Autor

          Przypadek? Zrządzenie losu? Jak by tego nie nazywać, to pewne jest tylko to, że w 1951 roku na ulicy Przyjemnej w Gdańsku mój przyszły Tata spotkał moją przyszłą Mamę. Gdańsk wciąż jeszcze lizał rany po wojennych czasach, lecz przyszłość kazała mobilizować siły do nowych wyzwań. Dla moich rodziców nowym wyzwaniem było powołanie do życia właśnie mnie. Domyślam się, że było to wyzwanie przyjemne, jak wszystko, co się mogło wtedy moim rodzicom zdarzyć po spotkaniu na ulicy Przyjemnej. W niedzielę, 13 września 1953 roku, w Gdańsku, o siedemnastej dziesięć ujrzałem świat. Mogę założyć, że ani ja światem, ani świat mną nie byliśmy sobą zachwyceni. Ja w każdym razie podczas pierwszego spotkania ze światem bardzo się spłakałem. Potem już jakoś poszło...


Mam kilka miesięcy
 
          Nazywam się Waldemar Chyliński. Namówiony przez znajomych i przy ich pomocy postanowiłem poprzez Internet sprawdzać od czasu do czasu czy jeszcze żyję. Żłobka nie pamiętam, ale przedszkole, które było przy lotnisku we Wrzeszczu, zapisało się w mojej pamięci kilkoma wydarzeniami. Pamiętam wielkie poruszenie w naszej piaskownicy, gdy za płotem pokazał się przez chwilę prezydent Bierut. Ponoć był głodny i mało co nie przyjąłby zaproszenia na obiad od kierowniczki naszej czeredy. Nie przyszedł być może w obawie, że się struje. Do średniaków chodziłem w przedszkolu, które było umiejscowione w pięknej willi przy al. Zwycięstwa, obok Opery Bałtyckiej, a do starszaków w przedszkolu w Oliwie, nim Szkoła Podstawowa nr 46 na Polankach – jak się wtedy nazywała ta część dzisiejszej dzielnicy Przymorze – przyjęła mnie do grona swych uczniów. Bieruta zastąpił Gomułka, którego ktoś powiesił  nad tablicą, obok godła i Cyrankiewicza.

          Uczniem byłem średnim. Jedynie lekcje języka polskiego były w stanie nieco przykuć moją uwagę. Dość łatwo odgadywałem „co poeta chciał przez to powiedzieć”. Nauczycielka  języka polskiego na wieść o tym, że rodzice chcą mnie wysłać do technikum, głośno zaprotestowała. Na nic to się jednak zdało. W 1968 roku, po zdaniu egzaminów, wylądowałem w Technikum Budowy Okrętów, inaczej zwanym „Conradinum”. Dostałem ładny marynarski mundur, a po pięciu latach dyplom technika i świadectwo maturalne. Jednak nie technika okrętowa zaprzątała moją głowę. Od co najmniej trzech lat pisałem wiersze i piosenki, które ku mojej słabo skrywanej radości były nie tylko zauważane, lecz i nagradzane. Zaczęło się moje życie przeglądowo - festiwalowe. Mniej więcej w tym samym czasie Janusz Kasprowicz, wówczas młody, gdański dziennikarz doprowadził do mojego debiutu poetyckiego w lokalnej prasie Wybrzeża. I tak to się zaczęło.
          Gdy poznałem Elę Adamiak sam już sobie wymyślałem muzykę i podśpiewywałem własne piosenki, lecz to dzięki Elżbiecie spełniałem się jako autor. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy w III programie Polskiego Radia po raz pierwszy usłyszałem piosenkę, do której napisałem tekst. Była to piosenka „Czas twojego życia”, a śpiewała ją właśnie Ela Adamiak.
Między kolejnymi moimi piosenkami, które m.in. Ela w radio wyśpiewywała, tow. Gierek obiecywał Polsce siłę, a mnie dostatek.
          W moim życiu wszystko zaczęło wirować. Nowe piosenki, nowi ludzie, nowe zdarzenia, festiwale, koncerty, nowe miłości i przyjaźnie. Moje nowe piosenki, oprócz Eli i mnie, śpiewał kabaret gdańskich medyków „Jelita” z Markiem Prusakowskim na czele, Ania i Zbyszek Szukalscy, Adam Drąg, Grzegorz Marchowski, a nawet Grzegorz Bukała, późniejszy partner Rudiego Schuberta w „Wałach Jagiellońskich”. Moje wiersze zaczęły ukazywać się w prasie i niedługo później zostałem zaproszony do Koła Młodych przy Związku Literatów Polskich. To tam, na spotkaniach przy ul. Mariackiej, poznałem Bożenę Ptak, Anię Czekanowicz, Adzika Zawistowskiego, Ola Jurewicza, Zbyszka Joachimiaka, Stefana Chwina i Krysię Lars-Chwin, a także emanującego wielkim spokojem, wówczas młodego krytyka, a dziś znakomitego wydawcę i profesora – Stasia Rośka. To tam, na Mariackiej, powstała poetycka grupa „Wspólność”, do której należałem i tam, w sierpniu 1980 r., również przy moim udziale, powstał pomysł napisania pierwszego listu-apelu popierającego strajk robotników w Stoczni Gdańskiej.

          To, w pewnym sensie, dzięki tamtym spotkaniom i tamtym ludziom w 1979 roku ukazał się mój debiutancki tomik „Szary blues”, a w 1985 „Zaproszenie do snu”.

          Jesienią 1976 roku przeniosłem się do Olsztyna, gdzie rozpocząłem studia. Życie artystyczne studentów tego uroczego miasta po kilku tygodniach stało się również moim życiem. Poznałem tam Stefana Brzozowskiego – założyciela grupy „Niebo”, Romualda Trębskiego – organizatora życia artystycznego, Andrzeja Janeczkę, który wraz ze Zbyszkiem Rojkiem (wiele lat grał w moim zespole na gitarze basowej), jako „Trzeci Oddech Kaczuchy” w 1980 r. zawojował festiwal opolski piosenką o kombajniście, a tymczasem śpiewając moją piosenkę „Pechowy dzień” wygrał „Złotą Szpilkę” na Biesiadach Humoru i Satyry w Lidzbarku Warmińskim. To tam, w Olsztynie, zaprzyjaźniłem się z poetą Jackiem Karaszewskim i pisarzem Jerzym Ignaciukiem. Niestety, obaj już nie żyją.
          W Olsztynie poznałem też Andrzeja Swacynę. Andrzej – Mazur z dziada pradziada – nosił w sobie tak wiele uroku, że trudno się było z nim nie zaprzyjaźnić. Był fantastycznym kumplem i niezłym gitarzystą. To wystarczyło byśmy przez wiele lat razem koncertowali. Później, gdy nasze drogi życiowe nieco się rozeszły i widywaliśmy się rzadziej, każde spotkanie było ucztą. Gdy przyszła wieść o śmierci Andrzeja, poczułem jakby umarła jakaś część mnie samego. Trudno mi do dzisiaj z tą stratą się pogodzić. Tak samo, jak trudno się pogodzić z wypadkiem, w którym zginął przed laty drugi mój przyjaciel – Jacek Zwoźniak, którego z wielką frajdą ściągnąłem z Wrocławia na studia do Olsztyna, gdy mi napisał, że chętnie zmieniłby otoczenie. To chyba od tamtego czasu można datować początki naszego, z Jackiem, kabaretu, który na poważnie zaczął występować w 1980 roku, a przestał 13 grudnia 1981 roku. Nie byliśmy żadną konkurencją dla Wojciecha Jaruzelskiego, który pamiętnej nocy internował nam publiczność.
          Zanim to jednak nastąpiło, jako student-artysta wędrowałem po miastach z koncertami, utrzymując się w ten sposób przy życiu. Na trwałe w mojej pamięci zapisał się pobyt i koncerty z Elą Adamiak na Famie w 1975 i 1976 roku, kiedy to stworzyliśmy sympatyczną piosenkę „Dzień na kacu”. Początkowo piosenka miała tylko dwie zwrotki i refren, ale uparty Zwoźniak koniecznie chciał się przysłużyć i dopisał trzecią, stając się piosenki współautorem.
          Cykliczne przeglądy i festiwale pozwalały w jednym miejscu spotkać się z podobnie myślącymi, a czasami nawet podobnie śpiewającymi. Nagrody, pożądane, acz nie najważniejsze, były miłym dopełnieniem przeżycia. W 1978 roku zdobyłem I nagrodę na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie i II na Ogólnopolskim Przeglądzie Piosenki Autorskiej. Od tamtego czasu cenię sobie bardzo trwającą do dzisiaj przyjaźń z niezwykłą osobą i piosenkarką, a właściwie pieśniarką, dla której nigdy nie napisałem żadnego tekstu (może to zasługa?) – Elżbietą Wojnowską. To w tamtym czasie podszedł do mnie, po jednym z moich występów, Maciej Zembaty i zaproponował udział w przygodzie, jaką było nagranie programu telewizyjnego „Pieśni miłości i nienawiści – Leonarda Cohena”. Ponieważ program był nagrywany na żywo (na tzw. setkę) i nie nagrywaliśmy wcześniej żadnych podkładów, poprzedziło go kilka dni prób. Dla mnie jest to do dzisiaj niezapomniany i niesamowity czas. Przebywanie, próbowanie i tworzenie tego niebanalnego programu razem z takimi ludźmi, jak Maciek Zembaty, Tomek Zygadło, który program reżyserował, John Porter, Roman Wilhelmi, Jan Kanty Pawluśkiewicz, Ela Adamiak, Andrzej Poniedzielski, Teresa Haremza, Paweł Karpiński czy Olga „Kora” Jackowska i Marek Jackowski, już wtedy tworzący zespół Maanam, to było wydarzenie, które do końca życia będę wspominał jako bardzo niezwykłe.



          O ile rok 1978 był dla mnie czasem szalonym, to rok 1979 otworzył przede mną zupełnie nowe perspektywy. Może to zrządzenie losu, a może przypadek sprawił, że wiosną 1979 roku w Krakowie, w klubie „Rotunda” poznałem Joannę – najpiękniejszą istotę na świecie. Jesienią tegoż roku byliśmy już małżeństwem, a w marcu 1980 roku na świat przyszedł nasz syn – Radek. Przed ślubem wybrałem się z „Wałami Jagiellońskimi” na dużą trasę koncertową po południowej Polsce, by zarobić na wesele – i udało się.
          Połowa 1980 roku, to w Gdańsku strajk i wybuch „Solidarności”. Nasz syn ma pół roku, mieszkamy w wynajętym mieszkaniu i nie bardzo wiemy, co będzie jutro. Paru naszych znajomych przedostało się do stoczni i pomagają w strajku. Nam kończą się pieniądze i możliwość dalszego wynajmu mieszkania. Przenosimy się do Gdyni. Strajk w stoczni i w Polsce kończy się sukcesem. Wtedy to zjawia się w Trójmieście Jacek Zwoźniak, opromieniony sławą swojego przeboju „Ragazza da provincia” i zaprasza mnie do współpracy. Objeżdżamy z koncertami całą Polskę, a po paru miesiącach razem i osobno występujemy w hali gdańskiej „Olivii” na I Festiwalu Piosenki Zakazanej. Jacek wygrywa „Złoty Knebel” za piosenkę „Najpiękniejsza w klasie robotniczej jest Solidarność”, ja pozostaję dumnym uczestnikiem.
          Stan wojenny mocno skomplikował nam życie. Początkowo korzystaliśmy z pomocy Związku Literatów. Pomoc ta nie trwała jednak zbyt długo, a że i tantiemy w Zaiksie były zbyt małe, Asia zaczęła szydełkiem robić serwetki i sprzedawać je na rynku. Dzięki zręczności jej rąk mieliśmy jedzenie, a jak się ma jedzenie, to ma się właściwie wszystko i można być szczęśliwym. Gdy więc Zbyszek Rojek złożył mi ofertę pracy nad stworzeniem zespołu i programu kabaretowego, ucieszyłem się bardzo, wszak szczęścia nigdy nie jest za dużo. I tak znowu wylądowałem w Olsztynie. Wkrótce potem, w 1983 roku powstał przedziwny zespół „Kaczki z Nowej Paczki”. Piszę „przedziwny”, bo wszystko w tym zespole było dziwne. Wszystko się  dzieliło i łączyło jednocześnie. Wszyscy dobrze znaliśmy się z czasów studenckich i jednocześnie stawaliśmy się w tym „po-studenckim” życiu coraz bardziej obcy. Mieszanka kabareciarzy, muzyków, kompozytorów, tekściarzy i poetów po kilkudziesięciu próbach gotowa była do wybuchu. Powstanie takiego zespołu, przejechanie z koncertami Polski wzdłuż i wszerz, nagranie płyty, która okazała się złotą (200 000 egz.), zdobycie Grand Prix na Ogólnopolskim Przeglądzie Widowisk Estradowych w Rzeszowie, tryumfalny występ w Opolu, nagranie kilku programów telewizyjnych, prowadzenie autorskiej audycji w III programie Polskiego Radia, to dla takiej posklejanej formacji był wyczyn nie lada. A jednak wbrew moim (i nie tylko moim) obawom „Kaczki...” okazały się sukcesem. Gdy się z zespołem rozstawałem żal mi było ogromnie. Niestety, w tamtym czasie nie miałem innego wyjścia. Czułem odchodząc, że tak jak „Trzeci Oddech Kaczuchy” po odejściu Zbyszka Rojka, tak i ten zespół po moim odejściu, już nigdy tak pięknie nie „wybuchnie”. Moje przeczucie podzielał wówczas jedynie Stefan Brzozowski, który niedługo potem znakomicie poradził sobie zakładając świetny zespół „Czerwony Tulipan”.

          Po powrocie do Gdańska zacząłem współpracę z Akademickim Centrum Kultury i Bałtycką Agencją Artystyczną. Wtedy też poznałem Beatę Bartelik, młodą studentkę o nieprzeciętnym głosie, dla której napisałem wraz z Kazimierzem Lewandowskim kilka piosenek. „Sen na pogodne dni” okazał się tym utworem, który pozwolił Beacie, poprzez telewizyjne eliminacje, dobrnąć aż do festiwalu w Opolu i w konkursie publiczności zająć czwarte miejsce. Wraz z Beatą, Mariuszem Ejsmontem i Olafem Melerem założyliśmy też kabaret. Miał on żywot niezwykle krótki, ale zdążył wystąpić w programie Niny Terentiew „Piękni i wspaniali”. Muszę też wspomnieć, że w tamtym czasie Beata nagrała recital dla I programu TVP, według mojego scenariusza i z moimi piosenkami, a także wydała singla w Polskich Nagraniach. Mniej więcej wtedy napisałem też scenariusz programu telewizyjnego „Vie privee” dla Hanny Banaszak, którego premiera odbyła się na antenie programu I TVP.



          Lata 1986 – 1989 to lata mojej niewielkiej aktywności artystycznej, chociaż na zamówienie Basi Balińskiej i Krzysztofa Kalukina napisałem i nagrałem w tamtym czasie balladę do filmu dokumentalnego „Ballada o Hermanie Wisielcu”, a także dla Andrzeja Dziedzica piosenkę i muzykę do cyklicznego programu telewizyjnego „Kolej rzeczy”. A kolej rzeczy była taka, że pierwszy raz w historii Polacy wspólnie postanowili zmienić jej bieg. Premierem został Tadeusz Mazowiecki.

          Koniec lat osiemdziesiątych to czas odwilży gospodarczej w Polsce. Żona i ja ulegliśmy ówczesnej modzie i wraz z paroma przyjaciółmi założyliśmy spółkę – oczywiście z ograniczoną odpowiedzialnością. Co prawda radość bycia biznesmenem była większa, niż dochody z tego tytułu, to jednak w ostatecznym rozrachunku, i patrząc z dalszej perspektywy, tamten „życiowy krok” się opłacił. Mimo starań przeobrażenia się w „człowieka biznesu”, w  1991 roku, na prośbę Grażyny Łobaszewskiej, napisałem tekst piosenki „Wszystko co złe omija mnie” do muzyki Staszka Sojki. Ku memu miłemu zaskoczeniu Grażyna piosenką tą wygrała „Opole ’91”. Byłem wtedy absolutnie przekonany, że w ten oto, ładny sposób, los pozwala mi  się rozstać z działalnością twórczą. Tym bardziej, że w tamtym czasie postanowiliśmy z Asią „porwać się z motyką na słońce” i... zacząć budować dom. W roku 2001 na wskutek przedziwnych, po części także tragicznych, wydarzeń ogólnopolskie pismo „Zabytki” zgłosiło chęć wydania i dołączenia do swojego nakładu moich nagrań archiwalnych. Płyta ukazała się, mimo że większość nagrań odnalazła się w stanie gorszym niż złym. Poświęciłem ją pamięci Andrzeja Swacyny, który zmarł 5 kwietnia 2000 roku; dałem jej tytuł „A może tylko nam się zdaje”. Czasem żartuję, że ze względu na jakość odnalezionych nagrań i nazwę pisma, które powołało ją do życia, płyta powinna nazywać się „Ruiny”. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko, wraz z tymi szumami i całą jej niedoskonałością, zachowała się na niej atmosfera tamtych lat i odrobina „tego czegoś”, co wisiało w powietrzu w klubach studenckich w drugiej połowie lat siedemdziesiątych XX wieku.
          W niecały rok po wydaniu płyty „A może tylko nam się zdaje” rozpocząłem pracę nad kolejną, tym razem zupełnie nową. Do studia Radia Gdańsk, w którym za stołem realizatorskim zasiedli Michał Mielnik i Jacek Puchalski, wszedłem z takimi muzykami, jak Wojtek Staroniewicz, Maciej Grzywacz, Sławek Jaskułke, Tomek Sowiński, Janusz „Macek” Mackiewicz, Piotr Lemańczyk, Olo Walicki, Józek Kaniecki i Małgorzata Kuziemska-Sławek. Także Beata Bartelik od początku do końca była dobrym duchem, gościem specjalnym i twórcą wszystkich drugich, trzecich i czwartych głosów na nowej płycie, na której znalazły się też nowe wersje kilku starych piosenek. Wszystko to działo się przede wszystkim dzięki firmie Merkury S.J. , ale też i spółce SIGNET. Dzięki obu tym warszawskim firmom, tuż przed swoimi pięćdziesiątymi urodzinami trzymałem w rękach przepięknie zaprojektowaną przez Zbyszka Karaszewskiego (brata poety Jacka) i sprawnie wydaną przez Sławka Słupskiego płytę. Krótko potem pracowałem nad angielską wersją piosenki „Sen na pogodne dni”, którą nagrała kanadyjska piosenkarka Sandra Volodoff i nad nowymi piosenkami dla Adrianny Biedrzyńskiej, które ukazały się na jej płycie „Debiut” w 2004 roku.
          Na ostatniej mojej płycie jest kilka piosenek, które skomponował Andrzej Donarski – lider zespołu „Mr. Zoob” („Mój jest ten kawałek podłogi”, „Kartka dla Waldka”). Tak się złożyło, że od kilku ładnych lat znamy się, lubimy i czasem pracujemy razem. Jest nadzieja, że w bardzo niedalekiej przyszłości na rynku ukaże się nowa płyta zespołu „Mr. Zoob”, na której znajdzie się kilka piosenek – efekt naszej ostatniej współpracy.

Waldemar Chyliński Gdańsk 2012r.
 
          Na koniec jeszcze dodam, że choć mieszkam w Gdyni, wciąż  czuję się jeszcze gdańszczaninem, a właściwie to już trójmieszczaninem, bo i Sopot mi nie obcy. W naszym domu mieszka także moja Mama, Babcia Asi i czasami nasz syn Radek, który nie wiedzieć kiedy stał się dorosłym człowiekiem. Mieszka także pies Dora, który, jak przystało na amstafa, jest najłagodniejszym psem na świecie, ale – uwaga – dużo umie.
          Ludzi, z którymi dobrze się czuję, jest tak wielu, że wymienianie wszystkich znużyłoby czytającego. Proszę więc wierzyć mi na słowo – uwielbiam wszystkich swoich przyjaciół. Słabość mam także do żeglarstwa. Od półtora roku nie palę, za to wciąż lubię proste i jasne sytuacje. Niestety, obecnie Polską rządzą bracia Kaczyńscy i spodziewam się po nich wszystkiego, tylko nie jasnych sytuacji. Planów żadnych nie robię. Przyczyna Wszystkich Przyczyn jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Zawsze było to, co miało być i będzie to, co będzie. Cdn... w Codziennościach.
 
                                                                                                   Waldemar Chyliński 
                                                                                                   /sierpień 2006 roku/