18 czerwca, 2015

Nieprzeciętny

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:03
         Zacny Marcin Jacobson przypomniał mi na Facebooku, że dzisiaj mija 26. rocznica tragicznej śmierci Jacka Zwoźniaka i Kuby Wencla – dwóch przyjaciół, których przez całe krótkie życie łączyła pasja do muzyki, do piosenki i do żartu. Byli zaprzyjaźnieni także ze mną. O zapomnianym już prawie zespole BABA, który Jacek z Kubą i Markiem Ferdkiem założyli w 1975 roku we Wrocławiu i z którym zdobyli wszystkie główne nagrody na wszystkich fajnych festiwalach piosenki w Polsce, w tym też na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, pisałem nie raz.



          Szczególnie często wspominałem w „Codziennościach” Jacka Zwoźniaka, z którym łączyła mnie kolorowa i piękna przyjaźń, mająca wiele smutnych i wesołych odsłon. Przechodziła ta nasza zażyłość niejedną próbę czasu, kolebiąc się na zakrętach charakterów i trwale trwała w uczuciach.
          Rocznice śmierci przyjaciół poruszają emocje, które zdawałoby się są już odległe, zamglone i zwietrzałe, ożywiają wspomnienia i klepią po ramieniu wzruszenia, które wstydliwie spoglądają wstecz. 
         Zazdrościłem Jackowi iskry, żaru i chęci do życia, witalności, talentu muzycznego i literackiego, poczucia humoru i wszystkich tych zasad, którymi kierował się przy wszelkich swoich życiowych wyborach. Od dziecka był nieprzeciętny i żywiołowy, co potwierdza reportaż z Radia Wrocław, który dotarł do mnie niedawno:
http://www.prw.pl/articles/view/40422/Jacek-i-jego-Mama
          Jacek z Kubą zginęli 18 czerwca 1989 roku w wypadku samochodowym, gdy wracali wieczorem „maluchem” Kuby  z Festiwalu w Danielce do Wrocławia. Kuba jechał prawidłowo, lecz jakaś Ślązaczka, jadąca Mercedesem z Niemiec do Opola, a może Katowic, postanowiła wyprzedzać na wąskiej szosie na tzw. trzeciego. Chłopaki nie mieli żadnych szans. Zginęli na miejscu. Mówiło się później, że Ślązaczka zapłaciła jakąś kaucję – jakby rozjechała dzika, łanię czy jelenia – i tyle ją widziano. Cóż, zmiany w prawie, sprawiedliwość, jakiś ład i nowy porządek – wolność i niepodległość, o czym Jacek wciąż marzył, dopiero raczkowały.
          Rok temu, w 25. rocznicę śmierci Jacka i Kuby, wraz z Adamem Drągiem, wielce niedoskonale zaśpiewaliśmy na reaktywowanym Festiwalu w Danielce kilka piosenek zespołu BABA. Zauważyłem wtedy, że wszyscy, którzy z nami śpiewali, byli autentycznie wzruszeni przypomnieniem Babowo-Jackowych piosenek. Mnie natomiast zaskoczyło i wzruszyło do łez wydarzenie, które miejsce miało kilka minut przed koncertem, gdy podeszła do mnie nieznana mi pani i wyjęła z torebki kilka zdjęć. Na zdjęciach zobaczyłem Jacka sprzed dokładnie 25 laty w Danielce, gdy jako „gwiazdor” i ważny gość festiwalu dopingował początkujący zespół owej właścicielki fotografii – Nataszy Maraszek.  Na jednym ze zdjęć widać na drugim planie Kubę Wencla, odwróconego tyłem do fotografa, gdy wsiada do samochodu, tuż przed podróżą do Wrocławia. Są to ostatnie zdjęcia w życiu Jacka i Kuby.



          Poprosiłem właścicielkę zdjęć o przesłanie mi ich kopii. Po jakimś czasie otrzymałem przesyłkę i list z opisem:
„Dzień Dobry. W załączeniu przesyłam zdjęcia – Danielka '89, zdjęcia z 18.06.1989 r. Na zdjęciach zespół „Stokrotki" w składzie: Alina Żyborska, Joanna Żyborska i Natasza Maraszek. Nagroda publiczności za piosenkę „Jesień"  :) Na zdjęciach jest także Jacek Zwoźniak – nasz największy fan i opiekun oraz honorowy autor piosenki. Nie pamiętamy niestety kto nam grał na gitarze. Pozdrawiam Natasza".









          Zdjęcia przypomniały mi inne, wcześniejsze moje rozstanie z Jackiem, który nie był jeszcze laureatem Złotego Knebla na Festiwalu Piosenki Prawdziwej „Zakazane Piosenki" w 1981 roku w hali Olivii w Gdańsku, współautorem w kabarecie, do którego mnie zaprosił i autorem oraz wykonawcą sławnej „Raggazy da Napoli"...



          Działo się to późną jesienią 1978 roku. Porzucając studia w Olsztynie postanowiliśmy wrócić do rodzinnych miast – ja do Gdańska, Jacek do Wrocławia. Zostawialiśmy za sobą fascynujący i burzliwy okres w stolicy Warmii i Mazur, mając nadzieję, że przed nami są nowe, piękne dzieje i wyzwania. Szybko się jednak okazało, że nie jest łatwo wrócić po kilku latach na stare tory. Nic w naszych miastach nie było takie samo, jak było, gdyśmy je zostawiali. „Rzeczy już inne, modlitwa inna i Bóg by karać..." – napisałem w jakiejś piosence. Taki powrót „donikąd" rodził frustrację. Pamiętam, że czułem się wówczas w Gdańsku okropnie samotny i zagubiony. To się za kilka miesięcy diametralnie miało zmienić, ale na razie nie miałem się do kogo odezwać. Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, ale nie było wtedy Internetu, Facebooka i Skype'a, a ja w domu nie miałem nawet telefonu. W tej sytuacji pozostawały tylko listy. Znalazłem jeden z nich, z datą 31 stycznia 1979 r., pisany, jak to u Jacka, na maszynie i na kolorowych kartkach. Każda strona innego koloru, ale całość, jak zawsze – ciepła i krzepiąca. Nie pamiętam, choć mogę się domyślać, o czym pisałem do Jacka, ale z rozrzewnieniem wracam do jego odpowiedzi. Niech fragmenty z Jacka listu będą puentą i zakończeniem dzisiejszego wspomnienia o niezwykłym i prawdziwie nieprzeciętnym Jacku, który napisał „Poeta ma pióro i stół...".





STARSZE WPISY
KOMENTARZE: 1

marychaj

2015-07-16 05:18:39
Piękne wspomnienie...ciekawa przyjaźń...
A u ludzi na Danielce widać było, oprócz wzruszenia, także takie chyba zadziwienie i radość, że ktoś jeszcze w ogóle ze sceny zaśpiewał piosenki Jacka...

Pozdrawiam Waldku :)

Dodaj odpowiedĽ:

Podpis (wymagane)
E-mail (nie zostanie upubliczniony)
Strona internetowa
Zmień obrazek
Kod z obrazka (wymagane)