobieszewskiej wyspy i nie zamoczyć nóg w wodzie zatoki, w której być może taplał się falistowłosy Albert. Nie wypadało nie nawdychać się powietrza, którym oddychał ten, dla którego Fuhrer zawsze miał czas. O leśnej rezydencji Forstera dowiedziała się Hedwig od pani Wagner. Jej mąż, pan Wagner miał zaszczyt być tam zaproszony z jakiejś partyjnej okazji i wrócił zachwycony, tak domem w Orle, jak i domu tego gospodzarzem. Hedwig nie od razu łaskawym okiem patrzyła na zmiany jakie się w mieście zaczęły dziać. Początkowo śmieszył ją ten jazgotliwy dryl, jaki oglądała na ulicach w wykonaniu dorosłych mężczyzn, którzy ubrani w brunatne koszule wyglądali jakby wciąż bawili się w skautów. Maszerowali, śpiewali i wymachiwali rękami. Byli dumni. Hitler początkowo też nie przemawiał jej do serca. Wiedziała, że Gdańsk to niemieckie miasto, choć Polacy rościli sobie od zawsze do niego jakieś prawa, ale Polaków tu było, jak na lekarstwo. Czy to taka wielka krzywda dla miasta, że gdy wszyscy chcą je mieć, to nie ma go nikt ? Tu jasnej odpowiedzi Hedwig nie umiała udzielić. Jej było dobrze. Miała swój kąt, swoją pracę, swój spokój i swoją nadzieję, że gdy znajdzie sobie wreszcie dorodnego chłopa, który doceni jej zaradność i pracowitość, będzie jej zupełnie jak w niebie. Na to liczyła. Tymczasem swoje codziennie musiała zrobić i robiła, a to co działo się na ulicy, to i owszem, ciekawe było, ale jej jakby nie dotyczyło. Jedynie w rozmowach z panią Wagner przewijały się słowa mało dotąd słyszane o krzywdzie Niemców, o nadziei, jaką daje Hitler, o narodowym socjalizmie, który ma być receptą na chorobę czasów. Pani Wagner, znając swą przewagę, lubiła występować przed Hedwig w roli odkrywczyni świata i wszelkiej prawdy. Hedwig dawała jej poczucie, jakiego doznaje dobry nauczyciel, który po lekcji widzi ślepo wpatrzonych  i bezbrzeżnie zasłuchanych uczniów, którzy pojęli właśnie wiedzę, o jakiej jeszcze rano nie mieli pojęcia. To pani Wagner tłumaczyła Hedwig, że dla Niemców, dla Gdańska i w ogóle dla wszystkich, nie będzie źle, że wreszcie znalazł się człowiek, który chce zrobić porządek. - Przecież ci komuniści nas wykończą. Co to będzie za świat, gdy rządzić będą ci, którzy powołani są do robotniczej pracy. A pani sobie wyobraża, żeby nasz listonosz, pan Dieter został przyjęty do pracy na miejsce mojego męża? Pani to sobie wyobraża? Pan Dieter to uczciwy i porządny człowiek, ale jak go wybiorą na adwokata, to co on umie? Przecież ta poczciwina pojęcia nie ma o prawie. Jakby ten świat wyglądał? Każdy jest urodzony do czegoś i to sprawia, że jest na świecie porządek, a ci komuniści wszystko chcą zepsuć.
- A ten Hitler- spytała Hedwig - to on jakoś powołany na robienie porządku jest?
- Jakby nie był, to by nie chciał robić.
- Ale komuniści przecież chyba też chcą porządek robić - wahała się Hedwig.
- Komuniści, tłumaczyłam pani, nie są powołani do rządzenia tylko do pracy. Im się w głowach poprzewracało. Im się robić nie chce. Co to będzie za sprawiedliwość dziejowa, jak pan Dieter zostanie adwokatem. Przecież on z głodu umrze, bo kto do niego przyjdzie prosić o radę, albo o obronę w sądzie? A Hitler chce żeby robotnik miał dobrze i żeby adwokat był adwokatem.
- Myśli pani, że jemu się uda, żeby wszyscy mieli dobrze?
- Jak mu Żydzi nie będą przeszkadzać i naród poprze, to się uda i Gdańsk znowu będzie w Niemczech. I nie będzie tak, że inni za nas będą decydować, co my mamy robić i gdzie mieszkać.
          Hedwig jeszcze przez wiele wieczorów rozmyślała o tym co mówiła jej mecenasowa. Leżąc w ciepłym łóżku wyobrażała sobie jak to będzie pięknie, gdy wszyscy przestaną się kłócić i będzie jasne, co i kto ma robić. To ją przekonywało. Ten początkowo krzykliwy ton partyjnych z NSDAP z czasem w jej uszach łagodniał. Oswajała się z nim, przyzwyczajała. Mąż pani Wagner dawno zapisał się do partii. Zrobił to, gdy tylko spostrzegł, że idą nowe czasy i lepiej będzie, by to on zajął się polityką nim miałoby się stać na odwrót. Nie od razu stał się ważny w szeregach, ale z czasem jego pozycja rosła. Po dwóch latach od przejęcia przez Hitlera władzy, gdy NSDAP panowała już wszędzie niepodzielnie i obsadzała wszystkie stanowiska swoimi ludźmi, mecenas Wagner szczycił się w partyjnej hierarchii niezachwianą i dobrą pozycją. Sam Gaulajter zasięgał jego opinii. Nie raz pani Wagner mówiła później do Hedwig, że bez jej męża Forster w Gdańsku tak łatwo i tak dobrze by sobie nie poradził. Pani Wagner co rusz opowiadała Hedwig różne historyjki z życia nowych władz. Hedwig słuchała ich chciwie i nigdy nie miała dosyć. Nie przeszkadzało jej wcale, że mecenasowa najchętniej plotkuje, gdy ma do Hedwig prośbę, by ta pomogła służącej Luizie w cięższych pracach. Po nasłuchaniu się plotek z wyższych sfer Hewig nigdy nie żądała zbyt wygórowanej zapłaty. Swój pot sprzedawała tanio dla lepszych Niemiec, którym, jak czasami mawiał mecenas, nikt już nie będzie dyktował żadnych traktatów. O taki obrót rzeczy modliła się więc codziennie, bo jak nie prosić Boga, by Niemcom było dobrze. Gdy Hedwig w 1938 roku, już przekonana do idei, którą najczęściej na schodach wykładała żona mecenasa Wagnera, dowiedziała się o domu Forstera w Wordel, z pewnością, w którąś ciepłą, letnią niedzielę lipca wsiadła na statek przy Lange Brucke i udała się w krótki rejs do Bohnsack, by tu, choć przez chwilę, spacerując szosą wiodącą do Schiewenhorst, oddychać powietrzem, którym oddychał gdański wódz, jadąc do swej rezydencji, położonej w lesie, niedaleko, tuż za Bohnsack. Jak bardzo Hedwig zazdrościła żonie Gaulejtera nikt nie miał się nigdy dowiedzieć. Jeżeli tak było, to wzruszona wycieczka i przeżyciami Hedwig musiała stać na tym pomoście, od którego resztek właśnie odpływaliśmy.
Oddaliliśmy się od brzegu na taką odległość, że ojciec mógł bezpiecznie, nie obawiając się urwania śruby, uruchomić silnik, a ten głośnym jazgotem oznajmił rzece, że nasza podróż została wznowiona. Z radością wpatrywałem się w perspektywę rzeki, która nie obiecywała mi niczego, czego bym już nie znał, a jednak, jak zawsze, kusiła celem podróży - zatoką Widłąg.

          Był rok 1960. Po wakacjach miałem rozpocząć naukę w szkole podstawowej. Wakacje Sobieszewo zostawało za nami. Prawą burtą mijaliśmy ogromny, czerwony budynek cegielni i powoli zbliżaliśmy się do śluzy w Przegalinie. Siedziałem w kokpicie wypatrując kolejnych boi wyznaczających szlak, podczas gdy mama, oparta o położony na krzyżaku maszt naszej łodzi, zamyślona wygładzała wzrokiem nieprzebraną zieleń nadrzecznych łąk. Nie było tam jeszcze wielkiej, trującej, białej hałdy odpadów z Przetwórni Fosforów, choć żyli już w Gdańsku tacy, którzy ją planowali. Wczesnym popołudniem dopływaliśmy do Przegaliny, śluzy, która ze swymi potężnymi wrotami przeciwpowodziowymi, brzdącowi takiemu jak ja, kojarzyła się bardziej ze średniowiecznym zamkiem, niż urządzeniem hydrotechnicznym.
Wiele lat później miałem się dowiedzieć, że śluza w Przegalinie to jeden z wielu obiektów, które wybudowano "prostując" Wisłę. Wielka akcja przekopywania nowego koryta dla rzeki zakończyła się 31 marca 1895 roku, gdy o godzinie 15.45 Cesarz Wilhelm II telegraficznie polecił uroczyście otworzyć przekop. Nadprezydent Prus Zachodnich Gustav Heinrich Konrad von Gossler, ubrany odświętnie w czarny frak, otrzymawszy rozkaz od Cesarza zgiął się w pół i? wyprostował rzekę. To uczyniwszy zaczął klaskać. Reszta oficjeli i tłumnie zebrana na wałach gawiedź także klaskała, lecz po chwili odgłosy przewalającej się nowym korytem spiętrzonej wody, zagłuszyły entuzjazm i zakończył się strach o to, że Gdańskowi powódź od strony Wisły może jeszcze kiedyś zagrozić. Już nigdy nie zagroziła.

stara-sluza-w-przegalinie-fot-barbara-wlodarczyk
fot. Barbara Włodarczyk

         W chwili, gdy wpływaliśmy w wąski kanał, który prowadził wprost do wrót śluzy, ojciec wyłączył silnik. Zrobiło się nagle cicho. W takich właśnie chwilach, gdy z wielkiego hałasu nagle wynikała cisza, zdawało mi się, że świat najgłośniej słychać właśnie w ciszy. W tej ciszy nieśmiały głos ptaka, skrzek żaby, plusk ryby, czy choćby zgrzyt łańcucha przy starej studni, brzmiał jak potężny, piękny dźwięk, a gdy kilka takich dźwięków spotkało się razem, w powietrzu tworzyła się harmonia, która stawała się soczystą pieśnią zwycięstwa życia nad martwym cudem techniki. Znowu wyskoczyłem na brzeg z cumą w ręku i szukałem palika lub kamienia, do którego mógłbym uwiązać naszą łódź. Gdy już wszystko było w porządku, na ląd zszedł mój ojciec i wąską ścieżką, wzdłuż kanału udaliśmy się do biura Pana Śluzowego. Pan Śluzowy, w marynarskiej czapce, przywitawszy się grzecznie, siadł przy starym, pamiętającym chyba jeszcze czasy von Gesslera, biurkiem i otworzył duży, wyświechtany kajet z rubrykami. Zapisał w nim datę, godzinę i nazwę naszej jednostki pływającej. W rubryce kapitan zapisał nazwisko ojca. Ojciec, jak jakiś wielki armator, wniósł opłatę i mogliśmy już spokojnie wpłynąć do śluzy. Gdy wróciliśmy do mamy, ta czekała z gorącą herbatą i kanapkami.
- Obiad chyba zrobimy za Gdańską Głową - wahał się ojciec.
- To będzie już kolacja - zauważyła mama.
- No, to płyniemy - zdecydowałem odcumowując naszą jednostkę wakacyjnego szczęścia.
Co roku, gdy zamknęły się za nami wrota, stawaliśmy na burcie i łapaliśmy się drabinek w ścianie śluzy, by opadać lub się wznosić wraz z wodą, w zależności od różnicy poziomu wody między dwiema Wisłami. Gdy wrota, te przed nami, się otwierały oznaczało to koniec śluzowania i wystarczyło odepchnąć się od ściany, a już było się prawie na Wielkiej Wiśle, jak ją sobie nazywałem. Nim jednak nasza mała łupinka rozpoczęła mozolny rejs w górę rzeki, mijaliśmy lewą burtą zatokę pełną barek, lodołamaczy i holowników.
Były to czarne, wielkie statki z białymi nadbudówkami, na których tętniło prawie miejskie życie. Na pokładach barek kobiety barkarzy wieszały pranie, a między nim uganiała się z wielkim rejwachem barkarska dzieciarnia, której bardzo zazdrościłem tego, swobodnego, trochę cygańskiego życia. Nie było jednak na tę zazdrość czasu, bo już po chwili, płynąc pod falę pięć kilometrów w górę rzeki, trzeba było wypatrywać wrót do kolejnej śluzy w Gdańskiej Głowie, by tam z uczuciem ulgi, że Wielka Wisła nie sprawiła nam żadnej niespodzianki, znowu przybić do brzegu w poszukiwaniu palika lub kamienia dla cumy. Ojciec, jak i poprzednio, wraz ze mną znowu szedł do Pana Śluzowego, by uiścić opłatę, podyktować do książki nazwę i nazwisko, a wychodząc z biura podziwiać na werandzie dziesiątki kanarków, które Pan Śluzowy hodował z wielkim zapałem. Kontent temu, że kanarki zrobiły na nas wrażenie, brał się zaraz do roboty i w niedługi czas przeprawiał nas na Szkarpawę.

gdanska-glowa-a1

         Szkarpawę, na którą wpływaliśmy nazywano kiedyś Wisłą Elbląską. Słońce było już na zachodzie, przychodził czas na obiad. Mama na brzeg wyciągała kocherek, ziemniaki, puszkę konserwy "Turystycznej", cebulę i pomidory. Wszyscy zabieraliśmy się do gotowania. Początkowo podawałem tylko niezbędne przy gotowaniu przybory, ale z czasem pomagałem nawet obierać ziemniaki. Z latami dostąpiłem nawet zaszczytu otwierania puszek z tuszonką. Ach, te młode kartofle polane tłuszczykiem, te złociste kawałki mięska, prosto z patelenki, i ta sałatka z pomidorów z cebulką, dobrze zaprawiona octem, pieprzem i odrobiną soli. Ach, ten popołudniowy wiaterek, kręcący się między brzegami rzeki, który jakby od niechcenia przynosił nam od łąk zapachy świeżo skoszonej trawy. Syte, ciepłe powietrze przemieszczało się nad nami, także sytymi i zadowolonymi. Podczas takiej właśnie sytości, któregoś roku usłyszałem, że tu w rozwidleniu Wisły Leniwki i Wisły Elbląskiej, Gdańsk wybudował sobie twierdzę, która miała chronić miasto od niebezpieczeństw przychodzących z południa i ze wschodu. Tymczasem twierdza ta, nosząca nazwę Danziger Haupt, w maju 1655 roku została zdobyta przez Szwedów, którzy przyszli z północy i ruszyli na południe, by zalać swoim orężem Polskę, co Polacy nazwali później potopem. Wycofali się Szwedzi z Gdańskiej Głowy dzień przed wigilią Świąt Bożego Narodzenia 1659 roku, by po paru miesiącach, w dniu 3 maja, roku następnego, podpisać pokój w Oliwie i datą tą dać gdańszczanom pretekst do corocznego święta. Kto mi o tym powiedział już nie pamiętam, ale wiem, że od tamtej pory, już zawsze wrota do śluzy były dla mnie warowną bramą, a w szumie wpuszczanej lub wypuszczanej wody słyszałem brzęk oręża i odgłosy bitwy ze Szwedami.
          Tymczasem my spokojnie płynęliśmy przez rok 1965, następny, następny i następny, cichą rzeką, w mrok ciepłego wieczoru, ku starej żuławskiej wsi Drewnica, gdzie przy moście pontonowym ojciec planował, jak co roku, pierwszy żeglarski nocleg. Terkoczący głośno silnik zagłuszał myśli, lecz nie przeszkadzał w podziwianiu podrywających się do lotu, wystraszonych hałasem, kormoranów. Opuszczając zieloną i spokojną Szkarpawę ledwie posmakowaliśmy rozłożystego Zalewu Wiślanego, a już płynęliśmy w górę Nogatem, na którym za krzyżackich czasów polscy rycerze z krzyżowymi, całe bitwy na rzeczne flotylle odbywali. Nogat łączył polską Wisłę z pruskim Zalewem opływając zamek w Marienbergu, który Krzyżacy na stolicę swego państwa wystawili. Płynęliśmy w górę rzeki, samym jej środkiem. Po obu rzeki stronach leżały rozłożyste, soczyście zielone łąki, dalej zaś wały przeciwpowodziowe zasłaniały widok na urodzajne żuławskie pola, które menonici w XVI wieku zaczęli wydobywać z przyrzecznych mokradeł i bagien. Tylko czasami, ponad groblą widać było dachy mijanych, starych, pruskich wiosek. Siedziałem na burcie naszego nowego jachtu, biało-niebieskiej "Poli", zajadając pajdę chleba ze smalcem. Cóż to była za pychota. Skwarki, które mama wytapiała tuż przed rejsem, teraz smakowały jak najlepsze rodzynki. Pożerałem ten chleb, żałując nawet okruchów, które spadały na burtę, a z burty do wody, gdzie szybko znikały za sprawą ryb, bądź krążących za rufą ptaków.
Już od kilku lat z Gdańska wypływałem na wakacje tylko z ojcem. Mama dojeżdżała do nas pociągiem. Czasami spotykaliśmy się z nią w Małdytach, gdzie pociąg przystawał niemal przy brzegu jeziora, a czasami dopiero w Iławie. Ojciec przed rejsem ustawiał na rufie, w równym rzędzie, konserwy, smalec  i to, co nam mama powierzała jak skarb największy - słoiki z bigosem. Wystarczyło ugotować ziemniaki i odkręcić taki słoik, by oblizywać się do późnego popołudnia. Z gotowaniem w tamtych czasach nie było już takiego zachodu, jak kiedyś. Nie trzeba było szukać miejsca na brzegu, wyciągać kochera na równe i ubite pole, lać weń denaturat i czekać, patrząc w niebo, czy aby deszcz nie spadnie. Teraz wystarczyło przybić do brzegu byle gdzie i jeżeli nie było fali, to można było w kokpicie odkręcić zawór w butli z gazem, przytknąć zapałkę do syczącego palnika i zaraz wszystko się gotowało. A gdy człowiek zgłodniał w trasie, to wspomniana pajda chleba i skwarki w smalcu załatwiały sprawę.
          Siedziałem więc na burcie zajadając chleb i gapiłem się na nudny, wybrzuszony wałem brzeg Nogatu. Dla młodego, kilkunastoletniego chłopaka, jakim wtedy byłem, w długiej podróży łodzią po rzece, wszystko, co się na brzegu błyszczało, czy ruszało stanowiło nie lada atrakcję. Był więc atrakcją prom w Kępinach przepychany ręcznie, po linie, która zawsze, gdy nie było chętnych do przeprawy, leżała na dnie rzeki. Ten wodny wehikuł, przewożący na drugi brzeg wszystko, co się chciało dać przewieźć, trzeba było ominąć ostrożnie, by móc się po niedługim czasie rozglądać za wąską przerwą w wale przeciwpowodziowym. Most, który tę przerwę wypełniał, a pod którym musieliśmy przepłynąć, by wejść na kanał wykopany przez Krzyżaków w 1485 roku, mijaliśmy jak metę kolejnego etapu. Wpływając na wąskie wody kanału dostrzegaliśmy nagle naszą wielkość, która na Wiśle, Szkarpawie i Nogacie zupełnie się nam zatracała. Przy zmieniających się proporcjach rosła nam radość z podróży. Kanał wiódł naszą łódź wprost do Elbląga i nazywano go, chyba na złość budowniczym - Jagielońskim. Choć był stosunkowo krótki, dla nas oznaczał jeszcze długą drogę. Daleko było do zmierzchu, gdy ojciec postanowił, że na noc zatrzymamy się u bosmana. Nie musiał tego mówić, wszak co roku w drodze na jeziora, i wracając z nich, zawsze zatrzymywaliśmy się u bosmana w Elblągu przy Wybrzeżu Gdańskim. Pan Adam był bosmanem w małym klubie żeglarskim, który przycupnął na brzegu rzeki, na małym cyplu, stworzonym przez rzekę Elbląg i Kanał Miejski. Klub ten był niewielką przystanią dla kilkudziesięciu łódek turystycznych, które pracownicy fabryki produkującej turbiny, trzymali dla takiego samego celu, jaki wiódł nas z Gdańska do Iławy. Gdy więc, wlokąc się kilka kilometrów na godzinę, wypływaliśmy z kanału na przestwór rzeki Elbląg, która jako żywo też przypominała kanał, tyle, że większy, z daleka już widzieliśmy potężne, szare hale elbląskiego Zamachu i znowu zmieniały się nam proporcje. Fabryka turbin była kiedyś częścią Stoczni Gdańskiej. Właściwie powinienem napisać, że było odwrotnie, bo to stocznia w Gdańsku swoje narodziny zawdzięczała zakładowi w Elblągu, który powstały dzięki pewnemu, uzdolnionemu i upartemu młodzieńcowi. Na początku dziewiętnastego wieku w mieście Elbląg urodził się chłopiec, który, gdy podrósł, wyuczył się ślusarstwa. Od początku nauki zdradzał pewne talenty dobrze rokujące na przyszłość. Mając siedemnaście lat własnoręcznie zrobił i przedstawił Elbląskiemu Towarzystwu Przemysłowemu model maszyny parowej. Mając dwadzieścia trzy lata, po odbyciu studiów, które mu elbląscy notable zafundowali doceniając jego zdolności, założył swój pierwszy warsztat, a w roku 1854, już jako znany konstruktor maszyn parowych, pobudował stocznię. Tym urodzonym inżynierem był Ferdynand Gotlob Schichau, który, gdy mu w Elblągu zrobiło się za ciasno, wykupił w Gdańsku nad Motławą teren obok Stoczni Cesarskiej i postawił drugą stocznię, ściśle współpracującą, bo jakżeby inaczej, ze stocznią w Elblągu. Tak było aż do 1945 roku. Obie stocznie w czasie wojny produkowały U-Booty na potrzeby coraz bardziej tonącej Marynarki Wojennej Adolfa Hitlera. Koniec wojny zakończył tę produkcję i żywot obu zakładów pod niemieckim nadzorem. Zawsze, gdy przepływaliśmy obok wysokich, nadgryzionych zębem czasu, betonowych nabrzeży dawnej stoczni, w mojej wyobraźni pojawiały się smukłe i groźne sylwetki niemieckich łodzi podwodnych, którymi dowodzili obrośnięci straceńcy w pięknych granatowych mundurach Krigsmarine. Wypatrywałem i nasłuchiwałem, czy od któregoś z nabrzeży, z dźwiękiem buczków nie oderwie się nagle jakiś "czarny rekin" i nie storpeduje naszej łupiny.

         Bosman, człek jowialny, jak co roku witał nas serdecznie, wskazując miejsce, przy którym mogliśmy zacumować. Po zarzuceniu cumy na pachołek szedłem rozprostować kości, patrząc przy okazji, co się przez rok zmieniło. Ojciec, po krótkiej wymianie uprzejmość powitalnych, zapraszał bosmana na kolację, którą przy mojej pomocy wydawał co roku w kokpicie naszej kapsuły czasu. Po godzinie, gdy nasza Poli była już sklarowana, a herbata i kanapki zdobiły skrzynię, która zastępowała stół, na pokład wkraczał bosman Adam. Zanim ojciec otworzył butelkę i nalał do kieliszków, bosman, zapalając Sporta, zadawał sakramentalnie banalne pytanie: - I co słychać? Ojciec wzruszał ramionami i lekko krzywił usta, jakby poważnie zastanawiał się nad odpowiedzią, po czym rzucał przed siebie: - A tam, nic. Udzieliwszy tej odpowiedzi wybijał ręką korek z butelki Wódki Czystej i pochylał się nad dwoma kieliszkami, które zawsze ustawiał na gretingu, jakby to jakimś wstydem było postawić je przy chlebie i herbacie. A może w ten sposób Tata zaznaczał granicę między światem dorosłych, czyli nim i bosmanem, a mną, który wciąż byłem niepoważny i w związku z tym musiałem siedzieć w pewnej odległości od tych kieliszków chowanych za skrzynią. Gdy ojciec już nalał, to starał się podtrzymać rozmowę, ni to pytaniem, ni stwierdzeniem: - Ale się porobiło - mówił ojciec w roku 1956, stwierdzał w 1968, zastanawiał w 1970 i dziwił w 1980.
- To fakt, porobiło się - odpowiadał bosman i wychylał kieliszek, rzucając też jakby do mnie: - No, to oby nam się .
Po pierwszym toaście rozmowa ruszała z miejsca. Na opowiadaniu, co też przez ostatni rok wydarzyło się na świecie, schodził czas do północy. Ojciec z bosmanem politykowali, plotkowali i dyskutowali, a ja zahaczając czasem o ich rozmowę, mimowolnie wsłuchiwałem sie też w odgłosy zasypiającej rzeki i szmer zasypiającego za rzeką miasta . W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych siedzieliśmy w ciepłą, lipcową noc na burcie naszej krypy i cieszyliśmy się, każdy na swój sposób, tym co los nam dał. Bosman Adam opowiadał o planach odbudowy starówki w mieście i cieszył się na zmiany. Ja cieszyłem się z wakacji, z ciepłego lata i z bliskiego spotkania Basi i Niny w Jażdżówce, w starym gospodarstwie Zimnych, a ojciec, odkąd miał Poli, ciszył się z dostatniego i spokojnego życia, i z tej siły, w którą Polska ponoć rosła. Wtedy, tam w Elblągu, dowodem na dostatnie życie stał się uporządkowany i zagospodarowany brzeg rzeki.

elblag
fot. Janusz Jarzyński

          Niedaleko klubu, w którym właśnie byliśmy gośćmi, wraz z przyjściem nowej ekipy Gierka do władzy i lekkim popuszczeniem cugli prywatnej inicjatywie obywateli, zaczęto stawiać blaszane budki z kurczakami i kiełbaskami z rożna, z piwem i z hot dogami, które jako nowoczesne bułki z parówką przerabiały nam życie szare na światowe i kolorowe.
Dla bosmana jednak, to światowe życie niosło całkiem poważny problem. Około północy sami się o tym przekonaliśmy. W ciszy zakłócanej od czasu do czasu jakimś spóźnionym, miejskim hałasem, nagle, całkiem blisko, dało się słyszeć spory rumor. Najpierw słychać było, jakby ktoś kawał blachy rzucił o ziemię, a potem na tę blachę jakby jeszcze kamień spuścił. Gdy już odgłos tej małej katastrofy budowlanej poniósł się po wodzie na drugi brzeg, pan Adam, widząc nasze zaskoczenie, zniechęconym głosem wyjaśnił: - To nic. To tylko Bury wrócił do budy.
- Jak to - zapytał ojciec najbardziej zdziwionym głosem na jaki go było stać.
- Bo widzisz pan. Odkąd te cholery postawili rożna, Burego ani rusz nie da rady upilnować. Został się za alkoholika. Panie, on wiosny nie może doczekać. Jak otwierają budy na pierwszego maja, to go wcina na całe dnie. A żal go brać na łańcuch, bo to dobry pies, no i całego terenu klubu ma pilnować. Ale pilnuje tylko zimą, bo latem, jak kto bramę niedokładnie zamknie, to tylko hyc i już Bury idzie na piwo. Oni mu tam resztki dają tych kiełbas, kurczaków i parówek, a potem to go i zlewkami piwa częstują. To i widzisz pan, wraca na noc kompletnie pijany. Do budy nie może trafić i rozwala wszystko.
- To masz bosmanie żywienie psa latem z głowy.
- Niby tak, ale zimą żal psa. Po sezonie, to z Burym jeden kłopot. Niech pan sobie wyobrazi, jak ja wyglądam jesienią i zimą, gdy codziennie rano, idąc po mleko i bułki dla dzieciaków do szkoły, biorę też dwie butelki piwa.
- Dwie?
- Dwie. Jedna dla Burego, co się ma męczyć pijus jeden, a druga dla mnie. Przecież Bury sam pił nie będzie.

          Następnego dnia rano, gdy słońce już na dobre grzało miejskie dachy, rzekę i ławki nad rzeką, szedłem do pobliskiego sklepu po mleko i świeży chleb. Burego w budzie już nie było. Nad wodą, jak mgła rozpościerał się wonny dym z nabrzeżnych rożnów. Cały Elbląg pachniał jak pieczona kiełbasa z odrobiną musztardy, do której najlepiej smakuje kufel chłodnego piwa.

Kominek

          Zima nadeszła wcześnie. Już na początku grudnia gęsto tkane prześcieradło śniegu rozełało się na mieście jak na wielkim łożu biała powłoka małżeńskiej pościeli. Siedziałem przed telewizorem znudzony i zmęczony natrętną ilością wszelkiego nieszczęścia, jakie wysypywało się na mnie z tego kościoła świętej aktualności. Wyłączyłem go. Cisza, jaka dzięki temu zaległa, zaczęła po chwili czule poklepywać mnie po plecach. Dłuższą chwilę siedziałem zaprzyjaźniony z bezgłosem powietrza, wpatrując się w nieokreślony punkt na przeciwległej ścianie. Z żadnego kąta domu nie dobiegał mnie żaden szmer, żaden szelest. Jedynie oddech znaczył obecność mojej osoby w czasie i przestrzeni, którą wciąż pojmowałem, jako życie. Nie było już powodzi w Australii, katastrofy na Filipinach, strzelaniny w szkole w fińskim mieście Tuusula, zagadkowego zabójstwa przy rue Mouffetard w Paryżu, ani wyzysku w zatrudniającej trzysta pięćdziesiąt tysięcy osób chińskiej fabryce koncernu Foxconn. Nie dotarł do mnie odgłos wybuchu miny pod opancerzonym transporterem naszych sił zbrojnych w Afganistanie, ani jęk zawodu uhahanej publiczności, która wstała z miejsc, by zobaczyć kolejną klęskę swojej reprezentacji w piłkę nożną. Wnętrze prostopadłościanu, w którym przebywałem, swą regularną geometrią przywracało mi poczucie ładu rzeczy i spraw. Poczułem chłód. Zszedłem na parter, założyłem ciepłe buty i kurtkę, by zaraz potem spod wiaty na podwórku przynieść do domu drwa, które z niejakim wysiłkiem, ale też fizyczną satysfakcją rąbałem jesienią za domem.
W chwili, gdy zapałka pozwoliła w kominku zapłonąć gazecie, a ta swą aktualność wraz z ognistym pozdrowieniem podarowała kawałkom suchych gałęzi, wiedziałem już, że teraz nawet bez dalszych moich zabiegów zrobi się ciepło. Ciepło było tym stanem, które najbardziej lubiłem odczuwać. Usiadłem na podłodze przed rozświetloną płomieniami szybą kominka i gapiłem się w tę jasność tak, jak Wardo, który setki lat temu, siedząc na łące pod lasem obserwował wypełzające spod gałęzi ruchliwe jęzory błyszczących ogni swojego ogniska. Jak ja dzisiaj, tak on wtedy gapił się w ruchliwą jaskrawość i zastanawiał nad tym, co też istotnego tkwiło w nim jeszcze, po tym, jak odszedł z ziemi Pomezan i skrył się wśród życzliwych i przyjaznych ludzi na mazowieckiej, kujawskiej i chełmińskiej ziemi. Jego lud poddał się Krzyżakom i nie knuł przeciwko nim, gdy wśród Prusów wybuchł bunt. Gdy ich bliscy sąsiedzi Pogezanie, z porywczym i nieprzewidywalnym Autumem na czele, dzielni Sambowie, których prowadził spokojny i uparty wojownik Glande, rośli Bardowie z zapalczywym, jasnowłosym Dziwanem, łagodni Warmowie z rozważnym i milczącym Glace, bitni Jaćwingowie z hardym i zaciętym Skumandem i Natangowie z najwaleczniejszym z nich wszystkich, a jednocześnie najmądrzejszym, Hercusem Monte, gdy oni wszyscy razem wystąpili przeciw majestatowi niemieckiego zakonu, lud Pomezan nie tylko milczał, nie tylko próbował rozmyć swoją doczesność w nowej, chrześcijańskiej sytuacji, ale czując się już częścią nowej rzeczywistości, Krzyżaków w bitwie z Prusami wspomagał. Zdradził? Można tak sądzić. Czy jak kto własnej ziemi nie broni, a na dodatek z najeźdźcą się kuma i przeciw swoim pobratymcom występuje, ten zdrajca? Zdrajca! Po trzykroć.
Oni jednak nie z sobą mieli kłopot, a ze swoim rozsądkiem. Ze swoją wiarą się wadzili, bo czy warto gadać z Perkunem, gdy on przed bogiem wszechmogącym Krzyżaków nijak bronić Pomezan nie umiał?
Na koniec stało się tak, jak Wardo przypuszczał. Prusowie nie dogadali się między sobą, nie zjednoczyli, nie wytoczyli wspólnej bitwy pod jednym wodzem. Atakowali wściekle. Bili zawzięcie, ale gdy wygubili oddział najeźdźców w polu, na mokradłach, w kniei, czy w jacie, odchodzili radośnie z łupami. Krótkowzroczni, pyszni, niepomni klęsk, jakie wcześniej za nimi stały, znikali, by się potem o łupy między sobą wadzić. I jeno swój interes przed innymi widzieli i tylko swego dochodzić chcieli. Nie słuchali Hercusa Monte, który chciał i wiedział, jak walczyć z Niemcami, bo się pośród nich wychował. Na nic się zdała pomoc króla Litwy Mendoga, który uprzednio porzuciwszy chrześcijaństwo, pod Karszowinem w 1260 roku nad jeziorem Durbe ukatrupił inflandzkiego mistrza Burcharda von Hornhausena i pognał krzyżackie wojska hen, aż do Królewca. Dla Prusów nie było przyszłości. Nigdy wcześniej byt ich nie był tak doraźny, jak wtedy. Nigdy wcześniej ich bogowie nie patrzyli na ich los z taką pogardą, jak teraz i nigdy dotąd nie mieli ich za takich beznadziejnych straceńców, jak wówczas, gdy Krzyżacy łan po łanie i piędź po piędzi wyrywali im ziemię niczym z pamięci wspomnienia. Nigdy wcześniej też nie zdarzyło się, by wiara ich ojców tak bardzo szydziła z ich rzeczywistości. Nigdy wcześniej teraźniejszość nie pozwalała się tak szybko i z taką mocą łączyć z przyszłością. Jedyną przyszłością Prusów był jej brak.

         Teraz on, Wardo, wśród Słowian pędził swój człowieczy byt i z trwożną bezsilnością wspominał świat, który na jego oczach znikał na zawsze. Gdy Anna, chełmińska żona, jego jedyna, zawołała z obejścia, że wieczorna strawa czeka, powstał z ziemi i idąc za głosem niewiasty rozpłynął się w wieczornych dymach, które snuły się po wrześniowym polu aż pod las. Widziano Wardo później pod Płowcami. Stał w rzędzie polskich wojów Łokietka. Tam, gdy zwarły się wojska krzyżackie z polskimi, wraz z synem Łokietka, Kazimierzem, zwanym później Wielkim, wśród mgły takiej, że na odległość łokcia nic widać nie było, rąbał i ciął Wardo Krzyżaka ile sił w rękach i tchu w piersiach miał. Każdym cięciem i raną zadaną tym, co szli przeciw niemu, spełniał swoją zemstę, którą wyrywał historii, jak najsmaczniejszy kęs mięsiwa pieczonego na bitewnym rożnie. Cieszył się widokiem walających się po ziemi płaszczy z krzyżami, znaczonych krwią zakonnych. Byli pewnie wśród nich też jego krewni, lecz nie zważał na to. Teraz dla Wardo krewnymi mogli być już wszyscy. Stał na rozdrożu wiary i rozsądku, jak się czasem staje między chęcią a możliwością. Poił więc krwią i bitewnym smrodem swoją tęsknotę za Widłągiem, nie bacząc na te wszystkie, życiowe zawiłości, jakie mu los co i raz kazał rozwiązywać. Sycił żal swój i ból, aż po granice wytrzymałości. W tej wojennej robocie zapamiętał się aż tak, że z trudem odciągnęli go od bitki, gdy zarządzono odwrót. Usiadł spocony pod jakimś krzakiem wśród innych wyczerpanych. Zdyszany łapał oddech i łapczywie pił wodę z bukłaka, który ktoś usłużnie mu podał, by zwilżył usta i ostudził spocone czoło.
Powoli koił myśli, wracała rozwaga i spokój serca. Czas gnał do przodu, a on siedział w miejscu, o które walczył i nie wiedział, czy jego trud, który posiał, zapuści tu korzenie, czy może, jak to bywało już nie raz, wszystko okaże się wysiłkiem daremnym. Łokietek się wycofał, choć, jak mówili później, nie przegrał.

Trzecie podwórko

          - Gdzie znów lecisz - ledwo doszło mnie z góry pytanie matki, gdy zbiegałem po schodach. Na dworze czekał już Andrzej z Włodkiem.
- Chodź, bo ci z Trzeciego rzucają kamieniami - powiedział jeden z nich. Mieliśmy stoczyć bitwę i dać im nauczkę. Hasło padło, że jest bitwa, to trzeba się było bić. Początkowo sądziliśmy, że w trzech sobie poradzimy. Rozwój wypadków jednak nas zaskoczył. Andrzej był siostrzeńcem Włodka, choć urodzili się tego samego roku. Obu ich wychowywała mama Włodka, która dla Andrzeja była babcią. Karmieni tą samą strawą i tym samym słowem różnili się między sobą niesłychanie. Nie dziwne było, że wyglądali inaczej. Dziwne było, że zachowywali się inaczej. Andrzej był krępym szatynem o ujmującym uśmiechu i szczerych oczach. Gdy dojrzewając mężniał, zwracał uwagę sąsiadek, które mówiły: - Ależ z tego Andrzeja rośnie przystojniak.
Andrzej słysząc to spuszczał głowę, by nikt nie widział, że się rumieni. Nie dorósł jeszcze do roli Don Juana. Choć nie nosił okularów, coraz bardziej upodabniał się do Zbigniewa Cybulskiego, który grał wówczas prawie we wszystkich polskich filmach. Może dlatego właśnie tak bacznie obserwowały go kobiety. Od Andrzeja emanował spokój i pewność siebie. O takich młodzieńcach mówiono, że są dobrze ułożeni. Miał jeszcze siostrę Isię i brata Marka. Ich też przez wiele lat wychowywała babcia.
O ojcu Andrzeja, Isi i Marka nie mówiło się prawie wcale, choć czasami wpadał do nich w odwiedziny. Niski, tak jak Andrzej, krępy pan, z gestem wodzireja, przynosił cukierki i zaraz znikał. Mamy Andrzeja, siostry Włodka, przez kilka lat z nimi nie było. Jakieś poważne kłopoty wyprowadziły ją z Gdańska na dłuższy czas, ale nam dzieciom nie wolno było o tym wiedzieć. W przeciwieństwie do Włodka, Andrzej nie miał najmniejszych kłopotów w nauce. Włodek za to, jak mówiła moja mama, miał diabła za skórą.
Jeżeli nawet, to był to dość atrakcyjny diabeł, bo z Włodkiem zabawy i wypady do miasta rzadko były nudne. Silny blondyn o niebieskich oczach naturę miał mocno wiercącą się i niespokojną. Łobuzował dość chętnie i często. Nie raz i nie dwa wracał skądś pobity. W przeciwieństwie do Andrzeja nie starał się być sprawiedliwym. Wszystko, co było dobre dla niego, musiało być dobre dla wszystkich. Nie miał wyrzutów sumienia. Nawet, gdy zbroił na tyle, że dostawał lanie, przyjmował to bez żalu. Zdawało się, że kara była częścią ceny za ciekawe życie, które chciał wieść, i którą to cenę znał od początku. Był z tych, którzy z upodobaniem rozwijali w sobie złe skłonności. Chciał rządzić i choć nie miał mądrości i rozsądku swojego siostrzeńca, to jednak na podwórku stawiał na swoim. Nie zawsze zyskiwał wśród nas posłuch, jednak często na Włodka zawołanie zbiegaliśmy na dwór, by wspierać go w zamiarach. Miał też dryg do handlu. Wciąż coś wymieniał i zamieniał. Potem kupował i sprzedawał. Do dziś wspominam, jak oddałem mu najlepszą, bambusową wędkę ojca za piętnaście minut pojeżdżenia na wrotkach, które on, jak się potem okazało, wypożyczył na dwa dni od kogoś z ulicy Sobótki za zdjęcie gołej baby.
"Trzecie podwórko" było wszystkim tym, co było za naszymi garażami. Włodek stał przy wraku starej, poniemieckiej ciężarówki, która rozsypywała się pod płotem od czasów wojny i machał do nas ręką. Ci z Trzeciego znowu zaczęli właśnie ponad garażami rzucać kamieniami. Gdy zaczęliśmy je odrzucać zaczęła się wojna. Dziwne, bo jeszcze wczoraj razem z nimi bujaliśmy się na linie zwisającej z potężnego kasztana stojącego tuż przy ich domu.
- Uważaj - usłyszałem głos Włodka, ale świst lecącego kamienia już się oddalał. Podbiegłem pod wierzeje jednego z garaży. Tam nie mogli mnie trafić. Chroniła mnie dziurawa rynna, która odstawała od dachu. Patrzyłem na przelatujące kamienie i na Andrzeja, który na zamianę z Włodkiem, co chwila wybiegał z wieżyczki mieszczącej krętą i wąska klatkę schodową do mieszkań w oficynie. Raz jeden, raz drugi, łapał pierwszy lepszy kamień, odrzucał i chował się na powrót w wieżyczce. Za którymś razem Andrzej krzyknął - Uważaj wleźli na dach!
Kiedyś wieżyczka była klatką schodową dla służby i dostawców. Dzisiaj do swych mieszkań wspinali się po jej schodach państwo Kosiowie, Wasikowie i samotny stolarz, pan Śliwa. Choć mieszkaliśmy pod jednym dachem, nie do końca uważaliśmy ich za swoich. Tak, jakby wejście do domu i klatka schodowa znaczyły terytorialne granice wspólnoty. Oni byli z oficyny, my z frontu.

grunwaldzka-44

          Stałem pod garażem nie bardzo wiedząc, co robić. Uwięziony między dziurawą rynną a tłustą od olejów i smarów ziemią, tkwiłem w miejscu podszyty strachem. Grad kamieni, przerzucanych nad moją głową, gęstniał. Gdy usłyszałem, że wrogowie są już na dachu i z niego zamierzają w nas rzucać, ścisnąłem mocniej kamień, który trzymałem w ręce i z głową zadartą do góry czekałem, aż na tle słonecznie wyniebieszczonego nieba pojawi się zarys sylwetki pochylającego się nad krawędzią napastnika.
- Jest tu - usłyszałem nad sobą. Nie czekając ani chwili odbiegłem na dwa kroki od ściany, zamachnąłem się i choć pod słońce niewiele widziałem, rzuciłem kamieniem ile tylko miałem siły. Chwilę później dobiegł mnie wrzask wyjącego z bólu wojownika z Trzeciego. Zaskoczenie i zamieszanie na dachu pozwoliło przeskoczyć mi do kompanów w wieżyczce. Wpadając tam skwitowałem w oczach kolegów uznanie, ale czasu na poklepywanie nie było, bo choć zwarliśmy szeregi, to ich przewaga była druzgocąca. Nie tylko opanowali dach naszych garaży, ale po chwili pojawili się u wejścia do wieżyczki. Przed ich kamieniami ratowała nas krętość schodów. Oni byli w lepszej sytuacji, wzięli w posiadanie nasze podwórko i nasze kamienie. My zaś, stłoczeni na wąskich schodach, kamieni mieliśmy tyle, co nam zostało w kieszeniach. Wojna przybrała obrót beznadziejny. Ponieważ po ich stronie był ranny, to siłą rzeczy do naszej bitwy wkradła się krwiożercza chęć zemsty. Staliśmy jeden za drugim na schodach, z kamieniami gotowymi do rzutu i czekaliśmy na cud. Podczas, gdy już byliśmy zupełnie przekonani, że krew jeszcze bardziej polać się musi, i to pewnie będzie nasza krew, Andrzej rzucił przed siebie szeptem: - Trzeba z zaskoczenia przelecieć przez podwórko i zawołać Wojtka, Marka i Jancika. W szóstkę i z dwóch stron moglibyśmy ich pogonić.
- A kto poleci - zapytał Włodek i zaraz potem spojrzał na mnie, jako na tego, który już dziś pokazał, że się nie boi. Nigdy nie byłem na podwórku uważany za ochotnika do bitki, ale teraz Włodek spojrzeniem doceniał mnie, jakby mówił: "Masz okazję pokazać jeszcze raz, że nie jesteś maminsynkiem".
Oni się bali. Pierwszy raz zobaczyłem, jak Włodek, który miał się za herszta i gieroja, a wraz z nim Andrzej, chowają się ze swoim strachem za moimi plecami. Z jednej strony imponowało mi to, z drugiej... czułem, że mimo wszystko mają mnie za frajera, który dla ich uznania zaryzykuje. Rozdarty między jednym a drugim zdecydowałem się. Zamknąłem oczy i z przerażającym wrzaskiem rzuciłem się w dół schodów. Wypadłem wprost na zaskoczonych i zdezorientowanych moim krzykiem chłopaków z Trzeciego, którzy stali jak skamienieli i dłuższy czas nie robiąc nic, patrzyli za mną, na mój zygzakowaty bieg do domu. Rzucać zaczęli, gdy już dobiegałem do głównej klatki schodowej, która mieściła się w bramie wiodącej na ulicę i bezpiecznie się w niej schowałem. Wiedzieli, po co lecę. Nie czekali. Pokrzyczeli, obiecali zemstę i tak, jak przyszli przez dach garaży, tak po nim wrócili na swoje, Trzecie podwórko. Nim to jednak nastąpiło, ja w emocji i w strachu, z wysiłkiem, na uginających się nogach dopadłem drzwi mieszkania Jancika. Powolny Jancik podobny był trochę do Charlesa de Gaulle'a, którego niedawno w towarzystwie polskiego premiera widzieliśmy, gdy przejeżdżał otwartym samochodem obok naszego domu...

t_de_gaulle_gdansk_161

...będąc w drodze na gdańską Starówkę, gdzie na Długim Targu czekały tłumy mieszkańców.
Więc ten Jancik z nosem de Gaulle'a siedział teraz w samych gaciach i jadł obiad. Gdy ja leciałem po Marka i Wojtka, Jancik już się ubierał, a gdyśmy wszyscy wybiegli na podwórko, nikogo już tam nie było. Jancik aż się zasapał ze złości i napinając bary poleciał na śmietnik obok garaży, z którego można było zobaczyć, co się dzieje na Trzecim. Andrzej i Włodek zorientowawszy się, że nic im już nie grozi, spokojnie, jakby nic się nie stało, zeszli na dół i wyszli na podwórko. O moim wyczynie i bohaterskim poświęceniu nikt się nawet nie zająknął. Jancik wrócił z miną zwycięzcy i tubalnie huknął: - Zwiali gnoje.
Wygraliśmy, choć nikomu, prócz mnie, to zwycięstwo w ogóle nie smakowało.

Drużno

         Mój ojciec na co dzień był człowiekiem dużej łagodności. Wnerwiały go tylko te sytuacje, które wynikały z aktywności życiowej mojej mamy. Teraz, gdy byliśmy w Elblągu sami i czas było żegnać się z bosmanem, a świat wyglądał tak, jak sobie tego ojciec życzył, mogliśmy płynąć dalej.
- Sklaruj łódź - usłyszałem, gdy byliśmy po śniadaniu - Idę bosmanowi powiedzieć, że odpływamy.
Wiedziałem, że chwilę to potrawa, bo na pożegnanie obaj panowie zechcą pewnie jeszcze otworzyć po butelce piwa. Butelce tym bardziej pożądanej, że wczorajszy wieczór zakończył się dla obu tuż nad ranem.
Wymyłem gary i kubki, wyszorowałem patelnię i poukładałem wszystko w skrzyniach i w schowkach. Przetarłem szmatą greting i zmyłem burty. Zrobiwszy klar, czekałem. Słońce stało już na południe, gdyśmy odcumowali.
Bosman Adam w świetle dnia prezentował się bardziej okazale niż wieczorem. Trochę łysiejący brunet o pociągłej i dobrotliwej twarzy, z lekkim zarostem, z fajką w zębach, która zawadiacko wystawała mu spod gęstych i szorstkich, przyprószonych siwizną wąsów, stał na pomoście z podniesioną do czoła prawą dłonią i żegnał nas.
- To trzymajcie się tam. Dobrego urlopu. Stopy wody pod kilem.
          Przed nami ukazały się dwa mosty, za którymi kusił zakręt wiodący do jeziora. Ojciec zaciągnął silnik i z głośnym pyrkaniem ruszyliśmy przed siebie. Nasza łódź niczym suwak błyskawicznego zamka rozpinała spokojną i gładką materię rzeki. Minąwszy drugi most, piękną kolejową przeprawę i dzikie kąpielisko na lewym brzegu rzeki, mieliśmy przed sobą już tylko wielką łąkę jeziora Drużno. Bardziej niż jezioro, Drużno przypominało zieloną łąkę, przez której środek wycięto wąską drogę. Tym wodnym traktem przemieszczaliśmy się dłuższy czas, wśród mniejszych i większych kęp traw swobodnie pływających po wolnej przestrzeni. Zza tych traw czasem wypływał perkoz zausznik, a czasem kaczka zwana podgrzałką. Gdzieś dalej od szlaku, na wystającej z zarośniętej nenufarami toni gałęzi siedział, podobny do jastrzębia błotniak stawowy, a przy odrobinie szczęścia można było też ujrzeć orła bielika. Nad nami niby szybowce to wzlatywały, to opadały mewy, a w oddali, jak na jakimś niemieckim landszafcie, pływały parami łabędzie. Wszystko to było urocze i piękne, gdy dopisała pogoda, lecz gdy mżyło, gdy było zimno i ponuro, to rejs po Drużnie dłużył się, jak nie przymierzając suma w kościele. Tym razem była pogoda, więc tę całą ptasią krasę mieliśmy przed sobą. Położyłem się na rufie i patrzyłem na nasz kilwater, nad którym krążyły dwie rybitwy. Widać było, że czekają na dobry gest. Sięgnąłem do skrzyni i wyciągnąłem z niej kawałek chleba. Gdy zacząłem rzucać okruchy, rybitwy rozmnożyły się w sposób nadnaturalny i po chwili całe stado pikowało w dół walcząc o jego kawałki. W ich wolności wojna była codziennością, a my mieliśmy wakacje.

druzno-fot-slawomir-malinowski
fot. S.Malinowski

W pewnym momencie dopłynęliśmy do sterczącego dwa metry nad wodą drąga, który był drogowskazem. Nie pamiętam już, co napisane było na tabliczkach i strzałkach do niego przybitych, ale, jak co roku, skręcaliśmy w lewo, by patrząc na Wyżynę Elbląską i prosty szlak przed nami zbliżać się powoli Kanałem Elbląskim do pochylni. Pochylnie były najbardziej atrakcyjnym miejscem na drodze do Jezioraka. Całe lata nie mogłem się nadziwić, że tak niewiele osób je znało i tak niewielu je widziało, choć statki z wycieczkami, odkąd pamiętam, zawsze tędy do Ostródy, czy do Elbląga pływały. A jednak, gdy opowiadałem w szkole kolegom, że co roku wózek przewozi przez górę naszą łódź pięć razy w jedną stronę i pięć razy w drugą, pukali się w głowę. Więcej rozumieli, gdy przyniosłem zdjęcia.

pochylnia

Dziwili się, lecz nigdy tego nie widzieli. Ja zaś dziwiłem się, dlaczego wokół pochylni nie ma wrzawy. Zrozumiałem to z czasem.
To z powodu Hedwig i państwa Wagner, którym ona myła schody w kamienicy przy Adolf Hitler Strasse 130, która później, za Polaków, przemieniła się w Grunwaldzką 44. Nie wypadało się Polakom chwalić nie swoim na swoim. Po wojnie to my, a nie Prusowie, Prusacy, holenderscy mennonici i Niemcy byliśmy tu u siebie, twierdząc, że nasze tu zawsze było nasze. A jak opowiedzieć polską historię nad deltą Wisły, wynosząc jednocześnie na piedestał kapitańskiego syna z Pilawy - Georga Jackoba Steenke, który te pochylnie za pieniądze Fryderyka II wymyślił i cały kanał, który z początku zwał się Kanałem Oberlandzkim, w drugiej połowie dziewiętnastego wieku wybudował?

kanal5

Wieś

          Pamiętam, że w dzieciństwie wieś kojarzyła mi się z gospodarstwem wujostwa pod Nakłem. Nakło, jak cała ziemia wielkopolska i pomorska, przez wieki zaborów było pod panowaniem Prus. Dom wujostwa, a właściwie gospodarstwo przy szosie na Bydgoszcz, między Nakłem, a  Trzeciewnicą był budynkiem prostym i solidnym. Wybudowany z czerwonej cegły zwracał uwagę białymi okiennicami i lśniącą w słońcu czerwoną dachówką. Obejścia broniła zawsze zamknięta, wysoka, drewniana brama i łaciata suka Psota, która witała gości uciążliwym, piskliwym ujadaniem. Wjeżdżając na utwardzone podwórko, po prawej stronie mijało się długi, równie solidny, jak dom, budynek gospodarczy. Pierwsze wierzeje w tym budynku, który był stajnią, oborą, chlewem i kurnikiem jednocześnie, prowadziły do kur,  czwarte do koni. Tam zaglądałem najczęściej. Tam, wśród kilku koni stała moja ukochana Baśka. Baśka zawsze witała mnie radośnie, machając w górę i dół wielkim łbem i rżała radośnie, domagając się pieszczot. Głaskałem ją między chrapami z uczuciem największej, dziecięcej miłości. Później, kiedy w domu, w Gdańsku oglądałem westerny i moja wyobraźnia przenosiła mnie w świat Indian i kowbojów, a ja nawet nie zamykając oczu stawałem się szybkostrzelnym szeryfem, to moim koniem zawsze była Baśka. - Heśta wio - krzyczałem, a Baśka ruszała z kopyta.
Naprzeciw domu wuja stała murowana stodoła, w której, dla przewiewu, były regularne dziury w ceglanym murze. Po lewej stronie od stodoły stały drewniane wiaty, pod którymi odpoczywały siewniki, pługi i inne rolnicze urządzenia. Całość obejścia, wraz z zadbanym ogrodem, otaczał drewniany płot, którego brakowało tylko między stajnią a stodołą z tej racji, że wiodła tamtędy droga na ogromne pole wuja, które rozpościerało się prawie aż do szosy karnowskiej.
          Chodziłem już do szkoły, gdy mama postanowiła pokazać mi swoją rodzinną wieś. Jechaliśmy długo. Najpierw nocnym pociągiem do Warszawy, a potem, po przesiadce, do Siedlec. W Siedlcach znowu była przesiadka, tyle że na autobus PKS, by po prawie dobie podróży być u celu witanym przez kuzynostwo. Uroczysta kolacja wydana na cześć naszego przyjazdu była niezwykle okazała. Czułem, że nadzwyczajna radość, z jaką kuzynostwo nas przyjmują, jest szczera i autentyczna. W Nakle też cieszyli się zawsze na nasz przyjazd, ale nigdy nie było to aż tak wylewne, jak tu, w małej wsi za Domanicami. Niezwykłe dla mnie było na maminej wsi to, że nie było prądu. Powitalna kolacja oświetlana była lampami, z których mizerne światło sączyło się z pojemnika z naftą. Czas się cofał do rzeczy i zdarzeń, których nie znałem.
          Ranek przywitał mnie jasnym strumieniem ciepła w oknie i zapachem siana. Słyszałem trel ptasi w ogrodzie i porykiwania krów pędzonych na pastwisko. Psy w zagrodach ujadały na przechodzących piaszczystą drogą ludzi, którzy mijając się schylali głowy, lub unosząc w górę czapki, witali dwoma słowy: - Szczęść Boże. Wszyscy w domu, choć dawno wstali, starali się poruszać cicho, by nie zbudzić, jak mówili - Taaaakich wielkich gości.
Dom kuzynostwa był drewnianą chałupą z bielonymi wewnątrz ścianami. Dwie izby i sionka, to wszystko, co było im potrzebne, by żyć po bożemu. Na podwórzec wychodziło się wprost na lichy płot, na którym suszyły się jakieś garnki i szmaty. Choć drewniana obórka, w której prócz krowy stał koń, chyliła się ku upadkowi, ciągle była użyteczna i po drabinie można było wspiąć się na jej strych, gdzie przechowywano siano. Letnie noce, przespane później na tym sianie, zapadały na długo w pamięci. Dalej, na końcu długiego, lecz dość wąskiego obejścia stała drewniana stodoła, za którą leżała garbata łąka. Wszystko to, choć marnej jakości i porządku, wyglądało niezwykle malowniczo. Gdy później w szkole na lekcjach rysunku nauczycielka pokazywała reprodukcje wiejskich widoków na obrazach Chełmońskiego, czy Grottgera, zdawało mi się, że dzięki wspomnieniom z matczynej wsi, łatwo odgaduję klimat i sens takich miejsc.
Niedaleko od siebie dwa miejsca, dwie rodziny, a światy dwa.

         Całuny były pierwszą pochylnią, która wyciągnęła naszą łódkę na suchy ląd i wywiozła czternaście metrów do góry, by potem cicho i miękko zwodować nas na uroczym i zadbanym Kanale Elbląskim. Potem jeszcze Jelenie, Oleśnica, Kąty i Buczyniec, i już mogliśmy, wydźwignąwszy się o sto metrów wyżej, pod mostami i mostkami, pośród pól i łąk, wśród krzewów i drzew, między jazami i śluzami, płynąć dalej i dalej- aż do Małdyt.