21 marca, 2007

Dwie piątki Jacka Zwoźniaka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:51
          Dzisiaj Jacek Zwoźniak miałby piędziesiąt pięć lat i trzy dni. Gdyby nie ten cholerny wypadek, pewnie dopiero co wróciłbym z Wrocławia do domu, z Jacka urodzin. Takie dwie piątki warte są fety. A może Jacek zechciałby na swoje urodziny wpaść z Aliną do nas, do Gdyni. W dzień poszlibyśmy pod skarpę w Orłowie, a wieczorem usiedlibyśmy przy kominku, przy szklaneczce czegoś mokrego i mocnego. Popijając gwarzylibyśmy sobie o starych czasach. Jacek, jak zwykle podczas rozmowy, unosiłby głowę do góry i charakterystycznym ruchem ręki, wskazującym palcem, poprawiałby sobie okulary na nosie.
- A pamiętasz - pytałby - Jagałłę? Pamiętasz jak chciał się nam odstwić?
- Zaczekaj - przerwałbym mu - czy to ten, który na krzywy...?
- Ten, ten... Pamiętasz, nie mieliśmy grosza...
Ciekawe, czy Jacek, jak kiedyś, sięgałby i teraz przy każdym toaście po papierosa? A może  od dwóch lat byłby niepalący, bo razem ze mną palenie by rzucił? Ciekawe, czy po paru głębszych nadal uwielbiałby się "warcholić"?  Lubił to słowo, które zapożyczył od Gierka i za każdym razem, gdy nachodziła go ochota na wyjście poza konwencję, poza normę, czy poza zasady, mówił - Nadszedł czas warcholstwa... 
- A wiesz Aśka - zaczynałby, zwarając się do mojej żony  -  Waldek we Wrocławiu podrywał piękną Galińską i  jak on do tej Galińskiej przyjeżdżał, to...
          Asia oczywiście śmiałaby się z Jackowego gadania, bo od lat, gdy przychodziło do "warcholenia się", to zaczynało się od Galińskiej. - A jak graliśmy kiedyś w Warszawie, to ta Galińska...

z-jackiem-koncert.jpg

Na zdjęciu ten z gitarą to Jacek, a ten obok, to ja podczas koncertu w Warszawie, w roku 1977.
 
- Lepiej już zagraj - powiedziałaby mu Asia, a Jacek zrobiłby jej przyjemność i zacząłby od "Yesterday", by potem, nad stołem, między sałatkami warzywnymi i owocowymi, między chlebem i półmiskiem z zawijanymi zrazami, nad miseczką marynowanych grzybków i przy koszyku pieczonych jabłek przypomnieć "Ragazzę da Provincia", "Milicja, Wrocław i ja", "Szoruj babciu do kolejki", "Miastowych", czy "Córkę poety", za którą chciałem mu kiedyś nakłaść po gębie.
          Jacek potrafił w  sposób uroczy i tajemny łączyć lirykę z sowizdrzalską filozofią, melancholię z kpiną i troską z drwiną. Niby obojętny, a w istocie głęboko zaangażowany. Niby powierzchowny i bałaganiarz, a w rzeczy samej niezwykle zorganizowany i poukładany. Obdarzony wieloma talentami: komponował, muzykował, pisał, śpiewał i gawędził. Nie pamiętam koncertu, po którym by nie bisował.
          I oto... miałby 55 lat. Mnie by się pewnie przypomniało jak w Olsztynie, w 1978 roku, Jacka urodziny odbywały się w windzie.
A było tak. Były Jacka urodziny, nas dwóch i jedno pół litra z czerwoną kartką, bez widoków na przyszłość. Ani do tego siadać, ani gości zapraszać, ani zostawić w spokoju. I nagle, w prezencie, spadł nam z nieba pomysł. Do środkowej (były trzy) windy w naszym akademiku zataszczyliśmy korytarzową palmę, stolik i dwa krzesła. Stolik ustroiliśmy suknem prezydialnym i małym flakonem z gałązką paprotki, którą Jacek ode mnie otrzymał wraz z życzeniami. Gdy wszystko było gotowe zasiedliśmy do stołu zastawionego trzema kieliszkami i tą nieszczęsną półlitrówką. Ciasno było, a mimo to, co chwila do naszej windy ktoś wchodził i się mieścił. Bywało, że weszło dwóch, dwie lub dwoje, a nawet trzy, trzech lub troje. Oczywiście za każdym razem, gdy się ktoś decydował na podróż z nami w przestrzeni pionowej naszej egzystencji, były życzenia, był toast, było "Sto lat" i  było czułe, po kilku piętrach, pożegnanie. Gdy wsiadała następna osoba, lub grupa osób, wszystko zaczynało się od nowa. Nasza gorzałeczka szybko się skonczyła, ale na szczęście wieść o urodzinach i jeżdżącym "góra-dół" przyjęciu rozniosła się lotem błyskawicy. Nie minęło pół godziny i staliśmy się najlepiej zaopatrzoną w alkohol windą w Olsztynie, a nasza popularność rosła z minuty na minutę. Po godzinie do naszej windy ustawiały się kolejki gości z prezentami, a po dwóch godzinach do szybek w drzwiach windy, na poszczególnych pietrach, nie można się było już dopchać. Jacek całował się ze wszystkimi, rozdawał uśmiechy, przecierał okulary i oczy ze zdumienia, i kazał polewać, polewać, polewać... no to ja polewałem, a cała Wyższa Szkoła Pedagogiczna, w akademiku przy ulicy Żołnierskiej, śpiewała "Gaudeamus Igitur" na zmianę ze "Sto lat", i niewiedzieć czemu - "Żółty jesienny liść", oraz "Dziś do ciebie przyjść nie mogę".
          Nie pytajcie mnie kto posprzątał i jak się to skończyło. Nie pamietam. Jedno można podejrzewać. Może wtedy, na drugi dzień po tej szalonej impezie Jacek do piosenki "Dzień na kacu" dopisał trzecia zwrotkę? Nie wiem. 
Ptaszek idiota ci znów
W drewnianej głowie się telepie
Nie masz nadziei bo któż
Przekona cię że będzie lepiej
          Ech, miałby Jacek Zwoźniak swoje dwie piątki... Może mielibyśmy kabaret i sto nowych piosenek. Może mielibyśmy ocean  nowych, dobrych zdarzeń, które zawsze można by wspominać. Może siedzielibyśmy przy kominku, wspominali, śpiewali i popijali za zdrowie...gdyby nie ten cholerny wypadek pod Wrocławiem w 1989 roku. Ech... pech.



NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY
KOMENTARZE: 3

strefapiosenki

2007-03-26 23:09:26
Dziękuję.

Waldemar Chyliński

2007-03-27 19:53:14
Milutka Strefo
A za co tu dziękować. Jacek to postać nie do opisania, choć starał się pewnie jeszcze wiele razy będę.

Maryśka :)

2012-12-02 05:55:48
Piękne wspomnienie o Przyjacielu...

Dodaj odpowiedĽ:

Podpis (wymagane)
E-mail (nie zostanie upubliczniony)
Strona internetowa
Zmień obrazek
Kod z obrazka (wymagane)