07 sierpnia, 2012

W co się zmieniamy?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:50
         Oglądając w TVP serial "Rancho" kręciłem głową. Serialowe Wilkowyje z tymi eleganckimi i zadbanymi domami, uporządkowanymi obejściami i z tymi wnętrzami, jak z żurnala, wydawały mi się fałszem, nieprawdziwym obrazem wsi. Polska wieś na wschodzie w mojej pamięci zachowała się zupełnie inaczej. Wyglądała na zaniedbaną, zacofaną i biedną,  choć przytulną i swojską. Kury po niegrabionym podwórku od świtu ganiał kogut, w trzymającym się wiatru chlewiku chrząkały świnie, a koń ciągnął skrzypiący, drabiniasty wóz. Pies ujadał przy budzie, a moja kuzynka Krysia, w piaszczystym kurzu wiejskiej drogi gnała na pastwisko krowy. Za domem rosły malwy, a w warzywniku do kiszenia szykowały się ogórki, coraz niecierpliwiej zerkając na koper. W powietrzu pachniało słońcem, sianem i... I mógłbym za Andrzejem Stasiukiem, który w ostatnim Magazynie Świątecznym G.W. udzielił wywiadu pod tytułem "Bo we mnie jest wieś", powiedzieć: "...Kiedy idę przez wiochę i czuję zapach gnoju, dymu z pieca, piasku, pylistej drogi, schnącego siana, to po prostu cios w serce. I jeszcze woń podsmażonej cebuli, gdy nadchodzi pora obiadu Taka tęsknota się wtedy budzi, że aż trudno mi ją opisać..."   Chyba też stęskniłem się za taką wsią, bo jakoś tak już wiosną wpadł mi do głowy pewien plan...


         
          Dobrej pogody w maju nie było. Polowałem na prognozy i kiedy usłyszałem, że około dwudziestego jest szansa na słońce, ruszyłem. Przyszło mi bowiem do głowy, by po dziesiątkach lat odwiedzić z Mamą wieś, w której się urodziła i wychowała. Mama swój godny wiek już ma i coraz częściej wspomina przeszłość. Pomyślałem, że taka sentymentalna podróż może być dla Mamy przeżyciem, które przetrze zakurzone wspomnienia i nowych wrażeń jeszcze doda. Tak to już jest, że dla większości z nas dzieciństwo jest wspomnieniem ciepłym i czarownym
. Dla Mamy też cała cudność tego świata pochodzi z Olszyca, sielskiej i anielskiej wsi na Mazowszu. Złego nie chce się pamiętać, a dobre, jak nam się wydaje, prowadzi nas do końca życia.
 

          Tadziu Prusiński, olsztyński dziennikarz, pisarz, człek przyjacielski i zacny, przypomniał mi, że już jakiś czas temu wieś pod Siedlcami opisywałem. Kliknąłem i faktycznie...
          "...
Niezwykłe dla mnie było na maminej wsi to, że nie było prądu. Powitalna kolacja oświetlana była lampami, z których mizerne światło sączyło się z pojemnika z naftą. Czas się cofał do rzeczy i zdarzeń, których nie znałem.
          Ranek przywitał mnie jasnym strumieniem ciepła w oknie i zapachem siana. Słyszałem trel ptasi w ogrodzie i porykiwania krów pędzonych na pastwisko. Psy w zagrodach ujadały na przechodzących piaszczystą drogą ludzi, którzy mijając się schylali głowy, lub unosząc w górę czapki, witali dwoma słowy: - Szczęść Boże. Wszyscy w domu, choć dawno wstali, starali się poruszać cicho, by nie zbudzić, jak mówili - Taaaakich wielkich gości.
         Dom kuzynostwa był drewnianą chałupą z bielonymi wewnątrz ścianami. Dwie izby i sionka, to wszystko, co było im potrzebne, by żyć po bożemu. Na podwórzec wychodziło się wprost na lichy płot, na którym suszyły się jakieś garnki i szmaty. Choć drewniana obórka, w której prócz krowy stał koń, chyliła się ku upadkowi, ciągle była użyteczna i po drabinie można było wspiąć się na jej strych, gdzie przechowywano siano. Letnie noce, przespane później na tym sianie, zapadały na długo w pamięci...".


         Przy okazji wymiany wiadomości wyszło na jaw, że Tadeusz też wpadł na pomysł odwiedzenia wsi, tyle że w lipcu: "...Przez kilka dni, gdy żeglowaliście, byłem na Mazowszu. To, o czym piszesz w ostatnich fragmentach "Widłąga" (o wizytach na podsiedleckiej wsi), znam również z autopsji - gościnność, te poranne odgłosy, skrzypienia, ptasie trele, klekot bociana, zapach siana, łąk pod wieczór, mleka z wieczornego udoju, spoconej końskiej skóry, rozgrzane letnie wiejskie gumno, zastodole, sosnowy las...
Teraz tego wszystkiego jakby mniej, ale zapachy i trele niezmiennie te same (choć tych gospodarskich też mniej) - bo krów i koni nie ma, studni też, stogów zboża, piaszczyste drogi wyasfaltowane, zabudowania nowe, solidne, obejścia wygrodzone i w części polbrukowe, kombajny, traktory, auta w garażach, ogrodowe lampy - elegancja Francja. Tak przemija postać świata - żeby powtórzyć za Hanną Malewską...".


Jechałem do Olszyca z dużą ciekawością. Już sam fakt, że jechałem tam autostradą, która jeszcze parę lat temu nikomu w Polsce się nie śniła, powinien mi podpowiedzieć, że mogę nie zobaczyć tego, co mam w pamięci. A mimo to, wiozłem nadzieję odnalezienia utraconego czasu.

         Wschodzące słońce pożegnało nas w Gdyni, a zachodzące przywitało w Olszycu. Godzinka nam zeszła na jeździe do Torunia, a ze dwie, nie licząc postojów dla odpoczynku, na podróży do Płońska. W Warszawie, na Wisłostradzie trochę zmarudziłem, pogubiłem się i musiałem zawracać, ale mimo to przed zmierzchem byliśmy na miejscu. 
Wystarczyło mi jedno spojrzenie na wieś przy wjeździe, by się przekonać, że Wilkowyje to żaden wymysł scenografa i żaden naciągany obrazek reżysera. Kuzynka przywitała nas tak, jak kiedyś witali nas jej rodzice - wylewnie i serdecznie. Zaprosiła do domu, który w niczym nie przypominał tamtej starej, drewnianej chaty, choć tamta stara chata ocalała i stoi nieopodal czekając na... kupca.
Jak się okazuje, gospodarze zachowują te stare budynki, gdyż jest na nie popyt
. Miastowi, którzy szukają odpoczynku i spokoju na wsi, kupują je, rozkładają na części i przewożą na swoje działki, po czym składają, remontując przy okazji. Mówią, że to zdrowe domy z duszą. Zdrowie w drewnie można sprzedać, można kupić, ale żeby duszą handlować? Tak czy inaczej, wcześniej, czy później, te wszystkie drewniane domy, stajenki, chlewiki i komórki nabywcę znajdą. Czegóż to się nie kupi i nie wyremontuje, by tylko spowolnić bieg życia w tych szalonych czasach. I dobrze, bo w tym drewnie, oprócz zdrowia, duszy i szczęścia jest jeszcze zaklęty czas, który gołym okiem widać.
Podczas spacerów z Mamą po wsi niejednego się dowiedziałem, o czym Mama wcześniej nie wspominała. Ciekawe było dowiedzieć się, kto przed wojną był we wsi największym oryginałem, dokąd pędziło się krowy, gdzie stał dom, w którym urodziła się moja babcia, a gdzie ten, w którym na świat przyszła Mama, i jakie jest pokrewieństwo sławnego polityka Dmowskiego z Dmowskimi, którzy mieszkali obok domu Mamy, a byli spokrewnieni z babcią. Ciekawie też brzmiała opowieść o tym, jak powstała wieś i jak się podzieliła na trzy części: na Olszyc Szlachecki, Włościański i Folwark.

 

Słuchałem z zapartym tchem tego, kto kiedy od kogo, co kupił, i co z tego wynikło, kto kogo oszukał i kto kogo uratował. Jakże barwną postacią, wartą dobrego pióra, musiał być sąsiad dziadków, który uważał się za księcia i tak też kazał się tytułować, innych gospodarzy zawsze tytułując - Dziedzicu. Mama chodząc wśród pól wspominała swoich braci, siostry, rodziców i tamte czasy. Mówiła o koleżankach ze szkoły, o sąsiadach, o wojnie, pierwszym niezwykłym doświadczeniu, które budziło strach. Opowiadała o drzewach, które posadził jej brat na skraju drogi, tuż przy ich domu. Z pięciu dorodnych jesionów zostały dwa – i z nimi Mama przy wyjeździe najdłużej się żegnała, jak z rodziną.



Chodząc po wsi przenosiliśmy się w czasie, przywracając wspomnieniom jasność, ostrość i kolor, nie bacząc, że czas rzeczywisty mija. W powrocie do rzeczywistości nie pomógł nam też taki, jak się później dowiedzieliśmy, coraz rzadszy widok na wsi.




Bo i kto będzie krowy gonił przez wieś, kury zaganiał do kurnika i konia zaprzęgał, by obrazek był sielski, gdy łatwiej kupić bilet, wsiąść do samolotu, za chlebem, a po jakimś czasie...



          I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu większość mieszkańców wsi w centralnej i wschodniej Polsce nie była dobrze nastawiona do Unii Europejskiej. A teraz proszę... Ponoć w całej wsi prawdziwych rolników zliczyć można na palcach jednej ręki. Wieś bez rolników? Zmienia się i nikt tego już nie zatrzyma. A czy to dobrze? Stasiuk też nie bardzo wie - i mówi dziennikarce: "...Wieś się kończy. Nie będzie wsi w dotychczasowym znaczeniu. Będą fabryki mięsa, mleka, mąki. I schludne domki jak z austriackich ogródków. I takie miejsca jak nasza wieś, gdzie "miejskich" rekreacyjnych domów jest już tyle samo co wiejskich. Ludzkość uwierzyła, że wszyscy będziemy żyli w miastach. Wykorzeniamy się z życia blisko natury, w całym tego słowa znaczeniu. Chcemy je porzucić, wyemancypować się z symbolicznego ciężaru ziemi. Tak jak chcemy się wyzwolić z ciężaru własnych ciał. Na przykład za pomocą biotechnologii. Zamieniamy się w klony cywilizacji. To jest i straszne, i strasznie ciekawe: w co się zamienimy?...".
Wróciliśmy do domu szczęśliwi i wzruszeni. Szczęśliwi, bo dawne pojęcia o dwóch Polskach odchodzi w niepamięć i teraz przed Wisłą i za Wisłą o teraźniejszość, przeszłość i przyszłość dba się tak samo. Wzruszeni, bo mimo zmian wciąż tkwi tam w ludziach serdeczność. Pięknie było.NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY
KOMENTARZE: 6

Ederek

2012-08-08 10:14:21
Gdy to czytałem, stawały mi przed oczyma wyobraźni obrazy wsi mojej Babci. Okolice Rawicza, Wąsosza, Żmigrodu, rzeka Barycz. Zapachy, wonie i widoki obejścia. Stajni, obory, chlewa, gnojówki, wyhodka typu "sławojka", zebranego w workach ziarna. Posiadywanie wieczorne w kuchni. Wypiekanie chleba i moich ulubionych "bałabuszek", w czym Babcia była mistrzynią. Żniwa, wzajemna pomoc sasiedzka. Gotowość na alert OSP. Spędziłem tam wiele chłopięcych wakacyjnych miesięcy, pasałem krowy, cieszyły mnie ogniska z drewna wierzb. A te wonie lubiłem niesamowicie. Dobra woda ze studni z klasycznym żurawiem. orka, jazda na oklep na klaczy Baśka. Ech ... Dzięki Waldku za impuls do takich wspomnień. A co do wypraw z Mamą, powiozłem ją kiedyś do miejsca mojego urodzenia, gdzie poznali się z Ojcem. Choć miała kłopoty zdrowotne, zobaczyłem cudną przemianę. Mama "frunęła", była rozpromieniona. Prowadziła ulicami i ścieżkami. Opowiadała wzruszona bez przerwy. Zdarzenia, ludzie, aresztowania, wywózki, dowcipy, radości. Miała wtedy 61 lat. Dobrze, że zdążyłem to zrobić. Pogodności. Dziadek Boom.

Waldemar Chyliński

2012-08-08 10:32:14
Dziękuję Darku za komentarz. Jak widać wciąż chcemy być dziećmi, wciąż chcemy być na wsi i wciąż chcemy zachwycać się światem, którego już prawie nie ma. Moja Mama ma 84 lata i ta podróż rzeczywiście zadziałała, jak lekarstwo. Mama początkowo była przeciwna tej wyprawie, a potem powiedziała mi, że te kilka dni na wsi więcej dla niej, i jej zdrowia, znaczyły, niż coroczne wyprawy na wczasy do Zakopanego.

Anka

2012-08-09 13:43:34
Panie Darku-zawędrowałam do Pana,bo szukałam wiadomości o zespole.
Zatrzymałam się.Z dużym zainteresowaniem przeczytałam o polskiej wsi.Kocha ją Pan rozumie.Ja całe dzieciństwo,młodość jechałam na wieś,za Ostrowiec.Przywołał Pan obrazy tak bliskie znajome.Dziadziuś uczył Mnie nie tylko nazw zbóż,ale umiałam kłaść garstki,robić powrósła.Ta dawna wieś,żyła,tak jak Pan pisze.Nie mam już dziadków,została ławeczka,przed domem.Siadali na niej wszyscy,którzy Nas odwiedzali.Pola,zwierzęta,to obrazy tak znajome,a dzisiaj odległe.Moja Mama,ma 77 lat,zawsze wracamy tam,by przywoływać wspomnienia.Ja uśmiecham się,bo już nigdy nie zaznam smaku tak pieczonych podpłomyków,chleba,mleka z pianką.Ten obraz,wsi,zaprocentował.W szkole,młodzież była zaskoczona moją wiedzą,życia ludzi,którzy kochali każdą bryłkę ziemi,nie mieli wygód.Byli szczerzy,otwarci tacy bliscy.
Nowe pokolenie,już inaczej odmierza życie.nowoczesność zastąpiła wiele rzeczy.Są jednak nadal dróżki,pola,przydrożne kapliczki,miejsca,gdzie były zabawy na deskach.Tego Nam Nikt nie zabierze.Ma Pan rację,warto zawsze wracać do miejsc,sercu bliskich.Kocham wieś,szukam wspomnień moich lat młodością pisanych.Dziękuję, że mogłam przeczytać,ruszyć wspomnieniami w przeszłość.Pozdrawiam serdecznie.

Iwona

2014-01-11 08:01:22
Panie Waldemarze, chcialam wyslac do pana email, ale niestety podaje mi, ze pana email juz nie istnieje. Moja rodzina pochodzi z Olszyca Szlacheckiego. Prosze o kontakt. Pozdrawiam.

Waldek Chyliński

2014-01-11 09:05:30
Dzień Dobry Pani Iwono.
Nie wiem co jest nie tak, ale adres mój chylwald@o2.pl działa, co przed chwilą sprawdziłem. Dopóki Pani nie poda mi adresu swego maila, nie będę mógł - inaczej niż tak - do Pani napisać.
Pozdrawiam

Iwona

2014-01-11 21:17:34
Juz wiem co zle zrobilam! Zle adres wpisalam. Juz wyslalam email. Pozdrawiam!
Iwona

Dodaj odpowiedĽ:

Podpis (wymagane)
E-mail (nie zostanie upubliczniony)
Strona internetowa
Zmień obrazek
Kod z obrazka (wymagane)