18 sierpnia, 2012

Życie w żółtej łodzi podwodnej

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:56
          Dokładnie 50 lat temu, 18 sierpnia 1962 roku odbył się pierwszy koncert zespołu The Beatles w ostatecznym i znanym całemu światu składzie: John Lennon, Paul McCartney, Georg Harrison i Ringo Starr.
           Pamiętam, kiedy i gdzie pierwszy raz usłyszałem "Satisfaction" - The Rolling Stones, ale kompletnie nie wiem kiedy i w jakich okolicznościach usłyszałem pierwszy raz The Beatles.



Myślę, że była to piosenka 
"Love Me Do", ale równie dobrze mogła być to " Please Please Me", czy "Twist and Shout". Nie pamiętam. Pamiętam za to, że zakochałem się w tej muzyce od pierwszego usłyszenia tak, jak cała reszta świata w moim wieku. A miałem wtedy dwanaście, może trzynaście lat i uczyłem się w czwartej, a może piątej klasie szkoły podstawowej. Choć w tamtym czasie wrażenie na mnie robiła także Kasia Sobczyk z Czerwono-Czarnych i jej piosenka "Mały Książe", choć rozczulał mnie, i rozczula do dzisiaj, Stanisław Guzek - późniejszy Stan Borys - śpiewający z Bleckautami "Annę", choć do mojej wyobraźni z hukiem wdarły się też Czerwone Gitary z dość głupawą piosenką "No bo ty się boisz myszy", to jednak faceci z Liverpoolu zawsze byli ponad wszystko. 
          To nic, że później słyszałem setki pięknych piosenek i wzruszałem się przy dziesiątkach genialnych utworów. To nic, że nawet płakałem przy pierwszym odsłuchiwaniu "Dark Side of the Moon"- Pink Floyd. To nic, bo The Beatles zawsze był najlepszy. Wszystko, co było w dźwiękach Beatlesów wchodziło do mojej głowy lekko, lekko, leciuteńko i w sposób jedyny w swoim rodzaju układało moje myśli i uczucia w przyjazne ciągi wzruszeń, których nigdy się nie wstydziłem. Świat przy ich piosenkach wydawał się dużo lepszy i piękniejszy, niż był w istocie.

          Wśród moich kolegów nie było dzieci marynarzy, a więc płyty z angielską muzyką zdarzały się sporadycznie. Polskie radio dość rzadko puszczało zachodnią muzykę. Powszechną popularność zdobyło sobie wtedy Radio Luxemburg.  Ech, te trzaski, szmery i zanikające fale... Ulubionych piosenek słuchało się też na dźwiękowych pocztówkach, które można było zakupić w tzw. Studiach Nagrań. Te Studia Nagrań Dźwiękowych były prywatną inicjatywą taką, jak drobni sklepikarze handlujący konfekcją, której żaden państwowy zakład nie produkował. Obok płaszcza według francuskiej mody, można było kupić futrzaną czapkę, a nawet całe futro ze srebrnych lisów. Obok pasków do spodni z wymyślnymi klamrami leżały krawaty z gołą babą opartą o palmę. Tam też, i tylko tam, można było nabyć "najprawdziwsze bitelsówy" - buty ze skóry, bez sznurowadeł z ostrym czubem. Marzyłem o nich.
          W Gdańsku najpopularniejszym Studiem Nagrań z dźwiękowymi pocztówkami było to, które mieściło się w okrętowej nadbudówce ustawionej, ku rozpaczy architektów i historyków, na wyspie przy Wielkim Młynie, co to go jeszcze Krzyżacy w 1350 roku budowali.
          Drugie mieściło się niedaleko mojego domu we Wrzeszczu, na parterze biurowego budynku na rogu ulicy Grunwaldzkiej i Jaśkowej Doliny. Prócz tego, że można było sobie taką dźwiękową pocztówkę kupić, to na dodatek można też było na dźwiękach wybranej piosenki nagrać dla kogoś osobistą dedykację. 
Moje koleżanki z klasy nie tylko były ode mnie wyższe i mądrzejsze, ale chyba też doroślejsze, bo nie zwracały na mnie specjalnej uwagi. Przekraczało moją odwagę ciułanie nędznych groszy, jakie dostawałem czasem od rodziców, by na grającej pocztówce z piosenką "Misery" zadedykować, którejś z nich swoje - mizerne w doświadczenia - uczucia.




          Później, choć z uczuciami nadal radziłem sobie kiepsko, a młodzieńcza nieśmiałość jeszcze bardziej mnie zatrzymywała w zalotach, to piosenki Beatlesów pozwalały mi czasami przekraczać bariery, które dzieliły życie gówniarza od życia faceta. Kolejne kawałki Lennona i McCartneya robiły na takim smarkaczu, jak ja, potężne wrażenie.  Do dzisiaj, gdy słucham kawałków z pierwszego longplaya "Please Please Me", z "Help", z "Abbey Road", czy też z ostatniego albumu Beatlesów - "Let it be", w mojej pamięci, jak w filmie ożywają obrazy pierwsze. Widzę, przeżywam, wręcz czuję smaki i zapachy tamtych miejsc i chwil, gdzie pierwszy raz słuchałem na przykład " A Hard Day's Night".
Do dzisiaj, gdy przyjdzie mi do głowy motyw z "If I Feel", 
to nie przymykając oczu, niezależnie od pory roku i tego, gdzie się znajduję, nieodmiennie idę jesienną ulicą Dworcową na gdańskiej Oruni, wracając od babci. Jest chłodny wieczór, palą się szarym światłem smutne i nieliczne latarnie. Idę wśród starych, czynszowych kamienic rozgarniając butami sterty pożółkłych liści leżących na chodniku. Przechodzę koło barakowatej remizy i zapyziałego domu kultury. Mijam resztki parku należącego kiedyś do ojca Arthura Schopenhauera i idę w kierunku przystanku tramwajowego na ulicy Jedności Robotniczej. Wtedy z okna jednego z tych zaniedbanych domów sączy się i płynie ku mnie ulicą muzyka. Słyszę Lennona, jak  śpiewa "...If I give my heart to you / I must be sure / From the very start / That you would love me more than her..."

  

          The Beatles piosenkami, bez armat i ofiar przewrócili świat do góry nogami. Po Beatlesach nic nie było już takie samo. Zmienili muzykę, kulturę, politykę, ludzi, świat... Wszystko. Okazało się po raz kolejny, że muzyka nie zna granic. Nasza siermiężna i szmatława rzeczywistość dzięki muzyce Beatlesów nabrała barw i stała się znośniejsza, budząc jednocześnie nadzieję - jak dzisiaj wiemy - spełnioną.,

 
          Dlatego ucieszyłem się, gdy doszły mnie wieści, że Marcin Jacobson - manager i promotor kultury - urządza w Gdańsku obchody z okazji 50-lecia pierwszego koncertu Beatlesów w składzie, jaki wszyscy znamy. Z tej okazji zwodował dzisiaj na Motławie piękną, żółtą łódź podwodną.



Brawo Marcin!!!
          Wciąż aktualną prawdą jest to, co napisał w 1977 roku, w tomiku "Po drugiej stronie", Aleksander Jurewicz. Ostatni wiersz we wspomnianym zbiorze Olo zatytułował: "Epoka Beatlesów jeszcze trwa".  Trwa, jak najbardziej trwa i pewnie trwać będzie dotąd, dokąd wszyscy będziemy chcieli żyć w żółtej łodzi podwodnej. 

PS. Na dowód tego, co wyżej, zdjęcie zeszytu z 1965 roku. Znalazłem to niedawno, chyba na FB.
 


Do miłego...
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY
KOMENTARZE: 7

Marek

2012-08-18 22:28:53
Dziękuję za cofnięcie w czasie o pół wieku,jak szybko minął ten czas.
Tak ,Radio Luxemburg i "She loves you" to był coś co dzisiaj już chyba nie ma szans zaistnieć.Nie ten czas.
A do tego Studia Nagrań mieszczącego się statku przyjeżdżałem 300km !!!! bo tylko tam było WSZYSTKO.Takie sanktuarium muzyczne. Wracałem pociągiem nocnym aby rano być już w szkole z dziesiątkami pocztówek ,muzycznych skarbów.W swoim archiwum mam zapewne ślady tych wyjazdów.
O ile pamiętam była tam również możliwość nagrywania dedykacji ( zrobiłem to dla swojej siostry).

Anna Łęcka

2012-08-19 11:03:59
Waldku,jeszcze dochodziły zdjęcia wklejane ,,Super pamiątka młodości..

Andrzej Kapkowski (FB)

2012-08-19 11:08:29
Super! Kto nie miał takiego zeszytu?

Dariusz Dziadkiewicz (FB)

2012-08-19 15:43:08
Ha,ha ... no przyznaję się. Ten zeszyt i inne leży tu obok na półce :-) Lista Przebojów prowadzona pracowicie co tydzień z kolegą w LOXVII z analizami, statystykami itp. Zachowały się także 2 zeszyty, gdzie mam teksty ok. 500 piosenek z tamtych czasów :-) Nieco nadgryzione zębem czasu. "No bo Ty sie boisz myszy" ;-)

Waldek Chyliński

2012-08-19 15:46:24
Dzięki Darek za przyznanie się. U nas w szkole bardzo podobny zeszyt prowadził Janusz J. Co tydzień przeprowadzał klasowe głosowanie. Piękne czasy, mimo wszystko.

Szczepan

2012-08-19 17:26:43
W 1965 roku późnym popołudniem w okolicy Świąt Bożego Narodzenia szedłem po gazetę "Wieczór Wybrzeża". Śnieg był głęboki, puszysty i mienił się złotymi iskrami. Ulicę Kościuszki rozświetlały wówczas lampy gazowe stojące na pięknych żeliwnych postumento - słupach. Mimo zimna szedłem w samej koszuli,było mi gorąco. Nie tylko mi, bo wiele okien było otwartych na oścież. I przez całą drogę słyszałem (z tych okien płynącą) "Girl" wówczas nr 1 na liście. A kiedy wracałem, ulicę wypełniała "michelle" - 2 miejsce na liście. A śnieg był biały i czysty i świecił bursztynowo.

Gina Komasa (FB)

2012-08-19 22:26:23
ja gdzieś mam swoje zeszty z listą New Musical Express,ale to były czasy

Dodaj odpowiedĽ:

Podpis (wymagane)
E-mail (nie zostanie upubliczniony)
Strona internetowa
Zmień obrazek
Kod z obrazka (wymagane)