24 paĽdziernika, 2008

Medialne poduchy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:13
          Byłem beznadziejnie zakochany. Miałem wtedy siedemnaście, może osiemnaście lat i bardzo chciałem przekonać do siebie ?obiekt? moich westchnień. Byłem młodzieńcem dość nieśmiałym, z licznymi kompleksami i chyba ?obiekt? w ogóle nie dowiedział się, co i jak o nim myślę. Po pewnym czasie miłość uleciała, a wierszyk pozostał. Nosi tytuł "Na poduszkach moich dłoni". Gdy w 1973 roku, na prywatce u znajomej Buby w Gdańsku-Oliwie poznałem Janusza Kasprowicza, który terminował jako dziennikarz studencki w Dzienniku Akademickim, zgadaliśmy się, że za jego sprawą coś z moich "dokonań literackich" powinno ujrzeć światło dzienne. Skuszony obietnicą debiutu, już na drugi dzień złapałem w rękę kilka wierszydeł i pognałem na umówione spotkanie. W kilka tygodni póęniej zespół Dziennika Akademickiego, który wychodził jako dodatek do Dziennika Bałtyckiego, zredagował kolumnę z winietą "Smak - Studencki magazyn kulturalny", która miała się ukazać jako dodatek do szalenie poczytnej popołudniówki - Wieczór Wybrzeża. W ten sposób jeden, nienasycony, zespół rozpanoszyłby się w dwóch gazetach. Magazyn ten ukazał się chyba tylko raz, ale do dzisiaj pamiętam szok, w jaki wpadłem na widok swojego tekstu w gazecie.

gazeta-012.jpg

          Bycie "drukowanym" bardzo przypadło mi do gustu i zacząłem nachodzić Janusza z każdym nowo napisanym tekstem. Janusz, człowiek dobrze wychowany, próbując się ode mnie opędzić, a jednocześnie nie urazić, powiedział coś w tym rodzaju: - Drogi Waldku. My robimy dziennik, a nie miesięcznik kulturalny i dlatego wiersze możemy drukować od święta, ale jakbyś coś miał w stylu reportażu, eseju, sprawozdania, czy jakiejś innej formy prozą, to... - tu zawiesił głos, zdawszy sobie sprawę z tego, co mi właściwie proponuje, ale było już za późno. Następnego dnia zaniosłem mu artykuł o tym, co myślę o... Już nie pamiętam o czym, bo moje myśli wylądowały w koszu.
Gdy w końcu doczekałem się debiutu dziennikarskiego, z przykrością stwierdziłem, że z moich dwóch stron maszynopisu wydrukowali mi pięć zdań i to na dodatek bez podpisu, kto jest ich autorem. W ten oto sposób wkręciłem się do pierwszego zespołu redakcyjnego Dziennika Akademickiego, pod przewodnictwem przeuroczej Oli Zielińskiej. W niedługi czas później Grześ Marchowski do wierszyka "Na poduszkach..." dorobił muzykę i zaśpiewał na kilku imprezach studenckich, a dwa lata potem także Elżbieta Adamiak propagowała naszą piosenkę na swoich koncertach. Z przyjemnością po latach odkrywałem, że piosenka "Na poduszkach..." wśród narodu żyje, bo co rusz słyszałem ją na różnego rodzaju imprezach, nuconą przez miłośników śpiewania przy gitarze. Miło też było, gdy kilka lat temu Ela zaśpiewała ją w programie Rudiego Schuberta "Śpiewające fortepiany", a jeszcze milej, gdy dwa, a może trzy lata temu zadzwonili do mnie z serialu "M jak miłość" i zapytali, czy mogą piosenkę wykorzystać. Ponieważ nie oglądam seriali dopiero Mama uświadomiła mnie, jak liczna piosence trafi się publiczność w 249. odcinku. Powiedziała, że słuchać jej będzie przynajmniej dziewięć milionów ludzi. Boże - pomyślałem - ale kariera! I fakt. Gdy odnalazł się po latach jeden z moich szkolnych kolegów, to prawie na wstępie dowiedziałem się od niego, że mam u jego żony fory, po tym jak Marylka (?) z serialu zaśpiewała "Na poduszkach...".
Gdy więc Mama zawołała w ubiegłym tygodniu - Włącz telewizor, znowu leci "Na poduszkach..." w "M jak miłość" - tylko wzruszyłem ramionami, choć muszę dodać, że z przyjemnością i satysfakcją.
Dziwnym zbiegiem okoliczności godzinę później zadzwonił do mnie Ludwik Klinkosz - prezes Stowarzyszenia Czerwonej Róży, do którego i ja należę, a które dba o to, by dobre obyczaje akademickie przechodziły z pokolenia na pokolenie. Stowarzyszenie co roku funduje nagrody dla najlepszych studentów. Główna nagroda, jak za dawnych lat, nazywa się nagrodą Czerwonej Róży. Ludwik zaprosił mnie na spotkanie z młodymi dziennikarzami z Dziennika Akademickiego. Szczerze się ucieszyłem, gdyż pojęcia nie miałem, że Dziennik Akademicki wciąż istnieje. Wraz z Asią (poniżej pierwsza z lewej), w sobotni wieczór pojechaliśmy nad jezioro Sudomie za Kościerzyną, do ośrodka Techno-Service, gdzie odbywało się wyjazdowe posiedzenie redakcji, by spotkać się z następcami.

spotkanie-dziennika-akademickiego

          Między piosenkami opowiedziałem im historię "Na poduszkach moich dłoni". Po powrocie dowiedziałem się, że młodzi postanowili coś o tym w Dzienniku napisać. W ten sposób historia zatoczyłaby koło - "Na poduszkach moich dłoni" znowu w Dzienniku. Rzecz ma się ukazać w najbliższy poniedziałek. Jeżeli chcecie sprawdzić czy napiszą, a mieszkacie na Wybrzeżu, to kupcie w poniedziałek Dziennik Bałtycki-Polska. W środku powinien być Dziennik Akademicki, a tam? No, ciekawe.NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY
KOMENTARZE: 0

Dodaj odpowiedĽ:

Podpis (wymagane)
E-mail (nie zostanie upubliczniony)
Strona internetowa
Zmień obrazek
Kod z obrazka (wymagane)