20 stycznia, 2007

Srebrnozłoty dzień

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:23
         Srebrzy się dzisiaj. Mokre, popielate powietrze liże ulice, drzewa i dachy. Przylepiam nos do szyby, zerkam w niebo, a tam sama srebrzystość. Do wieczora wszystko zszarzeje, ale ja już jestem gotowy na wieczór. Napaliłem w kominku i błyskami ognia ozłacam ściany. Siedzę wśród tych refleksów z gitarą i przypominam sobie stare piosenki. Tadeusz Buraczewski - gdyński satyryk zaprosił mnie do Gdańska na wspólny koncert, na którym ma też pojawić się rozśpiewany lekarz - Marek Prusakowski. Zapewne będzie to coś w rodzaju spotkania starych przyjaciół. Siedzę więc w domu i ćwiczę palce.
          Dawno nie grałem. Ostatni raz występowałem równo rok temu w Berlinie. Grałem tam w koncercie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dziwne, ale nie lubię występów. Nigdy za koncertami nie przepadałem. Uwielbiałem całą atmosferę wokół sceny, przepadałem za długimi, nocnymi spotkaniami po koncertach, cieszyłem się na wszystkie nowe znajomości, ale wyjście na scenę było dla mnie zawsze ciężkim przeżyciem. Teraz też tak będzie. Trema.
          Złocą się wspomnienia w srebrny dzień. Ech, przypomniałem sobie jak w 1983, a może 1984 roku siedziałem w krakowskich "Jaszczurach" z Wojtkiem Belonem i Jackiem Kleyffem. Było koło południa i obowiązywał do trzynastej godziny zakaz sprzedaży alkoholu. Popijaliśmy więc mocną herbatę z "prądem", gdy obok pojawił się nagle znajomy Wojtka i zapytał czy mamy ochotę odwiedzić hejnalistów na wieży Kościoła Mariackiego. Nie wiem jak jest teraz, ale w tamtym czasie to była niebywała okazja. Chęć wyraziliśmy, ale po trzynastej. O trzynastej trzydzieści pod drzwiczkami wiodącymi ku schodom wieży czekał na nas Pan Strażak. Zaopatrzeni w niezbędne akcesoria, schodek po schodku wdrapaliśmy się na szczyt. Na górze czekał na nas jeszcze drugi Pan Strażak. Gdyśmy się już przywitali, rozejrzeli i polali, zrobiło się miło. My Panom Strażakom coś tam o sobie mówiliśmy, a Panowie Strażacy w zamian też nam różne ciekawostki ze swojej służby opowiedzieli. Nie wiedzieć kiedy staliśmy się kamratami.

wojtek83.jpg

          I tak nadeszła godzina czternasta. Gdy jeden z Panów Strażaków otworzył okno i przyłożył trąbkę do ust, Wojtek stanął obok niego z butelką i lejąc do szklanki wypowiedział takie oto słowa - Jak Pan długo będzie grał, tak ja długo będę lał. I lał. Nalał prawie pełną szklankę. Hejnalista zamknął okno i wypił. Przy drugim oknie Wojtek swoje zaklęcie powtórzył i nalało się trzy czwarte. Przy trzecim już tylko połowa, a hejnał znacznie przyspieszył. Przy czwartym Pan Strażak już nie zagrał. Otworzył tylko okienko i pomachał zgromadzonym na dole wycieczkom, bo taką mieli z przewodnikami odwieczną umowę.

Jacek Kleyff.jpg

Gdyśmy schodzili z wieży Kleyff uśmiechając się pod nosem rzekł - No i patrzcie, nie trzeba Tatarzyna.
          Powoli mgłą zachodzi srebrny dzień. Srebrny jak ryby w wiadrze, które Radek (mój syn) latem złowił w kaszubskich jeziorach.



Srebro-złocą się teraz dni i wspomnienia.NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY
KOMENTARZE: 0

Dodaj odpowiedĽ:

Podpis (wymagane)
E-mail (nie zostanie upubliczniony)
Strona internetowa
Zmień obrazek
Kod z obrazka (wymagane)