08 lutego, 2008

Bracia Marchowscy i zapach pomarańczy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:14
          Gdy poznałem Bartka miałem piętnaście lat i właśnie przeprowadziłem się z Wrzeszcza na Przymorze. Bartek mieszkał  tam już jakiś czas.  Zaprzyjaźniliśmy się ponieważ obaj zafascynowani byliśmy balladami Tadeusza Woźniaka. Bartek prócz płyt barda posiadał też małą, czarną gitarę, która miała tylko trzy górne progi. Miał też starszego brata Grzesia, studenta,  właściciela pełnowartościowej "enerdowskiej" gitary, grającego na niej znakomicie.  System był taki: Grzesiek pokazywał Bartkowi jakiś chwyt, Bartek ćwiczył zapamiętale, a gdy już miał wyćwiczone, przychodził do mnie i z miną wirtuoza pokazywał, gdzie i jakie palce położyć na strunach, by w C-dur dobrze brzmiało. Niestety, byliśmy ograniczeni do tych trzech progów, więc wiele nauczyć się nie mogliśmy. Do dzisiaj staram się grać tak, by dolnymi partiami gryfa nie kłopotać się za bardzo.
          W czerwcu 1973r., w jeden z ciepłych, letnich weekendów, mieliśmy z Bartkiem pojechać nad jeziora kaszubskie. Miało być wino, miały być kobiety i miał być śpiew. Miało być wesoło. Wypadło jednak tak, że w tamten piątek miałem ogłoszenie wyników matur i nie pojechałem. Radość ze zdanej matury prysła w poniedziałek, gdy przyszła wiadomość, że Bartek nie żyje. Trudno to było pojąć. Bartek miał dobre życie, dziewiętnaście lat, świetną rodzinę i powodzenie u dziewczyn. Grał już na gitarze i na dodatek  dobrze śpiewał, miał fantastyczny głos. Cóż można by chcieć jeszcze? W tamtych czasach taki utalentowany młodziak mógł liczyć na wiele. Niestety, odszedł i do dzisiaj nikt z bliskich Bartkowi nie rozumie dlaczego. Mnie po Bartku, prócz wspomnień, została znajomość z jego bratem, z którym także się w tzw. międzyczasie zaprzyjaźniłem.

nowe-zdjecia-056.jpg

          Grzegorz Marchowski jest śpiewającym inżynierem, z którym napisałem wiele piosenek. On z tymi piosenkami jeździł po studenckich festiwalach turystycznych i zdarzało się nie raz, że przywoził mi nagrody. Raz to był kocherek, raz śpiwór, a raz jakiś śpiewnik. Wracając zawsze powtarzał mi to samo - było świetnie. Jeżeli chcecie zobaczyć, jak to smakuje, to koniecznie na przełomie lipca i sierpnia musicie wybrać się do "Bazy pod Ponurą Małpą" w Szklarskiej Porębie. Tylko tam zachował się jeszcze imprezowy klimat z wczesnych lat siedemdziesiątych.
          Potem z Grzesiem spotykaliśmy się rzadziej. Grzegorz, obarczony liczną rodziną, przez długie lata nie miał głowy do piosenek, aż tu nagle, kilka lat temu Grześ poszedł w... pieśń. Rozśpiewał się i przekomponował na nowo. Nie przeszkadzają mu lata, ani siwiejące włosy. Jak kiedyś zawsze ma przy sobie gitarę i jak kiedyś nie trzeba go długo prosić o piosenkę.

nowe-zdjecia-036.jpg

          Dlaczego o nim dzisiaj piszę? Ano dlatego, że Grzesiowi  syn Dominik zrobił piękną stronę w internecie i warto bym zachęcił Was do kliknięcia na: www.bop.eps.gda.pl/grzegorz_marchowski/  lub  www.marchowski.art.pl . Pod tym drugim adresem Grzegorz prowadzi blog muzyczny. Zamiast się uzewnętrzniać tekstem, swą rzeczywistość i nastrój wyraża piosenką. Zobaczcie, to bardzo fajne.
          Kiedy byłem całkiem mały, to zapach pomarańczy kojarzył mi się ze świętami Bożego Narodzenia, a gdy trochę podrosłem skojarzenie objęło balladę Tadeusza Woźniaka i braci Marchowskich. Teraz, kiedy cytrusy w wielkim wyborze są do kupienia przez cały rok, zapach pomarańczy kojarzy się już tylko ze spożywczym sklepikiem na rogu. Szkoda.
Szkoda? Eee... Moja wyobraźnia ma węch i dzięki temu wspomnienia wciąż pachną mi pomarańczami.NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY
KOMENTARZE: 2

Grzegorz Marchowski

2008-02-11 00:19:19
Waldku miły.
Bardzo mi się miło zrobiło gdy czytałem ten tekst.
Grzegorz

waldek

2008-02-11 10:01:20
Cieszę się i mam nadzieję, że Twoje piosenki gościom moich "Codzienności" także będą się podobać.

Dodaj odpowiedĽ:

Podpis (wymagane)
E-mail (nie zostanie upubliczniony)
Strona internetowa
Zmień obrazek
Kod z obrazka (wymagane)